W Dwudziestoleciu gwiazdy Jadwigi Smosarskiej, Elżbiety Barszczewskiej, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Marii Malickiej czy Stanisławy Engelówny w polskim kinie świeciły wielkim blaskiem. Wielkim, choć w przypadku tej ostatniej również krótkim – na ekranie debiutowała tuż przed II wojną światową. Mimo to, zdążyła zagrać w sześciu filmach! Po wojnie zamieszkała w Szczecinie i tutaj, z wielkim powodzeniem, kontynuowała swoją karierę aktorską.
Stanisława Engelówna, a właściwie – Angelówna (nazwisko zmieniła na potrzeby sceny i ekranu) była, podobnie zresztą jak Dita Parlo, córką kolejarza. Nic nie zapowiadało, że zostanie aktorką. Rodzice namawiali ją na karierę nauczycielską, przez moment przyszła gwiazda uczyła nawet w szkole handlowej. To nie było jednak to. Stanisława szybko porzuciła pracę w szkole i za namową koleżanek w 1935 roku eksternistycznie zdała egzamin aktorski w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie. Była najstarsza na roku, miała 28 lat. W przedwojennej Polsce był to wiek zbyt zaawansowany na rozpoczynanie kariery.
Mimo wielu krytycznych uwag i spojrzeń nie poddała się. Engelównie sprzyjało szczęście – wypatrzył ją Ludwik Solski. Jak wspomina Juliusz Lubicz – Lisowski, przyjaciel wybitnego aktora, reżysera i dyrektora warszawskiego Teatru Narodowego, w Engelównie urzekła go jej posągowa, królewska, uroda. Nie bez znaczenia była też jego chęć znalezienia alternatywy dla zawłaszczającej główne role Niny Andrycz.
Solski zaproponował Stanisławie rolę Róży w „Dożywociu” Fredry. Engelówna miała zastąpić Andrycz, zamęczającą swoimi kaprysami wielkiego reżysera. Los sprzyjał – problemowa aktorka poważnie się rozchorowała. Mimo wielkiego poparcia Solskiego, Engelówna nie miała jednak łatwego startu. Aktorzy ostro sprzeciwili się wyrzuceniu koleżanki. W ramach protestu postanowili nie przychodzić na próby. Solski był nieugięty. Mimo poważnego obsadowego kryzysu, nie zmienił decyzji. Prowadził próby ze swoją podpieczną i sam odgrywał wszystkie pozostałe postacie. Engelówna wspomni po latach w wywiadzie dla Polskiego Radia: – Był to wielki sprawdzian moich możliwości i nerwów. Bardzo się bałam, ale mistrz Solski nie pozwolił mi się poddać. Dopingował, drażnił ambicję.
Zbuntowani aktorzy widząc, że swoją postawą nic nie wskórają, po dwóch tygodniach znów zaczęli pojawiać się na próbach. Spektakl okazał się wielkim sukcesem. Po bardzo pochlebnych recenzjach Stanisława na stałe zagościła na teatralnych deskach. Wspaniałe kreacje w „Warszawiance”, „Weselu”, „Skąpcu” czy „Fryderyku Wielkim” nie przeszły bez echa. Sam Boy – Żeleński nie szczędził pochwał odkryciu Ludwika Solskiego. Publiczność ją uwielbiała, obok Smosarskiej, Barszczewskiej czy Pogorzelskiej była tą aktorką dla której przychodziła publiczność. Mimo ogromnego sukcesu, Warszawa Engelównę zmęczyła. Wyjechała ze stolicy i zamieszkała w Łodzi, gdzie zaczęła występować w Teatrze Miejskim.
Ukłony od kupców
– Wielu wróżyło –- że wyjeżdżając na prowincję Stanisława Engelówna zamyka sobie drogę do sławy, ale nie była to prawda – wspomina Juliusz Lubicz – Lisowski.
Zjawiskowa twarz aktorki zwróciła uwagę ówczesnych szefów polskiej kinematografii. Jej role w „Sercu Matki” czy „Wrzosie” do dzisiaj zachwycają i nie pozwalają na wykreślenie nazwiska Engelówny z annałów polskiego filmu. W przeciągu roku zagrała w sześciu filmach. Na więcej nie pozwoliła wojna.
W 1953 roku, Engelówna o sześciu latach okupacji powiedziała krótko: – Wojna nie była rajem. Poznałam, co to cierpienie…
Niewielu wiedziało, że aktorka przeżyła obóz koncentracyjny i Powstanie Warszawskie (oficjalna wersja brzmiała, że wojnę spędziła na wsi u rodziny), że wielokrotnie, gdyby nie pomoc ludzi, umarłaby z głodu.
W 1945 roku wróciła do grania. Film jednak nie był już dla niej. Po pierwsze dlatego, że dla aktorów z wrogiego ustroju nowa władza nie przewidywała głównych ról, a po drugie, jak wspomina Lubicz – Lisowski w swoich wspomnieniach, bała się reakcji ludzi, którzy na pewno nie odnaleźliby w jej twarzy rysów Marii z „Serca matki”, czy Kazi z „Wrzosu”. Engelówna uważała, iż wojna bardzo ją fizycznie zmieniła (zdaniem jej przyjaciół była to nieprawda). Zmieniła się też rzeczywistość dookoła: nowa władza niechętnie przywalała na zatrudnianie przedwojennych gwiazd w filmach, niezbyt chętnie angażowały ich także sceny stołeczne. Ratunkiem dla całej rzeszy wybitnych artystów – w tym Engelówny – były teatry we Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi czy Szczecinie. To tutaj właśnie, w 1949 roku Stanisława przyjechała by gościnnie zagrać w sztuce Noela Cowarda „Seans”. Zaprosił ją Zbigniew Sawan, niegdyś jak ona, wielka gwiazda polskiego kina. Gdy zaproponował etat, Engelówna chętnie się zgodziła, zwłaszcza że w Szczecinie byli już Lidia Wysocka, Maria Malicka, czy Gustaw Rasiński.
– Była tu gwiazdą – opowiadała, w rozmowie z Katarzyną Stróżyk, nieżyjąca już Danuta Chudzianka. – Grała główne role, heroiny. Publiczność ją uwielbiała, podobno też, gdy wracała do domu po próbie, ze sklepów wychodzili kupcy, by się jej ukłonić. Przy tym wszystkim ceniono ją jako człowieka, za poczucie humoru i godne damy maniery. Mówiono mi, że szczególną estymą darzyli Engelównę jej sąsiedzi.
Można powiedzieć, że Szczecin pozwolił aktorce ponownie poczuć smak sukcesu. Grała dużo i zawsze przy kompletach. „Wieczór Trzech Króli”, „Król i aktor”, „Ożenek”, „Wilhelm Tell”, „Obcy cień”, „Profesja pani Warren”, „Don Carlos”, „Intryga miłości” to tylko kilka sztuk w których szczecinianie mogli oglądać wielką aktorkę.
– Engelówna – jak wspomina ją Lubicz-Lisowski – nigdy nie była osobą otwartą. Niewielu wiedziało, że aktorka od 1957 roku walczyła z rakiem. Sprawa wyszła na jaw podczas próby generalnej do „Geniusza i szaleństwa”, gdy zasłabła na scenie i została odwieziona do szpitala. Zmarła kilka tygodni później. Miała niespełna 50 lat.
Pożegnały ją tysiące szczecinian. Jej grób na Cmentarzu Centralnym, odrestaurowany w 2006 roku dzięki kwestom, to zaledwie prosta płyta ze złotymi literami „Stanisława Engelówna – aktorka”






