- Reklama -
spot_img

Jak dać sobie radę na korcie życia – przemyślenia z leżaka ogrodowego

Strona głównaFelietonyAnna Ołów-WachowiczJak dać sobie radę na korcie życia – przemyślenia z leżaka ogrodowego
Anna Ołów-Wachowicz
Szczecinianka z wyboru, twórczyni popularnego fejsbukowego bloga „Jest Sprawa”, którego teksty powędrowały na scenę tworząc spektakle „My hrabiny nie płaczemy” oraz „Hrabiny Przodem”. Nominowana do Szczecińskich Szczupaków w 2023 r. Autorka monodramu „Frida. Kolekcjonerka z Westendu” nagrodzonego w Bursztynowym Pierścieniem oraz tekstów dla sceny kabaretowej Czarnego Kota Rudego. W 2024 roku wydała książkę pt. „My Hrabiny. Myślę, więc zapisałam”. Stanowi tandem twórczy z Olgą Adamską, aktorką Teatru Polskiego.
Anna Ołów-Wachowicz
Szczecinianka z wyboru, twórczyni popularnego fejsbukowego bloga „Jest Sprawa”, którego teksty powędrowały na scenę tworząc spektakle „My hrabiny nie płaczemy” oraz „Hrabiny Przodem”. Nominowana do Szczecińskich Szczupaków w 2023 r. Autorka monodramu „Frida. Kolekcjonerka z Westendu” nagrodzonego w Bursztynowym Pierścieniem oraz tekstów dla sceny kabaretowej Czarnego Kota Rudego. W 2024 roku wydała książkę pt. „My Hrabiny. Myślę, więc zapisałam”. Stanowi tandem twórczy z Olgą Adamską, aktorką Teatru Polskiego.

Musisz przeczytać

- Reklama-
spot_img

 

W wakacje częściej przydarza mi się skłonność do uprawiania filozofii. Leżąc na leżaku w ogrodzie w pięknych okolicznościach regulowanej sekatorem przyrody zawieszam się nad rozważaniami różnej maści. Cisza i spokój oraz trwała lub czasowa nieobecność potomstwa (ożenek, obóz) uruchamiają we mnie pokłady leniwych rozmyślań. Od koloru jaki chciałabym mieć w łazience aż po sens życia.

Kiedy tak ostatnio zległam pogrążona w myślach, naszło mnie na rozwój osobisty. Uznając w pełni lata, że przede mną formalnie niebawem jesień życia, zaczęłam porządkować osiągnięcia i plany. Wyszło mi, że po pierwsze, powinnam z leżaka wstać i iść się poruszać, aby jesień życia nieco jeszcze odwlec. I że po drugie: jakoś przy 29 stopniach w skali Celsjusza nie chce mi się. Minimalizując wysiłek fizyczny, sięgnęłam do zasobów wewnętrznych. Co by tu jeszcze w życiu zrobić? i oto tym skrótem doszłam do rozwoju motywacyjnego. Że może by popracować z jakim specjalistą, który wskaże mi ścieżkę jasną, pośród zachwaszczonej trasy mojego życia.

Może potrzebuję dobrego coacha. Bo tak się składa, że takiego na swojej drodze spotkałam i było procentujące wciąż wydarzenie w moim życiu. Serio serio.

Profesjonalny coaching, to rozwijanie potencjału osoby trenowanej (czyli że mnie) w asyście specjalisty. Jak się człowiek na pewnym etapie życia zaczyna zastanawiać się nad swoimi celami i życiowymi aspiracjami, to coaching motywacyjny jest dla niego jak znalazł. Nawet dość późno można jeszcze lepiej poznać samych siebie i znaleźć motywację do dalszego działania. Albo do właściwego działania, jeśli dotychczas było słabo. Coach będzie partnerem w tej podróży przez filtry i piramidy, nie poda ryby, poda wędki. Nastąpi w znacznym stopniu jasność, zrozumienie i uderzenie się w czoło w zdumionym: „ achaaaaaa!”

W żadnym wypadku to nie coach nie będzie tu kogoś walił w pysk. A właśnie ostatnio słyszałam o takim incydencie na zajęciach z coachem. Wróć: z kołczem. Jest bowiem różnica.

To się wszystko zaczęło od tenisisty. Timothy Gallwey był trenerem tenisa który zauważył, że osobista skuteczność zależy nie tylko od potencjału jednostki, lecz także jego barier – tych wewnętrznych. Spostrzegawczy Timmy, wrzeszcząc motywacyjnie na swoich zawodników, doszedł do ogólnego wniosku, że każdy gracz musi najpierw stoczyć swoją wewnętrzną walkę, zanim wyjdzie na kort życia. Koncepcja Gallwey’a stała się podstawą coachingowego biznesu. Wielkiego biznesu z patentami na lepsze życie, czyli lifecoachingu. Wyroili się coachowie. Oraz kołczowie.

Osobiście poznałam kilku kołczów. Kołczem nazywa się co druga osoba, która przeczytała jakąkolwiek książkę na temat rozwoju osobistego. W zasadzie co piaty/ą, szósty/a mój znajomy/a „robi” w kołczingu. To się rzuca na głowę bez znaczenia na płeć. A kołczing to taka odmiana ekonomiczna całej motywacyjnej profesji chwalebnej z założenia, a wychodzącej jak zawsze wszystko co po taniości.

Standardowy kołcz lub kołczka ma profesjonalny strój człowieka sukcesu, licówki i dłonie złożone w piramidkę. I ma gadane. Przede wszystkim zaś, ma receptę na poprawienie Ci wszystkiego: od mowy ciała, zbilansowanej diety, po planowanie finansów, sukcesu, popularności, odwagi i seks. Seks często.

O mamuniu, czego to ja nie osiągnę jak uwierzę. Nobel, Pulitzer i wszystkie gwiazdki Michelin – no limits! Wystarczy, że sobie będę pewne rzeczy powtarzała w kółko, aż mój mózg, zasuwając jak chomik w kołowrotku zacznie to przetwarzać na działanie. Tylko nie wiem kiedy, skoro tak cały czas będzie się kręcił powtarzając.

– Reklama –

spot_img

Walenie w pysk, a formalniej: policzkowanie w celu przekroczenia czyjejś bariery lęku, albo takie nakręcenie się na motywacyjnym spędzie (dasz radę, dasz radę), że chętnie boso pogonisz po płonących brykietach grillowych – to patologia, a nie pozytywne myślenie.

Co najdziwniejsze, to czasami działa! Dlatego kołczing jest taki popularny. Tik Tok i instagram to prawdziwa wylęgarnia guru. Syn mojej koleżanki chce być Instagramerem: albo influencerem modowym, który dostaje ciuchy od marek, albo kołczem zgarniającym hajsy za gadane, że wszystko możesz jak zepniesz pośladki.

Nie zamierzam w żadnym wypadku zostawać kołczem, chociaż mam gadane i pisałabym całkiem dobre mowy motywacyjne. No i szybko mogłabym dorobić się kosztem innych, wciskając im sny o potędze. Lałabym wodę jak złoto, mam bajerę, wiem jak działają filtry percepcyjne i co to jest piramida Maslowa. Dla wielu jest to wystarczający potencjał, żeby biznes już hulał. W odróżnieniu od nich mam jednak inną cechę: przyzwoitość.

Dlatego poleżę sobie lepiej na ogrodowym leżaku i porozstawiam w myślach zawodników na własnym korcie życia. Wszystko musi grać.

 

Poprzedni artykuł
Następny artykuł
- Reklama -
spot_img

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
spot_img

Musisz przeczytać