Pewnie sporo osób o tym wie, ale wiele też nie wie, więc tak na wszelki wypadek, warto poinformować – Świnoujście posiada niezwykłą atrakcję, która ma prawie 40 lat. Bo tyle wiosen sobie liczy …pirania Kasia. Mieszka ona w świnoujskim Muzeum Rybołówstwa Morskiego. Przy okazji jest także najstarszą piranią żyjącą w niewoli w Europie. Jakim cudem dożyła aż prawie 40 lat? Dobre pytanie, na które potrafią odpowiedzieć zapewne tylko pracownicy muzeum i ichtiolodzy. Ale pojawiają się też głosy, że swoją długowieczność zawdzięcza ona specjalnej diecie. I tu rodzi się kolejne pytanie. Z czego owo menu się składa? Bo od razu na myśl przychodzą krwawe opowieści i filmy z piraniami w roli głównej. Wizje pożeranych z szybkością światła zwierząt i ludzi prześladują niejednego z nas, bo tego nie da się przecież” odzobaczyć”. I nawet jakby ktoś miał szansę pojechać na jakieś atrakcyjne last minute nad Amazonkę, to jakoś po obejrzeniu w TV degustacji dokonanej przez owe ryby, to może mu się odechcieć nie tylko kąpieli w najdłuższej rzece świata, ale i samej wyprawy nad nią. Według internetu zdarza się piraniom zabić ofiarę dużo większą od siebie, ale zazwyczaj żywią się padliną. Można uznać je za ryby wszystkożerne: zjadają inne ryby – żywe i martwe, insekty, rośliny, niewielkie gady. W okresach głodu nie pogardzą stworzeniami lądowymi, które znajdą się w zasięgu ich zębów. Czyli piranie, które nie są głodne nie powinny być groźne. Ale jak mówi stare przysłowie kowali: „nie pchaj łap do paleniska, bo cię ogień uściska”. Mimo wszystko więc warto mieć się na baczności i na przykład okiełznać ochotę pogłaskania jej po pletwie. Mina tej ryby i jej wzrok lustrujący pewnie niejednego oglądacza zastanawiały. Bo patrzy tak na niego i co ona sobie wtedy właściwie o nim myśli: „turysta a może kolacja?”. Nie można jej ufać. Poza tym, kiedy wiadomo i po czym poznać, że pirania jest najedzona? Przecież się nie oblizuje ani nie klepie z zadowolenia po płetwie brzusznej. Świnoujska Kasia krwiożerczych zamiarów raczej się nie wyzbyła.
Choć pewną delikatną zmianę w jej kierunku żywieniowym można znaleźć w relacji sprzed lat szczecińskiej korespondentki jednej z ogólnopolskich rozgłośni radiowych na temat 30 urodzin Kasi.
„Świnoujska pirania karmiona jest sercami wołowymi, ale najbardziej smakują jej banany. Jak to w życiu bywa, po trzydziestce ryba utyła i trzeba było przestawić ją na dietę. W przeciwieństwie do innych przedstawicieli swojego gatunku, Kasia stroni od towarzystwa. Ryby, które wpuszczano do akwarium, żeby dotrzymywały jej towarzystwa, pirania zjadała. Gdy w akwarium zamieszkał z nią sporych rozmiarów sum, za duży, aby pirania mogła go pożreć, ryba postanowiła wziąć go głodem i systematycznie odganiała od pożywienia” – informowała dziennikarka.
Okazuje się więc, że pierwotny instynkt zawsze górą. Pojawiły się koleżanki rybki w akwarium i szybko zniknęły. Z tej relacji nie wynika także czy owego suma w końcu zamorzyła głodem na śmierć, czy też ocalał on w wyniku interwencji pracowników muzeum. Serca wołowe są zrozumiałe. Ale banany? Być może to oznaka tęsknoty za ojczyzną? Nostalgia ogarnęła rybę. No co, zdarza się każdemu na emigracji. Można się zagubić i stracić głowę myśląc o Ojczyźnie (jak np. bohater „Latarnika”), rodzinie czy np. prawdziwym bigosie, którego żaden Francuz, Włoch czy Hiszpan nie przyrządzi tak jak Polak w Polsce. Pracownicy muzeum zapowiadają jakąś imprezę urodzinową dla Kasi. Czy będzie jakiś tort? Niewykluczone. Może jakiś „przekładaniec” – warstwa mięsa i warstwa bananów. Za jej zdrowie wypiją pewnie też goście po kielichu, bo przecież „rybka lubi pływać”. Może coś zaśpiewają, oprócz tradycyjnego „Sto lat” i „Niech Jej gwiazdka pomyślności…”. Może np. piosenkę z serialu „40-latek”? Idealnie przecież pasuje do okazji.





