To już po raz 30 na kortach przy alei Wojska Polskiego pojawią się tłumy kibiców spragnionych tenisa na wysokim poziomie i zawodników, dla których turniej z cyklu ATP Challenger Tour w stolicy Pomorza Zachodniego będzie trampoliną do wielkiej kariery. Do tego przedstawiciele dużego biznesu, gwiazdy polskiego kina, teatru i rozrywki oraz koncerty muzyczne. Ale czym będzie się różnił tegoroczny turniej od innych? Dwiema podstawowymi zmianami – nazwy oraz sponsora tytularnego, którym zostało Miasto Szczecin.
O wspomnieniach, najsłynniejszych tenisistach i biznesowej stronie turnieju, rozmawiamy z Piotrem Krzystkiem – prezydentem Szczecina oraz Krzysztofem Bobalą – dyrektorem turnieju.
Panie Prezydencie, Miasto Szczecin jako główny sponsor turnieju, to przygoda tylko na chwilę, czy zapowiada się dłuższa współpraca?
PK: Myślę, że turniej wpisał się już w Szczecin i to od strony sportowej, biznesowej i towarzyskiej. To dla nas bardzo ważne wydarzenie. Stąd też tak duże zaangażowanie z naszej strony
od lat w to przedsięwzięcie. Dziś jesteśmy najważniejszym, głównym sponsorem turnieju, ale sprawa jest oczywiście otwarta. Zapraszamy do współpracy i prowadzimy rozmowy z wieloma podmiotami. Spora grupa firm jest z nami od lat i wspiera to wydarzenie swoja obecnością finansową i bezpośrednim zaangażowaniem. Myślę więc, że to nadal będzie trwało. Szkoda, że bank nie jest już z nami. Ale tak to się potoczyło…
Był Pan zaskoczony decyzją banku o wycofaniu się z turnieju?
PK: Zaskoczony może nie byłem, bo takie sygnały już się pojawiały od dłuższego czasu. Natomiast była to jednak wieloletnia współpraca i myślę, że obu stronom przyniosła korzyści. Ale tak to jest w biznesie, że się czasami rozstajemy. My rozstaliśmy się w życzliwości i sympatii, bo doceniamy ten czas, który wspólnie spędziliśmy przy turnieju.
Panie Dyrektorze, a Pan, kiedy otrzymał sygnał z banku, że się wycofują?
Krzysztof Bobala: Pierwszy z nich, tak naprawdę otrzymaliśmy w 2021 roku. Powalczyliśmy jeszcze o to, żeby dalej byli z nami w ubiegłym roku. Teoretycznie było wszystko OK do momentu, kiedy późną wiosną otrzymaliśmy informację, że będą uczestniczyć, ale tylko z troszeczkę więcej niż połową kwoty jaką do tej pory dotowali turniej. I że to będzie już na pewno ich ostatnia edycja. W pewnym sensie byliśmy do tego przygotowani. Chwała bankowi za… 29 lat współpracy. Jak jeździłem na konferencje dyrektorów turniejów challengerowych, bo są one organizowane raz na dwa, trzy lata, to zawsze byliśmy dawani jako przykład takiej długofalowej współpracy z jednym sponsorem. To się, wbrew pozorom, zdarza bardzo rzadko, szczególnie w challengerach, które są jednak bardziej kapryśnymi turniejami niż wielkoszlemowe mające od lat wielkie, globalne firmy. W naszym przypadku bank, wtedy jeszcze Pomorski Bank Kredytowy, zaczął nas wspierać od pierwszej edycji. Potem, kiedy się przekształcał w Bank Pekao SA, dalej byli z nami. Były pewne momenty zagrożeń, kiedy np. w banku zmieniał się zarząd. Mimo to udawała nam się współpraca przez te lata. Teraz już nie. Ale jeszcze raz powtarzam: chwała za te 29 lat turnieju.
Czy wycofanie się banku spowoduje, że ta tegoroczna,
30 edycja, która na pewno będzie inna, ale czy będzie także uboższa? Będzie się mniej liczyć w rankingach?
KB: Nie. Ubiegły rok, kiedy ten budżet zmniejszył nam się dość istotnie, był bardzo dobrym turniejem. Doskonale ocenionym. To było dla nas bardzo miłe, bo bardzo się baliśmy tej edycji. Jest kilka powodów, dlaczego o tegoroczny turniej możemy być spokojni. Po pierwsze – to, co robi Miasto Szczecin. Pomoc
z tej strony zawsze była znacząca. Ale w tym roku jest ogromna. Wszyscy jesteśmy już taką jedną, organizacyjną, rodziną. Miasto jest nie tylko partnerem jako sponsor, ale też partnerem w organizacji. To też otwiera wiele drzwi i bardzo pomaga. Po drugie – dla mnie, jako dyrektora turnieju, było to coś nieprawdopodobnego jak wszyscy sponsorzy na wieść o tym, że banku już nie ma w turnieju mówili: „ok, tyle możemy ci w tym roku więcej dać”. Udało nam się na dzisiaj, zebrać budżet nawet minimalnie większy niż w ubiegłym roku. Co myślę jest sukcesem. Udało się pozyskać nowych partnerów. A to nie jest takie proste znaleźć sponsora tytularnego po tylu latach współpracy i kojarzenia się tej imprezy z tak naprawdę dwoma podmiotami: Miastem Szczecin oraz bankiem. Wszędzie słyszałem: „jedziemy do Szczecina na Pekao Open”. W tym roku pewnie dla wielu to ciągle jeszcze będzie Pekao Open.
Panie Prezydencie, nie bał się Pan, że pojawią się takie głosy, że miasto angażuje duże środki w turniej sportowy, a są tak duże potrzeby w mieście. Pan natomiast się bawi w igrzyska dla nielicznych?
PK: Jesteśmy metropolią. A metropolia wymaga wysokiej kultury, wydarzeń artystycznych, wydarzeń sportowych. Takim wydarzeniem jest z pewnością turniej tenisowy. Myślę, że to jest podobnie jak z piłką nożną. Pada pytanie: „czy warto inwestować w piłkę?”. Warto, bo tego oczekują mieszkańcy.
Do tego turniej ma ogromny walor biznesowy. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły, ale nawet niektóre miejskie projekty bardzo zyskały dzięki turniejowi. Dlatego, że tam się nie tylko ogląda tenis na wysokim poziomie, ale też rozmawia się o poważnych sprawach. Powiem tylko tyle, że przed paru laty dzięki jednej biznesowej rozmowie miasto zyskało parę milionów złotych. I dla tamtej jednej sytuacji warto było przeprowadzić parę edycji turnieju. To przedsięwzięcie cały czas trwa i może kiedyś o tym opowiem więcej, jak będę mógł, jak to już będzie historia. Natomiast takie rzeczy się dzieją i takich przykładów, nie dotyczących miasta, ale biznesu szczecińskiego znam parę. A pewnie znam tylko mały fragment tego co się wydarzyło. Kolejna sprawa – ekwiwalent reklamowy, który turniej gwarantuje jest grubo wyższy niż budżet turnieju.
KB: Blisko 11 milionów złotych w zeszłym roku, tylko w Polsce.
PK: To jest to, co stanowi taką wartość dodaną, jak np. finał regat the Tall Ships Races, rzeczy, które promują miasto. Myślę, że my turnieju potrzebujemy, tak jak potrzebujemy Filharmonii, Pogoni, właśnie finału regat. To jest ważne dla miasta, dla szczecińskiego sportu, szczecińskiego tenisa, bo mamy tradycje związane z tym sportem. Z przyjemnością patrzę na frekwencję na kortach, jak trudno je wynająć, aby pograć. Sam się z tym spotkałem, borykam się z tym problemem, bo preferowane są stałe rezerwacje. Ja z uwagi na swoją pracę, nie mam na to czasu. Próbowałem parokrotnie zimą zagrać, tak pod wieczór i okazywało się, że najbliższy możliwy termin był o godzinie 22. Ja się z tego cieszę, bo to znaczy, że ludzie grają, że to ich cieszy i fascynuje. Ten turniej ma swoich widzów. Zresztą jak popatrzymy na frekwencję, to jest ona najwyższa w Polsce. W trakcie turnieju wieczorami gromadzi się tysiące ludzi na kortach przy alei Wojska Polskiego, żeby zobaczyć dobry tenis np. w trakcie „meczu dnia”. Jeśli jest choćby przyzwoita pogoda, to trybuny są zawsze pełne albo prawie pełne. Ostatnie trzy dni imprezy zawsze to potwierdzają. Takie wydarzenie też jest potrzebne, żeby firmy, które funkcjonują przy turnieju mogły zaprosić swoich gości. Mają swoje loże, swoje miejsca do spotkań, mogą się pokazać. To my też im oferujemy. Gdyby nie było turnieju te firmy nie byłyby w stanie tego zrobić, a trzeba mieć takie elementy przyciągające. Bo to buduje relacje. A w biznesie relacje są szalenie ważne. To mi mówią szczecińscy przedsiębiorcy, którzy są od lat partnerami i troszczą się o ten turniej, podobnie jak dyrektor tej imprezy.
Zgoda. Tylko, myślę, że nadal panuje pewnego rodzaju odczucie o elitarności tenisa, jako sportu tylko, może coraz większej, ale jednak dla pewnej, niezbyt wielkiej grupy ludzi.
KB: Teraz już to się zmienia, takich opinii jest coraz mniej.
Ale jednak nadal się pojawiają. Pan Prezydent podał przykład The Tall Ships Races, meczów Pogoni. To są jednak masowe wydarzenia, imprezy w których biorą udział tysiące osób reprezentujące cały przekrój społeczeństwa. W przypadku turnieju cieszy się on zainteresowaniem chyba grupy o bardziej wyrobionej pozycji, wykształceniu, guście…
PK: Nie, to nie jest prawda. Generalnie oczywiście są różne gusta. Dla jednych atrakcyjnym wydarzeniem będzie koncert w Filharmonii, dla innych mecz Pogoni. Jeszcze inne osoby dla odmiany zaglądają na korty. I nie tylko dla tenisa, także dla spotkania z muzyką, koncertów czy spotkań z biznesem właśnie.
KB: Zainteresowaniem tylko ze strony pewnej grupy publiczności? Nie, kibice, którzy kupują bilety i przychodzą na mecze są z bardzo różnych środowisk. Pojawiają się przecież całe rodziny i chcą oglądać tenis na bardzo wysokim poziomie, a my mamy zawsze doskonały skład zawodników. Dzięki temu mamy wyjątkowo dużą frekwencję. My jako management również z tego korzystamy, bo np. jesteśmy zapraszani na turniej Masters do Londynu, dzięki temu, że przekroczyliśmy 25 tysięcy osób na naszym wydarzeniu. To taka nagroda od ATP, która nie zdarza się często. Jeżdżę po różnego rodzaju turniejach, obserwuję rozwiązania, które są tam stosowane. I nawet nie mają porównania do szczecińskiego wydarzenia, jako do imprezy, a nie samego turnieju. My mamy w jednym połączenie sportu, kultury i biznesu, bo na to postawiliśmy wiele lat temu i to się bardzo sprawdza. A wszystko dzieje się dzięki tenisowi. Np. turniej warszawski nie ma już tego zaplecza biznesowego. On ma gwiazdę – Igę Świątek. Cudnie, fajnie, przychodzą ludzie. Tylko ten turniej bez gwiazdy przestanie być interesujący. Ale życzę im jak najlepiej, bo to nie jest dla nas konkurencja. Do nas co roku ATP przysyła kogoś kto organizuje gdzieś turniej. Ma się u nas uczyć rzemiosła. Jesteśmy zobowiązani wszystko mu pokazywać, wyjaśniać, instruować itd. Ci ludzie przyjeżdżają z różnych miejsc Europy i są zaskoczeni naszymi rozwiązaniami. Szczecin był pierwszym challengerem, pierwszym turniejem tenisowym na świecie, który wprowadził festiwal muzyczny. Był u nas jeden z wiceprezesów ATP wiele lat temu i zobaczył, że ludzie zostają na kortach po „meczu dnia”, żeby posłuchać muzyki. Potem był specjalny list ATP w tej sprawie do organizatorów innych turniejów. Bo mamy takie możliwości i mamy tę przewagę. Ludzie zostają na kortach i mogą pójść na koncert. A muzyka po zmroku ma swój urok. Nie zgadzam się więc, że to jest impreza dla wyższych sfer, czy tylko określonej grupy osób.
PK: Jest jeszcze jeden dowód na to – wzrost frekwencji w szkółkach tenisowych zaraz po zakończeniu turnieju. To pokazuje, że rodzice widzą sens w uprawianiu tenisa, że to jest ogólnorozwojowy, piękny sport, który może dać dziecku bardzo dużo. Nawet jeśli nie będzie zawodnikiem. Moja córka tak gra od paru lat, bo po prostu to lubi. Kibicowanie, to też pewnego rodzaju kultura. Szczecinianie potrafią się bardzo pięknie zachowywać na kortach.
KB: To prawda. Publiczność jest zawsze bardzo komplementowana przez supervisora z ATP. A to jest taki Bóg na turnieju.
Od niego bardzo wiele zależy. On może nakazać coś zmienić, może nawet odwołać turniej, rządzi wszystkim. Jego opinia ma niezwykły wpływ na kolejne frekwencje zawodników i oceny jakie dostajemy na koniec roku. A są one doskonałe. Nagrody dla turnieju i dla nas, organizatorów są tego przykładem. Ale my też reagujemy szybko na uwagi zawodników czy supervisora np. w ubiegłym roku były małe niedoskonałości dotyczące salki do kontroli antydopingowej. W tym roku pomieszczenie będzie, jak trzeba. A taka szybka reakcja to nie jest standard wszędzie na świecie. O nas się mówi i nas się podaje jako przykład.
Czy trudno zorganizować turniej w takich czasach w jakich teraz żyjemy?
KB: Trudno. Trzeba być trzepniętym w głowę. Ale ja jestem trzepnięty w głowę na punkcie tenisa. I tak zawsze było. Bo ten turniej miał swoje zakręty. Były takie trzy poważne. Udało nam się je pokonać. Tegoroczny turniej jest trudny ekonomicznie. Ale my jako firma przez te wszystkie lata zgromadziliśmy sporo sprzętu, więc jesteśmy w pewien sposób uniezależnieni od zewnętrznego rynku. Mógłby „pracować” gdzie indziej. Ale to jest pasja do tenisa nie tylko moja, ale całego zespołu. Bo ja bez niego nie zrobiłbym tego turnieju. To bardzo ważne. W ubiegłym roku byłem już bliski rezygnacji. Niestety podcięła mi trochę nogi ta sytuacja z bankiem. Szacunek dla prezydenta, bo mnie postawił na nogi. Udało nam się to wszystko fajnie zrobić. Ale kiedy całą moja ekipa dowiedziała się, że chcę zrezygnować, oznajmili mi, że oni wszyscy będą pracować za darmo, ale ten turniej ma się odbyć. Bo jesteśmy jedną rodziną. Ja pracuję z takimi wariatami i to jest sukces tego turnieju. A tych wariatów jest dosyć dużo, bo w sumie pracuje nas ponad 300 osób, a management to jakieś 15 osób, które pracują przez cały rok. Ile małżeństw, dzieci dzięki temu pojawiło się na świecie…
Mamy jakieś dane na ten temat?
KB: (śmiech)
PK: Nie mamy w Szczecinie aż tak wielu takich tradycji sportowych. Dlatego myślę, że to jest coś, co wiąże i my wiemy, że ten turniej jest na tyle wartościowy dla nas wszystkich, emocjonalnie, z każdego względu, o którym już mówiliśmy, że on powinien trwać i fajnie, że się wszyscy wspierają.
No to powspominajmy trochę. Panie Prezydencie, od kiedy jest Pan tak osobiście zaangażowany w turniej? Nie tylko jako widz.
PK: Z turniejem zetknąłem się gdzieś w okolicach 2002 roku, jak trafiłem do Miasta. To był mój pierwszy kontakt. I od tamtej pory, nawet jak np. miałem przerwę w tym czasie to i tak byłem gdzieś na turnieju. Zawsze tak ustawiam kalendarz,
bo mam swoje aktywności wrześniowe, to zawsze ustawiane są albo na czas przed turniejem, albo po turnieju. Lubię na nim być. Zawsze mam taki niedosyt oglądania tych meczów. Bo zawsze mam w związku z tym jakieś obowiązki. Część gości przyjeżdża, muszę się nimi zajmować, muszę się spotkać, z którymi omawiam różne ważne kwestie, tematy, również biznesowe.
Moja żona trochę więcej ogląda, bo też bardzo lubi tenisa. U mnie w domu w telewizji tenisowe turnieje właściwie są na okrągło w tle wszystkiego co się dzieje. Na kanałach sportowych różnych stacji telewizyjnych są przeróżne transmisje, więc cały czas dzieje się coś związanego z tenisem (śmiech). Jak nie tenis pań, to panów. A ten turniej jest z nami od tylu lat, że nie wyobrażam sobie września bez niego. To już jest takie nasze, szczecińskie, DNA.
Która edycja według Pana była najlepsza?
PK: Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć.
To która najbardziej utkwiła w pamięci?
PK: Było ich tyle, że każda miała coś w sobie. Pamiętam obecność na jednym z turniejów Karoliny Woźniackiej, która była wtedy nr 1 na świecie i przyjechała do nas. Ale nie mam takiego turnieju, który bym jakoś specjalnie zapamiętał.
Panie Dyrektorze, to która edycja turnieju była najtrudniejsza?
KB: Ostatni, ten ubiegłoroczny, był bardzo trudny. Jego przygotowanie kosztowało mnie nieprawdopodobnie dużo zdrowia i nerwów. A inne? 30 lat minęło, więc niełatwo sobie przypomnieć ten najtrudniejszy. Ale na pewno wtedy, kiedy pada bardzo dużo deszczu.
PK: Ale nie było wielu takich turniejów.
KB: Nie było, bo zazwyczaj mamy tylko jeden dzień deszczu. Bardzo trudny turniej i chyba najbardziej traumatyczny był wtedy, kiedy Fundacja ogłosiła upadłość, z różnych powodów. Wtedy było tragicznie. Wiele planowaliśmy, bo wtedy chyba też był jakiś jubileusz, bodaj 20, mnóstwo dodatkowych atrakcji. I nagle taki krach dosłownie cztery czy pięć dni przed turniejem. Zadzwoniłem do Pana Prezydenta prosząc o interwencję. My byliśmy zawsze po jednej stronie z miastem. Nie powiem, że bank po drugiej. Ale jednak mimo wszystko bank był bankiem. A my byliśmy tu, ze Szczecina i wiadomo było, że ja chciałem pracować z Miastem. Z bankiem oczywiście też. Natomiast te relacje z nim w ramach kolejnych zarządów troszeczkę się zmieniały. Kiedyś były doskonałe, potem dobre, a potem zaledwie poprawne. Nie liczę tutaj szczecińskiego oddziału banku, bo z nim zawsze było ok. Natomiast mówimy o centrali. I wtedy, przy tej 20 edycji, to nas kosztowało wszystkich nieprawdopodobnie dużo stresu. To był taki zły turniej. Chociaż wszystko się udało i nawet wtedy jakąś nagrodę zdobyliśmy. Będę pamiętał także, poza tymi starymi turniejami, 25-lecie, kiedy zadzwonił Richard Gasquet, jak przegrał na US Open z pytaniem czy może przyjechać do Szczecina. Dotarł do nas, wygrał i mogłem wręczyć nagrodę jednemu z najsłynniejszych zawodników, którzy tutaj grali. W dodatku to był cudowny turniej, wszystko się udało. Wizyta Karoliny Woźniackiej, to było nieprawdopodobne wydarzenie. To był dla nas ogromny zaszczyt, zrobiła ogromne zamieszanie, bo i zagrała jakąś pokazówkę i miała wielką konferencję prasową, pierwszą wtedy podczas jej pobytu w Polsce. No i nie ukrywam, że ten przedostatni turniej był dla mnie bardzo ważny. Bo dzięki dobrej grze Kamila Majchrzaka, który dotarł jako pierwszy Polak i na razie ostatni, do finału. Jeszcze nigdy Polak nie wygrał, podobnie jak Hiszpan. Do półfinału kiedyś dotarł tylko Jurek Janowicz i Łukasz Kubot. Nadal więc podtrzymujemy te dwie klątwy – hiszpańską i polską. Mimo, że turniej w Polsce, to Polak nie wygrywa i mimo, że Hiszpanie są największymi fachowcami od gry w tenisa na ziemi, na mączce ceglanej, to też jeszcze żaden z nich nie wygrał. Co zresztą kiedyś jeden z Hiszpanów skwitował, że musimy zaprosić Rafaela Nadala, żeby on tutaj wygrał. Bo żaden z tych zawodników, mimo, że są znani i grają w dużych turniejach u nas nie odnieśli sukcesu. U mnie w domu również cały czas telewizor nastawiony jest na kanały sportowe, oczywiście z tenisem. Oglądamy różne turniej i nagle mówimy: „o grają ten i ten, byli u nas”. To naprawdę niezwykłe, że tylu dobrych zawodników u nas zagrało.
A czy można zaryzykować takie twierdzenie, że szczeciński turniej był dla niektórych z nich trampoliną do wielkiego sukcesu? Mam tu na myśli np. Caspra Ruuda, czy Rune Holgera, którzy grali przecież w Szczecinie.
KB: Mógłbym zacytować bardzo dobrego trenera Pawła Straussa, który pracuje z nami od wielu lat, ale przede wszystkim prowadzi zawodników w Skandynawii. Np. partnera Łukasza Kubota, z którym zdobył Wielkiego Szlema. I on właśnie przyjechał z Casprem Ruudem. W zeszłym roku mailowo przesłał mi podziękowania, że mu zaufałem. Bo on mi powiedział, że z Ruuda będzie kiedyś prawdziwy zawodnik. A Casper Ruud przyjeżdżał do Szczecina dwukrotnie, zupełnie niedawno i wcale nie podbił turnieju. Z Holgerem Ruune było już lepiej, bo trafił do półfinału, a Ruud nawet tam się nie dostał. To nie jest tak, że my jesteśmy jedyni, gdzie ci zawodnicy grali i grają. Choć to jest pewnego rodzaju trampolina, bo są nią challengery, szczególnie te duże. U nas fajne jest to, że jak się potem śledzi finalistów, zwycięzców to często jest tak, że wystarczy rok i oni już są w pierwszej 15, 20 świata. Trafiliśmy ich w idealnym momencie albo oni sami do nas trafili. Tylko trzeba mieć nosa, nie zawsze do zawodnika częściej do trenera czy do kogoś kto wskazuje. Tak było w przypadku Juana Carlosa Ferrero, zawodnika dziś już troszeczkę zapomnianego, dwu czy trzykrotnego zwycięzcy Rolanda Garrosa. Dzisiaj wszyscy znają jego twarz i nazwisko, bo jest trenerem Carlosa Alcaraza – najlepszego zawodnika na świecie w tej chwili. Na początku lat 2000 zadzwonił do nas człowiek z przedstawicielstwa PLL LOT z Hiszpanii, znajomi go poprosili o to, bo jest taki supermłody zawodnik, który chciałby przyjechać do Szczecina na turniej. Hiszpan, nazywa się Juan Carlos Ferrero. Sprawdziliśmy, grał bardzo dobrze w juniorskich rozgrywkach. PLL LOT był sponsorem, nie odmówiliśmy. Daliśmy mu „dziką kartę”. Przyjechał, zagrał. Odpadł w drugiej czy trzeciej rundzie. Taki szczypior, chudzina taka. Przyszedł, podziękował za „dziką kartę” i powiedział: „w przyszłym roku będę w pierwszej 20 i też do Was przyjadę”. Rok później wpisał się do naszego turnieju, ale nie wierzyliśmy, że przyjedzie. Budując miasteczko turniejowe oglądaliśmy finał jednego z hiszpańskich turniejów. I on go wygrał, po czym za dwa dni zameldował się w Szczecinie. Był już wtedy w pierwszej 20. To był jeden z dwóch najwyżej rozstawionych zawodników, którzy zagrali w Szczecinie.
Ale ze Stefanosem Tsitsipasem, teraz gwiazdą światowego formatu, to się Panu nie udało.
KB: No nie powiodło się.
Co zawiodło?
KB: Wyczucie. No nie ma tak, że się nie mylę. (śmiech) Tsitsipas to moja największa porażka, jeżeli chodzi o turniej. Leo – moja prawa ręka, który jest dyrektorem sportowym turnieju i on w dużej mierze rozmawia z zawodnikami, bo ja się zajmuję bardziej częścią organizacyjną i sponsorską, namawiał mnie na Tsitsipasa. Ale ja wybrałem Polaka, którego kariera na szczecińskich kortach szybko się skończyła. A Tsitsipas poszedł do góry. Leo zawsze ze mnie drwi, jak rozmawiamy na temat pozyskiwania zawodników do turnieju. A wtedy Tsitsipas był juniorem i wygrał jakiś juniorski turniej. Tak mi się jakoś wydawało, że Grecy to raczej nie grają dobrze w tenisa, nigdy nie słyszałem, aby z Grecji pochodził jakiś ważny zawodnik. No i tak jakoś wyszło, Nie zawsze się trafia.
Panie Prezydencie, Pan od dawna gra w tenisa.
PK: Nie za dużo, ale pogrywam.
A nie kusiło Pana, żeby przy okazji turnieju zorganizować taki mini turniej dla prezydentów polskich miast. Bo pewnie gra np. Rafał Trzaskowski czy Jacek Karnowski.
PK: Przyjeżdżają prezydenci np. Janusz Żmurkiewicz ze Świnoujścia.
Ale chyba tylko jako widz.
PK: O nie, prezydent Żmurkiewicz dobrze gra.
Ale taki mini turniej prezydencki to byłaby chyba kolejna atrakcja?
PK: Może by i mnie kusiło, ale nie miałbym czasu w nim uczestniczyć. I byłoby mi bardzo szkoda, że nie gram (śmiech). Ale pomyślimy o tym.
Jaki będzie tegoroczny turniej?
PK: Mam nadzieję, że będzie podobnie udany jak zeszłoroczny. Zakładam, że będzie dużo dobrych sportowych emocji i że pogoda nam dopisze. Mam nadzieję, że to będzie fajne wydarzenie i promocyjne, i dla kibiców i dla tych wszystkich, którzy się interesują tenisem. A ci z biznesu, którzy są z nami utwierdzą się tylko w przekonaniu, że ta współpraca jest bardzo udana.
Planuje Pan również jakieś poważne negocjacje, które wpłyną na przyszłość miasta?
PK: Nie planuję, ale mogą się wydarzyć. Zwykle jest tak, że się wydarzają. Nie zawsze trzeba to planować. Czasami okoliczności powodują, że udaje się osiągnąć jakiś sukces, cel, krok do przodu. Tak bywało w historii.
Będzie jakaś mega niespodzianka, która nas rzuci na kolana?
KB: Nie, pewnie nie będzie. Ale chcemy, żeby to była impreza godna jubileuszu. Będziemy się starali także sportowo dobrze ją „ograć”. Myślę, że to będzie udany jubileusz. Mamy 30 – lecie, ale mamy też 25 – lecie turnieju artystów, który towarzyszy głównym rozgrywkom. Będzie więc rekordowa obsada artystyczna, parę nowych nazwisk szykuje się do udziału w tym wydarzeniu. Przygotowaliśmy też bardzo dużo fajnych rzeczy dla publiczności związanych z jubileuszem. Np. na pewno warto sięgnąć do szafy po stare koszulki turniejowe, bo będziemy nagradzać tych, którzy mają najstarsze. A widzę czasami kibiców, którzy mają koszulki choćby z 1999 i są one, chociaż sprane, jeszcze w stanie używalności (śmiech).
Ma Pan koszulkę z pierwszego turnieju?
KB: Mam chyba z wszystkich edycji (śmiech) Gdzieś tam jest kontener, w którym to wszystko się znajduje. Minęło, pamiątek jest sporo. Ile jest prac magisterskich, doktorskich związanych z turniejem! To wydarzenie naprawdę wrosło w Szczecin i w Polskę. Bo na tę imprezę przyjeżdżają ludzie z całego kraju. Również sponsorzy, jednym ze znaczących jest m.in. browar aż z Lublina. U nas trzeba być. Nasz turniej, a zwłaszcza Szczecin ma też ogromną promocję nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Rozgrywki są transmitowane, poprzez telewizję ATP, na cały świat.
Panie Prezydencie, weźmie Pan urlop na czas turnieju?
PK: Będę się starał łączyć obowiązki. Choć właściwie to chyba powinny być nadgodziny (śmiech).















