Nie sposób zliczyć ile filmowych przebojów doczekało się swoich sequeli, prequeli, remake’ów, reboot’ów, spin-off’ów albo crossover’ów. W większości przypadków nie potrafiły powtórzyć sukcesów pierwowzorów, jest jednak kilka wyjątków. Na tę stosunkowo krótką listę trafia właśnie „Vinci 2”. To rzetelne kino, tzw. dobra polska komedia, ale… nie mylić z listą tzw. dobrej polskiej sensacji. Kontynuację hitu z 2004 roku po dwóch dekadach przerwy ogląda się całkiem nieźle.
Do Robert „Cumy” Cumińskiego „wybitnego” (!) złodzieja dzieł sztuki, który dwie dekady wcześniej porzucił złą drogę, a teraz mieszka u boku żony Carmen w hiszpańskiej Andaluzji, trafia Chudy, dawny współpracownik pasera Grubego. Proponuje mu intratne zlecenie. Cuma odmawia. Ostatecznie. No prawie. W zasadzie warunkowo… By nie popsuć zabawy widzom, nie zdradzę co tym razem ma być łupem. Narobię smaku tak: Muzeum XX Czartoryskich szykuje niespodziankę, którą ma być „coś żywego”. Pada nawet podejrzenie, że… łasica (ta od Damy). W tym samym czasie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha ma być pokazany.
Siłą „Vinciego” był spójny scenariusz, zapewniający czytelną i wartką akcję. Sam Machulski o filmie mówił, że to „inteligentny kryminał z elementami sensacji”. Dziś myślę, że był to jeden z jaśniejszych przebłysków filmowego geniuszu Geniusza polskiej komedii po 1989 roku. Swoją drogą wciąż zachodzę w głowę, jak to możliwe, że twórca tak kultowych obrazów jak „Vabank”, „Seksmisja”, czy „Kingsajz”, tak topornie odnalazł się w świecie, w którym rzekomo już wszystko (sic!) było można. Z okresu po przełomie strawne były chyba tylko obie części „Kilerów” i właśnie „Vinci”. Dwugodzinny film można podzielić na trzy części. Pierwsza godzina to nudnawy traktat o starzeniu się. Cuma, oczywiście w imieniu całego swojego „pokolenia”, najpierw doświadcza społecznego wykluczenia, ale szybko postanawia zawalczyć o dobre imię „emerytowanych złodziei dzieł sztuki”. Rozumiem cel reżysera, rozumiem także potrzebę osiągnięcia tegoż celu, ale… Wątek senioralnego ostracyzmu został potraktowany zbyt serio i zbyt ciężko, stając się w pewnym momencie karykaturą pomysłu. Równolegle do „laboratorium seniora” toczy się sentymentalna podróż bohatera do przeszłości, której beneficjantami są przyjaciele, a tym samym bohaterowie pierwszej części filmu. Nie da się ukryć, że to ekspedycja intrygująca i wciągająca, nie tylko z uwagi na fakt, że dwie dekady wyraźnie odciskają swoje piętno… Doceniam formę owej retrospekcji, choć oparta na szablonie, to wykreowana bez cienia żenady. Swoją drogą, ładnie się wszyscy zestarzeli! Mniej więcej w połowie akcja zdecydowanie przyspiesza. To sekwencje związane z przygotowaniem i samą akcją kradzieży. Finałowa scena dzięki „cywilnemu” fachowi Werbusa naprawdę robi wrażenie! Machulski powtarza także zamysł na „wsteczne” szczegółowe pokazanie mechanizmu rabunku – niezmiennie trafne i pyszne. Mimo to wciąż więcej w tym komedii niż krwistej sensacji. Szkoda.
Aktorsko „Vinci” prawie (!) powtarza sukces pierwowzoru. Ale to chyba nic dziwnego, skoro na :liscie płac” widnieją tuzy polskiego kina: Więckiewicz, Szyc, Simlat czy Dorociński. Zachwyca skrupulatnie przemyślana rola Roberta Więckiewicza. Jego Cumiński to postać wielowymiarowa – od emeryta w ciepłym kraju, przez urażonego dumą dziadersa, po silnego i zdecydowanego macho (przemiana podkreślona nieco tandetną zmianą lnianej marynarki na skórzaną kurtkę). Każdy z tych „etapów” obdarzył równą uwagą i każdy stan emocjonalny Cumy sportretował brawurowo. Świetna kreacja! Borys Szyc jako Julian vel Szerszeń również nie zwiódł, jego także oglądamy w „dwóch” wcieleniach – depresyjnym i sprawczym. Znamy go przecież z kilku ról gdzie wbrew emploi rozrabiaki był raczej pizdusiem i tu mógł to doświadczenie „powtórzyć”. Niestety scenariusz zakładał, że więcej w filmie tego ciamciaka niż Szerzenia z ostrym żądłem. Finałową scenę wywiadu telewizyjnego należy albo przemilczeć, albo uznać za wypadek przy pracy. Wprowadzając do aktorskiego akapitu napisałem, że nowy „Vinci” PRAWIE powtarza jedynkę. Niestety tym razem Machulski nie miał takiego nosa do debiutantów jak przed dwoma dekadami. Wówczas po raz pierwszy na ekranie pojawili się Kamilla Baar i Jacek Król (a propos nazwiska – dziś to król polskiego dubbingu), to był także jeden z pierwszych popisów Marcina Dorocińskiego. A propos. Jego pojawienie się na ekranie dopiero w drugiej połowie filmu wynagradza intensywność kreacji. Dorociński pojechał tym razem (bardzo) grubą krechą i kolosalnym dystansem. Bałem się, że to przerysowanie zniszczy jego epizod. Nic bardziej mylnego. Mało tego, Dobrociński jakby „pociągnął” za sobą Simlata, który w pierwszych minutach produkcji był raczej mdły. Panowie stworzyli genialny duet, a ich scena w komisariacie powinna przejść do annałów polskiej kinematografii. Wracając do obsady „Vinci 2” – młoda gwardia to Piotr Witkowski (Duch) i Jędrzej Hycnar (Cień) czyli „następcy” Cumy. Niestety Panowie dali się poznać jedynie jako pohukujący osiłkowie. Więcej sympatii widzów zdobyli z pewnością Zofia Jastrzębska i Jan Sałaciński jako dzieciaki „Werbusa”. Szczególnie wyrazistą rolę stworzyła Jastrzębska, której przyszłe poczynania warto obserwować. Choć to rzetelne role, to nie udało im powtórzyć magnetyzmu debiutantów pierwszej części „Vinciego”. Bardzo dało się odczuć brak swego rodzaju szlachetności, którą w 2004 roku reprezentowali nieodżałowani Jan Machulski (Hagen), Jerzy Grałek (Doktor Wiaderny) czy Mieczysław Grąbka (Gruby), A propos postaci Hagena, a tym samym Jana Machulskiego, ojca reżysera, to syn sprawił mu ładny hołd. Wzruszające.
Podobnie jak w pierwszej części i w drugiej mamy nieoczywisty finał nawiązujący do brawurowej akcji sprzed 20 lat. Obawiam się, że to zachęta do produkcji trzeciej części „Vinci” (sic!).





