To opowieść o człowieku niezwykłym, legendzie nie tylko szczecińskiej kultury, o kimś kto swoimi pomysłami i aktywnością wyprzedzał czasy, w których przyszło mu żyć, barwnym ptaku nie dającym się usidlić nakazami i wytycznymi „odgórnych czynników”, dzięki któremu polska muzyka otrzymała gigantyczny zastrzyk talentów i artystycznych osobowości, który uczynił ze stolicy Pomorza Zachodniego kolebkę rewolucji w rodzimej rozrywce. Twórca szczecińskiej operetki, kultowego Festiwalu Młodych Talentów, autor największych sukcesów Estrady, filar Silnej Grupy pod Wezwaniem. Artysta, śpiewak operetkowy, kabareciarz, aktor, przedsiębiorca, dziennikarz, pisarz, muzyk. Prawdziwy smakosz życia, wielbiciel dobrej kuchni i zacnych trunków. Wzorzec polskiego szlachcica i ziemianina, posiadacz niezrównanego poczucia humoru, autor prekursorskich pomysłów biznesowych. Panie i Panowie, oto przed Wami niezrównany Jacek Nieżychowski!
W tym roku mija sto lat od chwili, kiedy przyszedł na świat. Wielkopolanin z urodzenia, szczecinianin i świnoujścianin z wyboru. Odcisnął na stolicy Pomorza Zachodniego niebagatelne piętno. Nie dziwi więc fakt, że Rada Miasta Szczecin, w dowód uznania dla niego, ustanowiła rok 2024 Rokiem Jacka Nieżychowskiego. Zaplanowano bogaty kalendarz wydarzeń. Za nami już specjalny koncert w Operze na Zamku. Na Jasnych Błoniach można oglądać plenerową wystawę Szczecińskiej Agencji Artystycznej. Ale to nie koniec. W maju czeka nas konkurs wokalny w Willi Lentza, w którym przyznana zostanie nagroda im. Jacka Nieżychowskiego, od czerwca do sierpnia odbędzie się cykl koncertów na Różance z jego ulubionymi ariami operetkowymi, operowymi i musicalowymi a 17 sierpnia, w dniu imienin, w „Ogrodach Śródmieście” zagrają dla niego m.in. artyści z Opery na Zamku oraz znany szczeciński zespół Tragarze. Nie zabraknie Nieżychowskiego podczas wrześniowego Wielkiego Turnieju Tenorów. Wtedy też Książnica Pomorska zaprezentuje swoją wystawę poświęconą temu artyście. W październiku odbędzie się dedykowana mu edycja Festiwalu Młodych Talentów i biesiada ziemiańska na którą szczecińscy gastronomicy przygotują specjalne potrawy sporządzone na podstawie przepisów Jacka Nieżychowskiego. Natomiast w listopadzie ukaże się jego biografia. Obchody zostaną zakończone w styczniu przyszłego roku. Jest więc i będzie Jacka dużo w Szczecinie.
Ale co zrobiłby widząc te wszystkie akademie „ku czci”, koncerty, wystawy, książki? Uśmiechnąłby się przychylnie, czy raczej skrzywił z dezaprobatą?
– Nie byłby chyba niezadowolony, natomiast coś takiego nie było w jego stylu. On żył swobodnie, jak wolny ptak, wszystko się u niego działo szybko, mijało jedno przychodziło drugie, trzecie, czwarte. Nie był zwolennikiem pomników, jakichś celebracji itd. Wydaje mi się jednak, że byłoby mu miło, że Szczecin o nim pamięta, że wspomina to, co zrobił, czego dokonał – mówi Tomasz Nieżychowski, syn Jacka Nieżychowskiego, szczeciński przedsiębiorca.
– Z tymi obchodami roku Jacka Nieżychowskiego jest trochę jak z historią posągu Colleoniego. Mam wrażenie, że Szczecinowi potrzebny jest kolejny spiżowy bohater, do ustawienia na kolejnym placu bez specjalnego wnikania w jego historię, która nie składa się tylko z Operetki i Festiwalu Młodych Talentów. Pewnie Dziadkowi byłoby miło, że jest teraz tak honorowany i doceniany, ale jak go znam to trzymałby do tego odpowiedni dystans. Bo był niedzisiejszy, a dzisiaj jego zalety i wady byłyby zupełnie inaczej odbierane – uważa Rafał Stankiewicz, wnuk Jacka Nieżychowskiego, menedżer branży ubezpieczeniowej z ponad 25 – letnim doświadczeniem, a obecnie wiceprezes TUiR Warta S.A.
– To trudne pytanie, bo z jednej strony doceniam trud wszystkich, którzy starają się zachować pamięć o nim, piszą, planują, organizują, spotykają się. To wymaga czasu i pracy. Z drugiej strony – dziadek w znacznej mierze był nonkonformistą, budował i wymyślał wbrew, łamał schematy i zasady. Dlatego właśnie wszystko powstało to co powstało. Myślę, że cieszyłby się, ale i pamiętając jego niekonwencjonalne zachowania stawiam, że zaburzyłby opracowany schemat – podsumowuje Michał Stankiewicz, wnuk Jacka Nieżychowskiego, znany szczeciński i trójmiejski dziennikarz, głównie z łam „Rzeczpospolitej”, ale i współzałożyciel Prestiżu.
Za przykład takich niestereotypowych działań dziadka przywołuje pewną sytuację z Międzyzdrojów, do której doszło podczas sławnego Festiwalu Gwiazd.
– Jedną z imprez towarzyszących była na pobliskim polu golfowym, pośrodku którego, na wzgórzu, był domek klubowy ze stolikami na zewnątrz. A tam same sławy i ważne persony. Wśród nich dziadek, który był szanowanym gościem festiwalu. Do dyspozycji gości były meleksy. W pewnym momencie Dziadek wsiada do jednego z pojazdów i rusza po tzw. greenie. Dojeżdża na skraj pola, do granicy z krzewami. Całe towarzystwo obserwuje go z góry i zastanawia się co tam robi. A on wysiada, podchodzi do krzewów i robi to, co faceci często robią stojąc przed krzakiem. Po czym, jak gdyby nigdy nic wraca do nas – opowiada Michał Stankiewicz.
Wielkopolanin z urodzenia
Jerzy Jacek Nieżychowski (herbu Pomian) urodził się w miejscowości Chlewo w powiecie ostrzeszowskim w patriotycznej rodzinie, pełnej wojskowych i ziemiańskich tradycji. Jego ojciec brał udział w Powstaniu Wiekopolskim m.in. organizował powstańczą artylerię, a także brał udział, w wojnie polsko – bolszewickiej jako dowódca baterii artlerii wielkopolskiej. Został odznaczony krzyżem Orderu Wojskowego Virtuti Militari przez marszałka Józefa Piłsudskiego. Po wybuchu II wojny światowej i kampanii wrześniowej rodzina musiała opuścić Wielkopolskę.
– Ojciec najpierw w czasie wojny studiował na tajnych kompletach medycynę. Potem przeniósł się do Galicji – do majątku k. Nowego Sącza, którym dziadek zarządzał. Tam poznał moją mamę i się pobrali w 1943 roku. I tam też brał lekcje śpiewu u sławnej śpiewaczki Ady Sari, która była przyjaciółką mojej babci. Po wojnie dziadek wrócił z babcią do Wielkopolski, do swojego majątku, a ojciec przeniósł się w okolice Limanowej, gdzie został dyrektorem browaru. Chyba przez dwa lata nim kierował. Ale potem musiał znaleźć swoje nowe miejsce. Wybór padł na Szczecin, bo był najdalej położony. Przyjechał najpierw na przeszpiegi i uznał, że to dobre miejsce. Znalazł dom na Pogodnie w którym do dzisiaj mieszkamy. Ściągnął rodzinę. I tak się zaczął jego szczeciński etap w życiu – opowiada Tomasz Nieżychowski.
W 1950 roku ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki w Warszawie. W latach 1949–1952 był asystentem w Wyższej Szkole Ekonomicznej i dyrektorem Technikum Eksploatacji Żeglugi i Portów. Po zdanym egzaminie eksternistycznym zostaje artystą-śpiewakiem. Przez kilka lat pracuje w Operetce Gliwickiej. W 1956 roku wraca do Szczecina.
Szczecińska Operetka
To był pomysł nie tylko niezwykły i pionierski, ale i trochę…szalony. W czasach ponurego socjalizmu, pod koniec lat 50. ubiegłego wieku, wpaść na pomysł stworzenia w Szczecinie operetki? Wtedy, kiedy brakowało jedzenia, kraj był zniszczony, ludzie byli prześladowani, a wszędzie panowała bieda? I w dodatku zrobił to człowiek, który nie należał do PZPR. Jak mu się to udało? Przecież dla „partyjnych” propozycja utworzenia operetki musiała brzmieć jak jakaś kapitalistyczna, sanacyjna fanaberia.
– Był człowiekiem pozytywnie patrzącym w przyszłość. Miał dużą zdolność zdobywania sympatii ludzi i przekonywania ich do swoich pomysłów. Jak coś chciał zrobić, to potrafił ich zachęcić, tym swoim entuzjazmem, do pewnych działań. Operetka w tamtych czasach to na pewno było trochę dziwne. Ale miał to szczęście, że spotykał na swej drodze ludzi, którzy nagle zapalali się do jego pomysłów. Sam fakt, że np. w pociągu z Gdańska spotyka przewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie, któremu zaczyna opowiadać o operetce. Tłumaczy: „Gliwice mają taki obiekt a my nie. Jesteśmy gorsi?”. Ojciec tak go nakręcił, że kilka tygodni później, jesienią 1956 roku, powstało Towarzystwo Miłośników Teatru Muzycznego – wyjaśnia syn Jacka Nieżychowskiego.
Towarzystwo było prywatną inicjatywą kilkunastu osób, które zajęły się organizacją operetki. Nie można było tego zrobić instytucjonalnie, przez jakieś urzędy, dlatego założono prywatne stowarzyszenie entuzjastów operetki, którzy zaczęli prężnie działać.
– Szczecin był wtedy pełen repatriantów z Kresów, przyjechało tutaj sporo inteligencji np. z Wilna. Ludzi, którzy znali się na sztuce, znali operetkę. Oni także szukali jakiejś odskoczni w tych ciężkich czasach. Ojciec znalazł paru takich zapaleńców i spróbowali. A potem trzeba było jeszcze przekonać całą resztę. Czyli m.in. Operetkę Gliwicką z której pomocy chcieli skorzystać. Pojechali na Śląsk, a tam pytają ich: „Salę macie? Nie. Dekoracje macie? Nie. Artystów macie? Nie. I chcecie robić operetkę? Tak. To warto z Wami pracować” – śmieje się Tomasz Nieżychowski.
I w ten sposób w październiku 1956 roku powstała Operetka Szczecińska Towarzystwa Miłośników Teatru Muzycznego, a jej pierwszym dyrektorem zostaje Jacek Nieżychowski. 25 stycznia 1957 roku w Domu Kultury Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego przy ulicy Bohaterów Warszawy odbyła się pierwsza premiera. Operetka „Kraina Uśmiechu” Franza Lehára w której debiutowała Irena Brodzińska, późniejsza gwiazda szczecińskiej sceny.
– W dniu premiery ojciec siedział w domu, denerwując się czy publiczność dopisze. Nagle odzywa się dzwonek telefonu. Dzwonił księgowy operetki. „Panie dyrektorze, niech pan przyjdzie i zobaczy jaka kolejka stoi przed kasą”. Okazało się, że sprzedano bilety na tydzień naprzód. To był pierwszy sukces. Potem pojawiło się pytanie jak przekonać komendanta MO, by oddał pewną salę, będącą w dyspozycji milicji, na potrzeby operetki. Ojciec tak go zagadał, że przekazał ją bez oporów. A sala była reprezentacyjna, z balkonami. Zrobiono z nich loże. Milicja dostała w zamian dwie z nich do dyspozycji i po 20 biletów na każde przedstawienie – dodaje syn Jacka Nieżychowskiego.
Od Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej uzyskano salę gimnastyczną przy ulicy Potulickiej i zaadaptowano ją na potrzeby teatru. 31 grudnia 1957 roku odbyła się w niej premiera operetki „Cnotliwa Zuzanna” J. Gilberta. Sala, mająca być tylko tymczasową, została siedzibą operetki na 20 lat. Ale władze centralne krzywo patrzyły na istnienie takiego, de facto, prywatnego tworu jakim było TMTM. Operetka została upaństwowiona 1 maja 1958 roku. W jej miejsce powstało przedsiębiorstwo pod nazwą Państwowy Teatr Muzyczny w Szczecinie. Na Potulickiej, w ciągu dwóch dekad działalności, odbyło się 71 premier, zagrano 5500 przedstawień, które obejrzały ponad 3 mln widzów. Największą popularnością cieszyły się spektakle: „Baron Cygański”, „My Fair Lady”, „Zemsta nietoperza”, „Kraina uśmiechu”, czy „Życie paryskie”.
– Szalenie interesowałam się jego pracą. Na każdym etapie jego działalności. Najbardziej uwielbiałam jednak ten czas, kiedy był dyrektorem operetki. Miałam wtedy 10 lat. Bardzo chciałam uczestniczyć we wszystkim co tam się działo. I ojciec pozwalał mi być np. na próbach generalnych, które trwały do rana – wspomina Aleksandra Nieżychowska – Stankiewicz, córka, która z racji talentu do śpiewu była najbliżej wydarzeń z tego okresu.
Warto dodać, że z trójki dzieci Jacka Nieżychowskiego – aż dwoje z nich – Aleksandra i Tomasz odebrali muzyczne wykształcenie, podobnie jak później wnuk Michał. To było w pewnym sensie DNA rodziny.
Jacek Nieżychowski był dyrektorem operetki dwa lata. Sam zrezygnował czy z niego zrezygnowano?
– Wykończył go znajomy z operetki, jak to się mówi, skutecznie „podkładając świnie”. Taką okazał wdzięczność za pomoc jaką mu ojciec udzielił – mówi pan Tomasz.
– Było bardzo dużo chętnych na stanowisko dyrektora operetki. A ojciec był bezpartyjny. A wiadomo co to oznaczało w tamtych czasach. A jeszcze, żeby podrażnić ówczesne władze, nosił sygnet rodowy na palcu. W którymś momencie zaczęły się w operetce pewne działania podkopujące pozycję ojca. My, mniej więcej, wiemy kto to robił, kto za tym stał. Była jedna nieudana operetka „Wyspa hibiscusów”. Od razu przystąpiono do ataku, że to dno, porażka itd. Zaczęła się nagonka na ojca, że trzeba Nieżychowskiego wyrzucić, bo się nie zna. I w ten sposób wyleciał z operetki – uzupełnia córka Jacka Nieżychowskiego.
Estrada
Kiedy się już „pozbierał” trafił do Estrady Szczecińskiej, czyli Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Imprez Artystycznych. Został dyrektorem instytucji, której zadaniem było zapewnienie rozrywki m.in. „ludowi pracującemu miast i wsi”. Szybko postawił ją na nogi. Jaki miał pomysł na Estradę? Pierwszym z nich było stworzenie grup artystycznych, które miały jeździły po Polsce występując w różnych miastach i miasteczkach oraz zakładach pracy. Trafiały na prowincję, bo tam nie było takiej rozrywki jak np. w wielkich miastach. Przygotował specjalny program pt. „Wagabunda”. Ściągnął do niego m.in. Bogumiła Kobielę, Mariana Załuckiego, Jacka Fedorowicza, Hankę Bielicką. Duża grupa artystów z różnych rejonów Polski, która jeździła po całym kraju, koncertując czasami dwa, a nawet trzy razy dziennie!
– Ojciec szybko zrobił z Estrady, która wcześniej praktycznie nie istniała, placówkę nr 1 w Polsce. Obok niej prężnie działały tylko oddziały tej firmy w Warszawie i Poznaniu. Potem pojawił się Festiwal Młodych Talentów. To był jego autorski pomysł. Były już organizowane podobne imprezy, ale tylko na szczeblu lokalnym. A ojciec chciał, aby to miało zasięg ogólnopolski. Zaproponował więc popularnemu wtedy zespołowi Czerwono-Czarni, aby jeździli po Polsce i robili przesłuchania młodych wykonawców. W ten sposób szukali talentów. Dziś tym zajmuje się telewizja. Objeżdżali wszystkie województwa i zbierali tych zdolnych. Potem odbywał się konkurs regionalny w każdym mieście wojewódzkim. Tam wybierano 10, 15 osób, które miały trafić do Szczecina na finał. Objazd Czerwono- Czarnych zaczął się w 1961 roku. Finał szczeciński odbył się w 1962 roku. Przyjechało ponad 300 osób. Cała impreza odbyła się na szczecińskich kortach – wspomina pan Tomasz.
– Kiedy szefował Estradzie miałam z nią pewien wątek osobisty. Bo brałam udział w drugim Festiwalu Młodych Talentów w 1963 roku. Tata mi pozwolił. Nie śpiewałam jednak pod swoim nazwiskiem, tylko pseudonimem scenicznym Olga Pomian. Olga od Aleksandry, a Pomian to nasz herb rodowy. Znalazłam się w grupie laureatów. Tata pozwolił mi potem przez trzy miesiące, póki nie zacznę studiów, koncertować z zespołem Luxemburg Combo na Wybrzeżu. A potem do nauki – wspomina Aleksandra Stankiewicz.
Podczas dwóch edycji festiwalu wyłoniono największe późniejsze sławy polskiej piosenki i big beatu m.in. Czesława Niemena, Helenę Majdaniec, Karin Stanek, Kasie Sobczyk, Halinę Frąckowiak, Mirę Kubasińską, Tadeusza Nalepę, Wojciecha Gąsowskiego, Krzysztofa Klenczona, Niebiesko-Czarnych.
Ale festiwal nie przypadł do gustu rządzącym wtedy Polską. Podobno sam I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka wykrzykiwał: „co ten Nieżychowski wyprawia w Szczecinie?”. Dyrektor Estrady narobił sobie wrogów.
– Królował wtedy big beat, tak nazywano odpowiednik zachodniego rock and rolla. Często wykonywano piosenki po angielsku. W 1963 roku zakazano śpiewania piosenek w obcym języku. Naprędce więc pisano polskie teksty do np. amerykańskich przebojów, które również były grane podczas koncertów. Robił to także mój tata. W czasie drugiej edycji Festiwalu Młodych Talentów śpiewano już tylko po polsku. Potem pojawiła się propozycja, aby imprezę przenieść do Warszawy. Bo Szczecin, według niektórych, nie był dobrym miastem na tego typu festiwale. Bo nie wiadomo ciągle było czy ten Szczecin będzie polski, czy nie. Tata nie zgodził się na przenosiny. Znowu więc podpadł. Trzeciej edycji festiwalu już nie pozwolono mu zrobić – opowiada pan Tomasz.
Jacek Nieżychowski był dyrektorem szczecińskiej Estrady aż do chwili, kiedy z Czerwono-Czarnych wyrzucono jednego z muzyków. Za pijaństwo. Ten, z zemsty, zaczął szkalować i oczerniać dyrektora.
– W Polsce ukazywała się wtedy taka gazeta pod nazwą „Kultura”. Latem 1965 roku na pierwszej stronie jednego z jej wydań ukazał się wielki artykuł, z dużym zdjęciem taty, takim na pół strony, zatytułowany „Ja jestem boss prawdziwy”. I tam w bardzo negatywny i kłamliwy sposób opisano, jak prowadzi Estradę i ile w niej artyści zarabiają. Bo płace niektórych były bardzo dobre. Ten rozgoryczony ex muzyk Czerwono – Czarnych naopowiadał bzdur dziennikarzowi, który je spisał, a gazeta wydrukowała. I zrobiła się afera. Pojawiły się głosy: „jak to, robotnik zarabia miesięcznie 1,5 tys. złotych a jakiś artysta 10 tys.?”. No tak, tylko, że ten artysta jak zagrał dużo koncertów, to mógł zebrać taką kwotę. Ale to był okres, kiedy szukano winnych złej sytuacji gospodarczej w kraju. Tata przeczytał ten artykuł i stwierdził, że odchodzi z Estrady – mówi Tomasz Nieżychowski.
– Wykorzystano moment, kiedy ojca nie było w kraju. Afera się zrobiła straszna. Bardzo to przeżywał, bardzo go to dotknęło. Ale wybaczał tym ludziom, którzy za tym stali. Wiedział kto był inspiratorem – jeden z muzyków zespołu Czerwono – Czarni, wyrzucony z zespołu saksofonista. Powyciągał różne dziwne rzeczy i zaniósł do gazety. Ojciec wyleciał z Estrady. To był dla niego taki kolejny kopniak. Choć, z drugiej strony, one go stymulowały, inspirowały do nowych działań, wyzwań. Bo miał następne – wyznaje Aleksandra Nieżychowska – Stankiewicz.
Śpiewająca „Tenisowa”
Po ” Estradzie” Jacek Nieżychowski rusza najpierw w prawie dziewięciomiesięczne, wielkie tournée po ZSRR. Z podobnym zespołem artystów jakich zgromadził w „Wagabundzie”. Po powrocie ma już kolejny pomysł. Lubił grać tenisa, bywał na kortach przy alei Wojska Polskiego. Funkcjonowała tam wtedy znana szczecińska kawiarnia „Tenisowa”. Ale cieszyła się dość wątpliwą sławą. W latach 60. rządzili w niej chuligani. W kawiarni przesiadywali członkowie różnych grup m.in. „Różanki” – nazwa od knajpy w Ogrodzie Różanym, z „Marsa” – od nazwy kina i klubu garnizonowego przy ulicy Wawrzyniaka, „Delfinki” – od knajpy Delfin na ulicy Mazurskiej), „Sorrenciaki” – od kawiarni Sorrento i jeszcze „Stefanki” z ulicy Gorkiego, blisko kortów. W „Tenisowej” bardzo często dochodziło do bójek między członkami tych wszystkich grup. Niektóre bywały bardzo zacięte. Kiedyś w trakcie jednej z nich komuś …odgryziono czubek nosa.
– Pojawiła się możliwość objęcia kawiarni w ajencję. Ojciec stworzył więc spółkę z moim przyszłym teściem i zaczęli wspólnie prowadzić „Tenisową”. Najpierw jednak musiał rozwiązać problem chuliganów. Ojciec stwierdził, że trzeba z tym zrobić porządek. Zatrudnił więc w kawiarni najgroźniejszego z chuliganów, ale pod warunkiem, że bójki się zakończą. I tak się stało. A ten chuligan, dzięki tacie, wyszedł potem na porządnego faceta. Ojciec ze wspólnikiem prowadzili „Tenisową” przez ponad dwa lata. Dzięki tacie pojawiło się tam kilka ciekawych i nowoczesnych pomysłów m.in. wymyślił pewien nowoczesny program artystyczny. To były „Trzy godziny u Jacka”. W jego trakcie kelnerki …śpiewały, jednocześnie obsługując klientów. Przygrywał im zespół muzyczny. Kompletna nowość w tamtym czasie. Dzięki tej atrakcji w lokalu zawsze były tłumy – wspomina syn Jacka Nieżychowskiego.
– Kawiarnia „Tenisowa” była jego prekursorskim pomysłem w kraju. Wtedy nie było takiego lokalu, gdzie kelnerki śpiewają w trakcie obsługi klienta. I to profesjonalnie. Wiele lat potem coś takiego widziałam w USA – dodaje córka.
W 1968 roku Jacek Nieżychowski wchodzi w kolejny etap swojego życia. Silny i grupowy.
Silna Grupa Pod Wezwaniem
„Tenisowa” dobrze sobie radziła, ale Jacek Nieżychowski nie był z gatunku ludzi, którzy usiedzieliby w jednym miejscu. Rozpierała go energia. Podczas jednej z wizyt w Warszawie spotkał się z dwoma znanymi artystami – Kazimierzem Grześkowiakiem oraz Tadeuszem Chyłą. Postanowili stworzyć zespół kabaretowy, który jeździłby po Polsce. Pomysł chwycił błyskawicznie. Byli sławni i popularni. Silna Grupa funkcjonowała do połowy lat 70. W 1976 roku zostali zawieszeni, a w praktyce zlikwidowani.
– Za występ w Radomsku. Za to, że Kazimierz Grześkowiak w programie, który prezentowali, wyrecytował pewien wierszyk. O Polsce, jaka ona jest piękna i cudowna, i jak jest w niej dobrze, fantastycznie i że „jeleń pasie się gaiku, a na stawie dwa łabędzie i tak pięknie i tak cicho i tak kurwa zawsze będzie?” (śmiech) I za to ich zawiesili. Bo to było politycznie niepoprawne. A to był gorący okres po protestach w Radomiu i Ursusie. Pojawiły się artykuły w prasie, że w Radomsku Silna Grupa obraziła Polskę i że jeszcze wtedy Czesław Niemen zdjął gacie i pokazał tyłek, co oczywiście nie miało miejsca – dodaje Tomasz Nieżychowski.
– To był kolejny cios, który spotkał tatę. Jego nazwisko było już chyba na „czarnej liście”. Cenzura sprawdzała wszystkie teksty jakie wykonywała Silna Grupa. Oni kombinowali, przemycali coś niecoś, czasami się udało. W Radomsku to nie wyszło – stwierdziła Aleksandra Stankiewicz.
Ameryka
Silna Grupa pod Wezwaniem nie funkcjonowała. Pojawił się więc kolejny pomysł. Jacek Nieżychowski bywał wcześniej w USA, widział jak organizowane są przyjazdy i występy polskich artystów. Postanowił więc sam tego spróbować. Wyjechał do USA i tam zastał go stan wojenny. Został w Ameryce na kilka lat.
– Stan wojenny zamknął całą działalność artystyczną na linii Polska – USA. W Nowym Jorku ojciec zajmował się trochę dziennikarstwem w polonijnych gazetach, ale żył skromnie. Potem przeniósł się do Chicago i tam najpierw prowadził klub muzyczny w którym grały zespoły z Polski a potem założył delikatesy. Następnie firmę budowlaną – razem ze wspólnikiem kupowali kamienice, domy, remontowali je albo burzyli i budowali nowe – mówi pan Tomasz.
– Dziadek wyjechał do USA w 1981 roku, o ile dobrze pamiętam na tydzień przed wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego. Ruszył tam szukać szczęścia ze swoją ówczesną partnerką, potem drugą żoną Magdą, zwaną przez Dziadka i rodzinę Tuśką. Nie stała za tym żadna historia polityczna, chcieli po prostu ułożyć sobie życie w nowym miejscu. Mieszkali najpierw w Nowym Jorku, potem przeprowadzili się do Chicago. Imali się oboje różnych zajęć. Słyszałem o ich działalności handlowej w kilku odmianach i odsłonach. Za czasów mojej przygody w Ameryce to była budowlanka. Do tego Dziadek pisał stale do polonijnych periodyków, takich jak chicagowski magazyn Relax czy Nowy Dziennik z Nowego Jorku. I tu przypomina mi się, że w Relaxie miał stałą rubrykę, z felietonami której znakiem graficznym był rysunek, na którym baca trzyma nóż pod gardłem owieczki w sposób sugerujący, że ma zamiar ją zarżnąć. Nad tym rysunkiem był tekst wypowiadany przez tego bacę: „oj nie lubisz ty tego, nie lubisz!” – opowiada Rafał Stankiewicz.
Przypomina historię swojego „amerykańskiego snu”. W 1991 roku, zrobił sobie przerwę na drugim roku studiów i trafił do chicagowskiego domu Dziadka i Magdy. Przez dwa lata pracował u niego, jednocześnie usiłując studiować. W życiu Dziadka był to etap, kiedy zajmował się głównie (bo niejedynie) deweloperką. Razem ze wspólnikiem Andrzejem Gołką kupowali i remontowali domy w Chicago i okolicach. Wspólnik, który był adwokatem, odpowiadał za stronę formalną i organizację finansowania, Dziadek nadzorował stronę wykonawczą. Rafał pracował przy remontach trzech domów jako najmłodszy członek kilkuosobowej ekipy budowlanej, złożonej z naszych rodaków, głównie z Małopolski.
Jacek i Maanam
– Większość ekipy mieszkała razem w jednym mieszkaniu na Jackowie, czyli legendarnej polskiej dzielnicy wzdłuż Milwaukee Avenue. Dziadek konsekwentnie nazywał je „bucowem” i z uporem namawiał rodaków do porzucenia tego miejsca na rzecz rozproszenia i asymilacji wśród Amerykanów. Sam mieszkał dosyć daleko od tego polskiego getta, w pięknie położonej nad jeziorem Michigan dzielnicy Rogers Park. A jezioro odgrywało ważną rolę w codziennym życiu Dziadka. W lecie zawsze woził w samochodzie kąpielówki i ręcznik i mieliśmy niemal codzienny rytuał – po pracy jechaliśmy na jedną z licznych plaż i zażywaliśmy kąpieli. Jego kłótnie z ratownikami przeszły do legendy. Jak wchodził do wody na opustoszałej zazwyczaj plaży jeden z ratowników wsiadał do łódki i płynął w pobliżu Dziadka asekurując go. Dziadek mówił mu, żeby przestał to robić, ratownik odpowiadał, że musi, bo takie są przepisy. I wtedy ze strony Dziadka padał ostateczny argument: „płacę podatki w tym mieście i dlatego mam prawo swobodnie się utopić na tej plaży”. Ratownik oczywiście nie odpuszczał, Dziadek płynął dalej. Ale Dziadek też nie odpuszczał i sytuacja za jakiś czas się powtarzała. A muszę jeszcze dodać, że jego marzenie o zniknięciu „bucowa” się spełniło. Kiedy kilka lat temu trafiłem do Chicago z moją rodziną w ramach wakacyjnych wojaży i postanowiłem im pokazać to specyficzne miejsce, ze zdumieniem odkryłem, że zniknęło – opowiada wnuk Jacka Nieżychowskiego.
Dodaje, że Dziadek i Tuśka prowadzili w Chicago dom otwarty.
– Bardzo często organizowali przyjęcia dla przyjaciół i znajomych, w trakcie których można było zawsze dobrze zjeść, popić dobrymi trunkami, a do tego prowadzić interesujące rozmowy i słuchać fantastycznych historii, których mistrzem był mój Dziadek. Wielu polskich artystów, którzy przyjeżdżali do Chicago obowiązkowo zaliczało wizytę u niego, więc dla mnie również był to czas, kiedy mogłem zetknąć się z wybitnymi osobowościami, które dotychczas znałem tylko z mediów. Największym moim przeżyciem było spotkanie z Korą i Markiem Jackowskim, którzy razem z Manaamem przyjechali do Chicago w ramach trasy po wydaniu płyty „Derwisz i Anioł”. Dziadek robił z nimi wywiad dla Relaxu, ale koniec końców wylądowali na kolacji u niego w domu, gdzie mogłem posłuchać ich rozmów. Zapadł mi w pamięć tekst Kory na zakończenie wieczoru: „Dotychczas mówiłam, że z dużych istot lubię słonie, dzisiaj mogę powiedzieć, że lubię słonie i Jacka Nieżychowskiego” – wspomina Rafał Stankiewicz.
Powrót do Polski
Po okresie budowlanej prosperity, kiedy Jacek Nieżychowski był posiadaczem wielu nieruchomości, trafił na krach na rynku budowlanym na przełomie lat 80 i 90. Postanowił więc wracać do Polski.
– Ale nie zamieszkał w Szczecinie. Pojechał do Świnoujścia, spodobało mu się i postanowił tam zamieszkać. Dlaczego w Świnoujściu? Bo jak mówił, to najdalej od Warszawy. Ojciec zorganizował tam mini golfa, miał przeczucie, że ten sport się w Polsce rozwinie. Prowadził też dwa świnoujskie pensjonaty. Potem znalazł kawałek ziemi na wyspie Uznam, wydzierżawił go i tam zamieszkał. Dobrze mu się wiodło. Napisał wtedy swoją sławną książkę o kuchni ziemiańskiej, pisał felietony do „Twojego Stylu”, prowadził golfa i te dwa pensjonaty. Ciągle był aktywny – wspomina syn.
– Gdy w latach 90. wrócił do Polski i osiedlił się w Świnoujściu byłem już dorosły. Dziadek prowadził tam pensjonaty, minigolfa, wymyślał operę na fortach i mnóstwo innych rzeczy. Dopiero wtedy zacząłem go poznawać. To był czas, gdy kształtował się wolny rynek. Podczas studiów wspólnie z przyjacielem postanowiliśmy sprzedawać okulary przeciwsłoneczne, mieliśmy stojaki w kilku miejscowościach, m.in. Świnoujściu tuż koło minigolfa dziadka. Jedno było też w Międzyzdrojach. Tam nasz stojak stał na deptaku koło mola. Niestety nachodziła nas Straż Miejska, próbując nas wygonić. Byliśmy konkurencją dla „miejscowych”. Zrezygnowany powiedziałem o tym Dziadkowi, a on wsiadł w samochód i mówi: „jedziemy do Straży Miejskiej”. Na miejscu udał się do komendanta. Zza drzwi słyszałem salwy śmiechu. Wyszedł i sprawa była załatwiona – stwierdził wnuk Michał.
Byłby świetnym Zagłobą
Silna Grupa, kiedy jeszcze działała, koncertowała w całym kraju oraz za granicą m.in. razem z Marylą Rodowicz występowali w czasie otwarcia Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w Monachium w 1974 rok. Wielu pamięta ten występ do dzisiaj. Ale wcześniej, pod koniec lat 60. Wystąpił także w dwóch popularnych wtedy filmach – „Kochajmy syrenki” (grał tam w zasadzie samego siebie) oraz „Milion za Laurę”. W 1977 roku Jacek Nieżychowski – już solo, zagrał wspaniale szlachcica – dziedzica w jednym z odcinków serialu „Polskie drogi”.
– Lubił występować przed kamerą. Zdradzę też, że był brany pod uwagę jako Zagłoba w ekranizacji „Potopu” w reżyserii Jerzego Hoffmana. Pamiętam, że mówiło się o tym w domu, że miał taką propozycję. Ale dlaczego tego nie sfinalizowano nie wiem – dodaje pan Tomasz.
– Lubił grać w filmach, sprawiało mu to przyjemność. Marzył np. o roli Zagłoby. I był nawet brany pod uwagę przez Jerzego Hoffmana, przymierzali się do niego. Byłby świetnym Zagłobą. Rozstrzygnięcie zapadło chyba w ostatniej chwili i tę rolę otrzymał ktoś inny. Ojciec nie krył rozczarowania. Wspaniale wypadł w serialu „Polskie drogi”. Ale on wtedy nie grał. On wtedy był po prostu całym sobą – mówi pani Aleksandra.
Mąż, ojciec, dziadek
Czy ciężko było być dzieckiem „sławnego Nieżychowskiego”?
– Nie było. To był Tata, a nie jakiś sławny człowiek. W takich domach, gdzie jest ktoś taki, kto najbardziej się realizuje na zewnątrz a nie w domu, dzieci są przyzwyczajone, że taty nigdy nie ma, że gdzieś tam jeździ, że załatwia bez przerwy jakieś sprawy, że jak przyjedzie do domu, to np. siada w fotelu i intensywnie myśli. Tak robił nasz tata. Siedział i w ogóle się nie odzywał. Ale myśmy się cieszyli, że mamy takiego ojca, bo dzisiaj, z perspektywy czasu, jak sobie przypominam naszą młodość, to myśmy mieli nietypowy dom. Zawsze w nim było pełno artystów. Pamiętam to od dziecka. Dom duży, to bywało ich u nas wielu. Niektórzy nawet pomieszkiwali w górnym pokoju. Tata, babcia i mama zapraszali mnóstwo osób, a ojciec szczególnie artystów, najpierw z operetki, potem z Estrady. Mama mówiła kilkoma językami. Prowadzili więc bardzo towarzyski dom. Bywali także u nas przedstawiciele ziemiaństwa, którzy trafili do Szczecina. Nie znając się nawet. gdzieś się wyszukiwali, rozpoznawali, bywali u siebie. Tak więc u nas było bardzo wesoło. Jak tata był na miejscu i mu się chciało, to opowiadał znakomite dowcipy, przeżycia ze swojego życia, anegdoty o artystach, o tym, gdzie bywał. Wszyscy padali ze śmiechu. Miał wybitny talent do mówienia, opowiadania i rozbawiania. Ale jak chciał – wspomina pani Aleksandra.
Na szkolne wywiadówki Jacek Nieżychowski nie chodził. Ale interesował się wynikami w nauce. Czy był ojcem w stylu „surowy, ale sprawiedliwy”? Pani Aleksandra przypomina, że ojcu nie przeszkadzało np. jak jej brat Tomek rozbił na podwórku nową „syrenkę”. Razem z nim jechali nią jego przyszła żona – Ewa i Irek Stankiewicz –przyszły mąż. Uderzyli samochodem w mur na końcu ulicy.
– Ojciec akurat siedział w kuchni. Nagle straszny huk. Wstał, spojrzał i tylko zapytał: „żyją?” Kiedy się okazało, że wszystko jest w porządku usiadł z powrotem i wrócił do przerwanego zajęcia. Nie było żadnych reperkusji. Nie robił z takich rzeczy jakiejś sprawy, dramatu, awantury. Ale był rygorystyczny, podobnie jak mama i babcia, pod względem naszego zachowania przy stole. Pilnował, jak siedzimy, jak jemy, jak trzymamy sztućce czy filiżanki, jak się zachowujemy, kiedy są gościa. Ostra kindersztuba. Dzieci, kiedyś, przy stole nakładały sobie jedzenie na talerz jako ostatnie i się nie odzywały. Ojciec bardzo tego pilnował. I jeszcze jedno – nakładasz na talerz tyle jedzenia, ile zjesz. Nie wolno było nam nic zostawiać. Jedzenia się nie wyrzucało. Kierował także bardzo moim życiem i nauką. Miałam inne cele w życiu i zamierzenia, chciałam dokonać innego wyboru np. jeśli chodzi o szkołę wyższą. Ale zrobiłam to, co tata kazał – dodaje pani Aleksandra.
Uznał, że córka musi mieć porządny zawód.
– Jak mawiał: „jak nie będziesz miała siły przebicia, to będziesz musiała przechodzić przez łóżka dyrektorów”. Zdecydował, że będę studiować na Wydziale Elektrycznym Politechniki Szczecińskiej. Nie miałam z tym nic wspólnego, nie chciałam tego, to był najtrudniejszy wydział. Ale tata się uparł. Zdałam egzaminy, dostałam się na studia na tym wydziale. Straszna „kobyła”. Skończyłam je jednak. Potem jeszcze pracowałam przez 9 lat na tej uczelni – opowiada Aleksandra Stankiewicz.
Smakosz i birbant
– Lubił jeść. Smakowało mu wszystko co dobre. Ale najbardziej cenił kuchnię polską. Choć nie trawił pewnych „wynalazków” jak np. schabowego z ananasem. To mu nie pasowało, smaki tak dziwnie zestawione. Był wielbicielem tradycyjnej kuchni. Ale lubił tez kuchnię kresową, bo to były potrawy robione na prawdziwym tłuszczu a nie jakiejś margarynie. Robił bardzo dużo różnych nalewek, że wszystkiego, znał się na tym. Nie był pijakiem, alkoholikiem, ale lubił mocne trunki. Do jedzenia wino, cenił dobrą whisky, koniak. Był prawdziwym smakoszem życia – zapewnia Tomasz Nieżychowski.
– W latach 70-tych, kiedy byłem dzieckiem Dziadek był rzadkim gościem w domu. Raczej ciągle gdzieś gonił. Ale jak przyjeżdżał, to było święto! Najczęściej zasiadał w kuchni przy oknie z widokiem na uliczkę. W tej kuchni ciągle coś się działo: coś gotował, zawsze w dużej asyście, bo on był od koncepcji i nadzoru. Ale zanim zabierał się za gotowanie ruszaliśmy na tzw. sprawunki. Wsiadałem z Dziadkiem do auta i jechaliśmy w kilka stałych miejsc: do Desy przy placu Żołnierza, potem do sklepu rybnego Atol w alei Wojska Polskiego i na rynek przy ulicy Kilińskiego lub na Pogodno. Sposób w jaki Dziadek robił zakupy był specyficzny. Wchodził do sklepu, od drzwi był witany przez personel. Pewnym krokiem zmierzał na zaplecze, gdzie pakował się do pokoju kierownika. Tam zasiadał za biurkiem i pytał się: „No co tam dobrego macie kierowniku?”. Ten znikał i po chwili z personelem pojawiał się demonstrując i zachwalając, w zależności od sklepu, a to rybki albo jakiś nowy obraz czy szablę, Dziadek wybierał, przy wyjściu płacił i po ceremonii pożegnania udawaliśmy się dalej – wyjaśnia wnuk Rafał.
– Dziadek, gdy wyjechał do USA, miałem 7 lat. Stąd te wspomnienia kilkulatka są mgliste. Był wielkim nieobecnym. Wielkim w przenośni, ale i dosłownie, z racji dużej postury. Gdy pojawiał się, to zbiegałem na dół, by się przywitać, zjeść z nim. Cieszyłem się, choć to były rzadkie momenty. Pewnego dnia oświadczył, że będę tenisistą. Zabrał mnie na korty, do trenerki i ustalił, że będę grać. Byłem raz, a potem… wyjechał. Po kilku latach wróciłem na korty, ale już bez niego. Wyjeżdżał nagle, nieoczekiwanie, przynajmniej dla mnie i na długie okresy. Gdy w 1997 roku zostałem dziennikarzem GW, a potem Rzeczpospolitej nasze ścieżki zaczęły się intensywniej krzyżować. Bywaliśmy na tych samych festiwalach, imprezach, czy to Festiwal Gwiazd, czy świnoujska Fama. Kłóciliśmy się i dyskutowaliśmy. Mimo wieku miał wciąż oryginalne pomysły, bywał, wymyślał. Gdy pisał książkę kulinarną „Błogosławione pory roku” Twój Styl jako wydawca zorganizował sesję zdjęciową potraw w jego pensjonacie. Ktoś to musiał potem zjeść. Więc jedliśmy przez dwa dni, a on mi pokazał namiastkę tego jak w praktyce mogły wyglądać przedwojenne, ziemiańskie zjazdy. Jedzenie, popijanie i przerwa… jedzenie, popijanie, przerwa… – opowiada wnuk Michał.
Kobiety Jacka
– Przypuszczam, że nie byłoby wielkiego Jacka Nieżychowskiego bez jego żony, Ewy Nieżychowskiej. Każdy kto podejmuje temat jego życia i twórczości nie może i nie powinien pomijać tej postaci. Ale nie tylko tej – podkreśla wnuk Michał.
Dodaje, że w przypadku osób, które skupiają się na życiu zawodowym, na swojej pasji i misji, które tworzą historię dość często na drugim planie znajduje się rodzina. Trudno być ojcem, dziadkiem, w takim tradycyjnym rozumieniu.
– Z perspektywy czasu coraz bardziej dostrzegam wielką rolę mojej babci, Ewy, czyli żony dziadka, która także pracowała zawodowo, a jednocześnie prowadziła dom. Przedwojenna panna z dworu, z niezwykle nowoczesnym jak na tamte czasy umysłem i odwagą, w 1938 roku wyjechała do Brukseli na studia. Znająca świetnie trzy języki – angielski, niemiecki, francuski, a także łacinę. Wojna przerwała studia, wróciła do Polski. Wtedy się poznali i pobrali. Po wojnie, już w Szczecinie musiała odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zrobiła to na szóstkę. Pracowała jako nauczycielka w Technikum, prowadziła dom, urodziła i wychowała trójkę dzieci (Magdę, Aleksandrę, tj. moją mamę i Tomasza) – mówi wnuk Michał. I dodaje: – Podróżowała np. do Wiednia, Włoch. Wszędzie błyskawicznie się dogadywała i czuła swobodnie. W prowadzeniu domu rodzinnego ważną rolę odgrywała też Zofia Barbacka, matka Ewy, która do Szczecina trafiła już jako wdowa. Z równie silną osobowością, licznymi zaletami i dużym wpływem na Jacka Nieżychowskiego. I wreszcie Magda, czyli „Tuśka”, jego druga żona, z którą związał się w latach 80., podczas pobytu w USA, a potem zamieszkał w Świnoujściu. Od tego czasu ona była jego wsparciem, aż do śmierci. W licznych historiach, wspomnieniach, opowieściach dość często pada pytanie: „Jak to możliwe, że jeden człowiek tyle zrobił, że starczyłoby na kilka życiorysów?” Tymczasem wyjaśnienie tej „tajemnicy” jest banalnie proste. Dzięki kobietom – nie ma wątpliwości Michał Stankiewicz.
Człowiek spełniony?
– Na pewno. Choć żył w trudnych czasach. Co udało mu się stworzyć, rozwinąć to przejmował ktoś inny, a on był utrącany – podsumowuje Tomasz Nieżychowski.
– Był człowiekiem spełnionym i myślę, że docenionym. Co ciekawe do końca swoich dni pełnym pomysłów i nowych wizji. Gdy zamieszkał w Świnoujściu był już przecież po 70-ce, a mimo to ciągle coś wymyślał. Razem z żoną Magdą prowadzili dwa pensjonaty, minigolfa. Mieszkali na terenie fortów, gdzie dziadek wymyślał spektakle operetkowe. Przyjmowali gości. Kupował stare, ale duże i markowe samochody. Według niego zawsze to była jakaś świetna okazja, a auto było najlepsze z możliwych. Jeden z tych „fantastycznych” samochodów postanowił mi podarować. A, że ja w wielu elementach mam podobny do niego charakter i równie głupie pomysły – według rodziny – z równym entuzjazmem podszedłem do auta. Problem w tym, że to był stary mercedes 126, czyli S-klasa. Wspaniała sylwetka, stylowe wnętrze. I blisko 4-litrowy silnik, którego połowa cylindrów nie działała. Nie wspominając o złym stanie innych elementów. Auto jakoś jeździło, ale nie miało ważnego przeglądu technicznego. Mimo tego, zachwyceni pojechaliśmy z dziadkiem na przegląd tym „fantastycznym” autem. Nie udało się. Gdy auto trafiło już do Szczecina, stało się moim utrapieniem. Psuło się, pożerało tony paliwa, a kilka razy odmówiło dalszej jazdy. A holowanie 2-tonowego pojazdu nie było łatwe. To nie na kieszeń młodego dziennikarza. Entuzjazm minął, auto sprzedałem. Dziadek nie był tym zachwycony, przecież to było „fantastyczne” auto. Ciekawostką był fakt, że auto należało wcześniej do Smolika, dzisiaj znanego muzyka. Gdy kilka lat temu spotkałem go, to wspomniałem o tym mercedesie. Okazało się, że także wiąże z nim wiele świetnych wspomnień – stwierdził Michał Stankiewicz.
















