- Reklama -
spot_img

Filip Cembala: Zauważony, czyli osobno osobowy cembalski bigos.

Strona głównaStyl życiaLudzieFilip Cembala: Zauważony, czyli osobno osobowy cembalski bigos.

Musisz przeczytać

- Reklama-
spot_img

Filip Cembala to rozchwytany aktor i wokalista ze szczecińskim epizodem w scenicznej karierze. Przez szereg lat mogliśmy go podziwiać na deskach Teatru Polskiego w Szczecinie, a po wyjeździe – na scenach wielu polskich teatrów muzycznych. Prowadzi także intensywną działalność w tak zwanej sieci. Zasłynął jako twórca hasztagu #lowizm, a co za tym idzie publikacją adekwatnych filmików. To pełne wdzięku i fantastycznego języka obserwacje trudów codzienności i zabawne rady jak sobie z nimi radzić. Wraz z Joanną Kołaczkowską stworzył miniserial „Ciociu, ciociu, Filipki Filipku” z tysiącami wyświetleń. Dzięki temu jest jednym z ulubionych polskich influenserów, choć sam woli określenie inkluenserów. Tak, to od coraz modniejszego pojęcia inkluzywności w rozumieniu bezgranicznej równości i szacunku.

Masz czerwone włosy! To do roli czy spełnienie marzeń?

To od zawsze było moim marzeniem! Wracam do wizerunku pana z cekinami i dołączam do tego różowe włosy! To takie symboliczne przybicie piątki człowiekowi, który się w życiu dawał sekować swoim lękom. Nie podejmowałem radykalnych decyzji, starałem się od nich uciekać. A teraz mam taki moment w życiu, że stoję wyłącznie za sobą. Ale to też się fajnie klei z tym, że na dniach kręcę teledysk do nowego singla, więc pasuje, jak ulał.

A to nie jest trochę takie przeciwdziałanie? Mi te cyferki z przodu zapierdzielają jak szalone…

Nie, nie! Ja totalnie się nie identyfikuję z tymi moimi cyferkami. Ostatnio nawet napisałem w jednej ze swoich, jak ja to nazywam krócizn, że starość to jedynie decyzja. Ja bardzo cenię i jestem bardzo dumny, że znam tylu ludzi bez wieku, albo poza wiekiem, oni mi bardzo imponują. Moją wielką idolką była, notabene niedawno zmarła, najstarsza nastolatka na świecie – Iris Apfel. Znam młodych 70-latków i starych 20-latków. Nie mam kompleksu wieku i często ludzie się dziwią jak się dowiadują, ile mam lat.

Ile wiosen widziałeś?

Trzydzieści osiem w lipcu skończę. Więc, jeszcze (śmiech) kryzys wieku średniego mnie nie dotyczy. Nie próbuję też na siłę się odmładzać, bo ja się czuję zajebiście młodo. Taki mam moment w życiu i myślę, że będę to w sobie nadal podlewał. Kwitnę!

Z rozgrzewką czy bez? (off te rekord: powiedz, że z rozgrzewką)

Z rozgrzewką!

Ulubiony kolor?

– Reklama –

spot_img

Brokatowy, cokolwiek to znaczy (śmiech)… myślisz, że istnieje?

Musi! (śmiech) Ulubiony zapach?

Uwielbiam zapach skoszonej trawy, choć jestem na trawę… uczulonyUlubiony film?

„Bliżej” w reżyserii Mike’a Nicholsa z Julią Roberts, Natalie Portman, Judem Law i Clivem Owenem

Ulubione miasto?

Zdecydowanie Londyn.

Marka samochodu?

Range Rover.

Książka/pisarz

Ale teraz będzie megalomania! (śmiech)

– Reklama –

spot_img

No dawaj!

Moja ulubioną książką będzie moja książka, którą właśnie piszę i za dwa tygodnie mam deadline.

Wrócimy do tematu. Najpierw Dział „Ulubiona muzyka Filpa Cembali”

Nie mam ulubionej piosenki czy wykonawcy. Tu możesz wpisać „bigos” (śmiech). Ja jestem człowiekiem-bigosem i w duszy mi grają naprawdę bardzo odległe od siebie rzeczy czy gatunki. Od brodwayowskich i westendowskich musicali, dobry jazz, soul, gospel, który uwielbiam… Ale wiem! Ja generalnie to jestem Panem Balladą. Ze mnie naturalnie wypływają ballady, uprzednio wpływając. Wpisz ballada, jeśli można.

Ballada, zanotowane. Ulubiony owoc?

Liczi.

Warzywo

Kiszonki wszystkie. (śmiech)

Ulubiona potrwa jako taka…

Zaskoczę Cię, bo ja lubię taką prawdziwą polską kuchnię, taką nawet w tym najcięższym wydaniu.

Rozgrzewka zakończona i uznana. Przechodzimy do rozmowy właściwiej. Filip Cembala – aktor, muzyk, wokalistka, influencer, a może nawet trochę filozof. Pięć żywiołów w jednej postaci, jaka emocja, jaka wrażliwość je w Tobie spaja?

To piękne pytanie, wyobraź sobie, że ostatnio się na tym zastanawiałem, a to dlatego, że gdy to wszystko nabrało u mnie tempa, mój serdeczny kolega powiedział mi, że ja nigdy nie wypłynę na tak zwana szerokie wody internetu, bo algorytm lubi bardzo określone postawy. Jak jesteś wokalistą to bądź wokalistą, jak jesteś mówcą, to bądź mówcą, jak jesteś panem od śmiesznych filmików, to bądź panem od śmiesznych filmików, jak piszesz to pisz. Ale do cholery nie bądź wszystkim na raz. I ja tak na niego spojrzałem i mu powiedziałem: Wiesz, co? To ja to pieprzę, mam to w dupie. Mam już 35 lat i nie będę się dawał szantażować jakiemuś algorytmowi, który jednego dnia jest taki, a drugiego taki. Tu się muszę powtórzyć, jak przy tej muzyce: Ja jestem bigosem! Nie będę się kastrował ze swojego potencjału tylko dlatego, że jakiś algorytm tego nie lubi! Bo ja się jednego dnia budzę jako pan od śmiesznych filmików, drugiego jestem kontestującym życie melancholikiem, a trzeciego i czwartego śpiewam od rana do nocy i chcę tylko śpiewać! A piątego chcę, by poniosły mnie słowa.

I co to wszystko może łączyć, spajać?

To wszystko co wymieniłem to są składniki mojego osobno osobowego cembalskiego bigosu. Tylko potem sam wpadłem w tę pułapkę i zacząłem szukać tego wspólnego mianownika tych wszystkich moich działalności. I w sekundę to do mnie przyszło! Każda z tych przestrzeni pożeniona jest określaniem „poszukiwacz ulgi”. Ja w każdej z tej przestrzeni poszukuję ulgi, czy jest to warstwa literacka, wokalna, czy jest to rodzaj mojego monologu, jak go na wyrost nieco nazwałeś filozofią. To pójście po siebie, przybicie sobie piątki, to autoreset do ustawień fabrycznych, czyli powrotu do takiego siebie, zanim dałem się zmielić tej informacyjnej papce, która nas tak codziennie przybija.

To kim jesteś w internecie, to kreacja czy tak serio Ty – Filip Cembala jako Filip Cembala?

Cembala. W stu procentach Cembala. Wiele osób mi mówi, że wymyśliłem sobie znakomite alter ego, że to świetna kreacja. Nie! To właśnie jest ten rodzaj odwagi, która w końcu do mnie przyszła. Pamiętam jak na samym początku pandemii jedna z moich obserwatorek zapytała na czacie, czy mam jakiś plan „B”. W sensie w przestrzeni zawodowej czy artystycznej, bo wtedy to było tematem numerem jeden dla całego środowiska. I ja jej wtedy odpowiedziałem, że zużyłem już swój plan B. Ja wybrałem teatr, bo wiedziałem, że chcę własnej wypowiedzi, ale pandemia mi coś ważnego uświadomiła. Gdy już, tak jak wszyscy wtedy, zatrzymałem swój rozpędzony łeb i usiadłem w altance na wsi, u rodziców, to uświadomiłem sobie, że wybrałem teatr z asekuracji. Ja zawsze chciałem być twórcą, a nie odtwórcą, ale ilość kompleksów i lęków, które mi towarzyszyły wtedy w życiu, które los mi nawkładał do plecaczka, sprawiła, że poszedłem na kompromis i wychodziłem na scenę jako nie ja. Będę mógł się jakoś tam wyrazić, dając siebie części tej postaci, którą będę tam kreować, ale jakby ktoś się do tego przypieprzył, to mogłem zawsze powiedzieć, że przecież to nie jestem ja, że to przecież ktoś napisał, ja tu tylko udaję. Wtedy zrozumiałem, że chciałbym jednak wyrażać siebie, że chciałbym uwolnić ten nieco przytkany potencjał, który tak głośno we mnie krzyczy. Nie chciałem kiedyś żałować, że o to nie zawalczyłem. Więc to co robię w Internecie, jest naprawdę prawdziwym mną.

Ani grama kreacji? Ani grama postaciowania?

No pewnie czasami coś się aktorskiego zdarzy, szczególnie jak się wygłupiam. Spójrz na to, co stworzyliśmy z Asią Kołaczkowską, czyli nasz serial „Ciociu, ciociu, Filipku, Filipku”. No to jest stricte kreacyjne, udawane. Natomiast wszystkie moje monologi, te o „poszukiwaniu ulgi”, są o tyle prawdziwe, że ja je nagrywam… do siebie.

A język? On jest przecież cholernie teatralny. Tworzysz kreatywne neologizmy, albo tak pojechanie, osobne konstrukcje słowne, godne surrealistycznych wierszy Mirona Białoszewskiego.

Myślę, że My się za mało znaliśmy w tym szczecińskim czasie, za mało ze mną w życiu rozmawiałeś. Gdybyś podpytał moich bliskich przyjaciół, to wszyscy by ci potwierdzili, że to rodzaj mojej prawdziwe, nie udawanej wypowiedzi. Spójrz, na niektórych nagraniach widać, jak się zawieszam, milknę i szukam… albo odwrotnie. Nie nadaremno nazwałem moje kolejne konto na Instagramie” Słowo się mną bawi”, a nie odwrotnie. Bo ja naprawdę często mam poczucie, że to nie ja, ale właśnie te słowa wybrały sobie mój język i moja gębę, żeby się tam wypowiedzieć (śmiech). Ja jestem ich zakładnikiem, to ja muszę spełniać ich żądanie.

Kilka przykładów, spsiałem sobie: „Tęsknota. Podatek od ważnych relacji”, „Próbuje zebrać myśli, a one… próbują mnie rozebrać”, „Czekasz, aż… ktoś ci się wydarzy? Zacznij”, czy „Dzisiaj mam w planach: żyć życie należycie”. Sorrki, przerwałem, ale to dla zrozumienia intencji (śmiech). Kontynuuj…

Ja widzę teraz to wyraźnie, kiedy piszę swoją książkę i widzę te swoje wielokrotnie złożone zdania podrzędne. I myślę, sobie, że nie da się tego czytać. To jakiś niekończący się strumień myśli. Ale z drugiej strony myślę, że ludzie, którzy mnie słuchają już się przyzwyczaili do takiego rodzaju wypowiedzi. Więcej, chyba nawet tego już oczekują, nie chcą zdań skropkowanych po dziesiątym słowie. Więc to jest rodzaj mojej naprawdę prawdziwej, nieudawanej wypowiedzi.

Mam jeszcze jedną wątpliwość. Na ile Twoje teksty, Twoje rady są spontaniczne, a na ile podparte jakimiś coachowskimi mądrościami? Kształcisz się w tym kierunku?

Ja jestem poszukiwaczem ulgi. Nigdy na moim kanale nie usłyszy żadna osobna osoba jakiegoś mędrca u szczytu. My jesteśmy już tak umęczeni rozlicznymi mędrcami ze szczytów, że musielibyśmy zwariować i dać się rozdziobać wronom, żeby być doskonałą wersją samego siebie. Więc ja jestem absolutnie na szlaku. Ale spójrz, że najczęściej te moje rady albo „rady” są z przymrużeniem oka, a po drugie, ja najczęściej radzę sobie, a jak ktoś ma podobnie to skorzysta. Jestem za to pewien, jako jedyny podmiot tego doświadczenia, że to co mówię czy myślę jest skuteczne albo chociaż przydatne (śmiech).

To zatem otwiera pytanie o odpowiedzialność, która na Tobie ciąży. Masz jej świadomość?

Tak, totalnie! Nigdy nie przyłapałbyś mnie na radzie typu „tak, rozstań się z nim/z nią” albo „musisz zrobić to a tamto”. Nie, nie, to są takie moje rozmowy z samym sobą i rzeczy, które mi się sprawdzają. Tylko mi! Czasami czytam w komentarzach: „Jezu, jesteś lepszy od tysiąca terapeutów!”. Wtedy przepięknie dziękuję, czerwienię się, ale natychmiast podkreślam, że nie jestem żadnym terapeutą i proponuję kontakt z prawdziwym lekarzem. Doceniam ich pracę, bo przecież też nie ukrywam, że mi profesjonalna terapia właściwie uratowała życie. Albo inaczej, dała drugie, nowe życie. A jeśli te moje treści przynoszą ulgę, to zajebiście, ale realne narzędzie idź do terapeuty, do lekarza.

Są tematy, których #lowizm nigdy nie dotknie, których nigdy nie poruszysz?

Zawsze byłem zaangażowany politycznie przy wyborach, apelowałem by ludzie głosowali, ale starałem się nie kierunkować ich sympatii czy zabarwiać tego swoimi poglądami. Ale jak już osiągnęliśmy w przestrzeni politycznej to, co osiągnęliśmy, to nie wytrzymałem. Zacząłem bezceremonialnie i śmiało wyciągać te absurdy.

Nie bałeś się?

Bałem się… Wiedziałem, że dostanę za to po głowie. Zerkałem na innych o podobnych zasięgach jak ja i stwierdzałem, że oni się w to nie bawią. Jednak milczenie w tej przestrzeni było by nie fair wobec mojego tzw. stwardnienia moralnego. Skoro mam możliwość powiedzenia czegoś co myślę i czuję, to nie mogę tego nie zrobić. Kiedyś wyraźnie powiedział o tym Marian Turski: jedenaste przykazanie, nie bądź obojętny! To byłby dla mnie niewybaczalny grzech zaniechania.

Ale patrz jak ładnie się to łączy z poczuciem odpowiedzialności, o której przed chwilą mówiliśmy!

A jeśli chodzi o tematy, których nie dotykam, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, że nigdy nie dotknę, bo nie wiem jaki się obudzę jutro czy za dwa tygodnie, to jestem w tym temacie maniakalnie konsekwentny – nie opowiadam o swoim życiu prywatnym. To jest moje! Kto wie ten wie, ale ta wiedza wymaga zaproszenia do mojego życia. Postronnym i tak daje sporo swojej kruchości, udostępniam swoje miękkie podbrzusze, że coś musi pozostać tylko dla mnie, coś musi być w tym tylko moje.

Czy definicja albo założenia #lowizm zmieniają się wraz z upływem czasu? Może to co było na początku jest dziś nieaktualne, zużyte, wyświechtane?

Pytanie od definicję #lowizmu pozornie powinno być najprostszym z pytań w tej rozmowie, ale nie jest. Serio. Powinienem mieć przygotowaną formułkę, bo przecież wiem, że każdy zawsze o to zapyta. A ja szczerze przyznaję, że nie wiem jaka jest ta definicja. Myślę, że jest ich tyle i le jest osób, które chcą go do siebie zaprosić. Dzisiaj bym ci powiedział, co już zresztą użyłem w jakimś wywiadzie, że jest to rodzaj „odpierdolenia się od siebie”. Że #lowizm to takie samowybaczenie sobie. Kiedyś odśnieżałem u rodziców podjazd i złapałem się na tym, że od dobrego kwadransa już właściwie nie odśnieżam, a odziemiam (śmiech), bo śnieg się dawno skończył, a ja kopię dół… Wtedy zrozumiałem, że się zwiesiłem i dokonałem samoodśnieżenia, ale nie na podjeździe, ale we własnej głowie. Przypominałem sobie wtedy przelęknionego chłopaka, stojącego w tym samym miejscu, przed rodzinnym domem, tylko dwie dekady młodszego. I właśnie wtedy stojąc z tą łopatą próbowałem tamtego przeprosić, że nie miałem odwagi do wielu rzeczy, do wielu działań. Więc dziś, zastrzegam, że wyłącznie dla mnie #lowizm jest takim zaproszeniem do samozaopiekowania się samym sobą, cokolwiek to dla każdego z osobna znaczy…

Przy udziale influensera w roli przewodnika. Tak można Cię określić?

Wolę inne określenie. Jestem bardziej towarzyszem niż przewodnikiem. Spójrz, gdybyśmy teraz przerwali wywiad i zaczęli się sobie totalnie zwierzać, to, mimo że trochę się znamy okazałoby się, że są przestrzenie w twoim życiu, w których ja zupełnie kuleję, a w moim są takie, których chciałbyś natychmiast doświadczyć, być w tym samym miejscu, w którym też było by ci wygodnie. Przestałem z wiekiem być zero-jedynkowy, kiedyś gadałem jakieś bzdury, że albo grubo, albo wcale. Byłem wielkim zwolennikiem radykalnych cięć i waleniem pięścią w stół. Pierdolnie… Wcale tak nie jest. Dzisiaj to, co mi się najbardziej sprawdza to małe kroczki. Kiedyś chciałem osiągać pozornie nieosiągalne, ale bałem się zrobić ten wielki krok, przerastał mnie. A dziś w te miejsca, o których marzę drepczę mozolnie, ale regularnie, drepczę sobie… I okazuje się, że wcześniej czy później jestem w tym miejscu. Więc na pewno nie przewodnik, ja zbyt często błądzę…

Wzruszyłem się…

Chciałbym być odbierany jako ten, który dmucha w te żagle. Jako ten, który kibicuje, a to często wystarczy Wiem z własnego doświadczenia. Jestem człowiekiem z krwi, kości i wątpliwości, jestem człowiekiem-cekinem, ale wszystkie te cekiny w podszewce mają lęki. Ja już zawsze będę osobą z lękowa. Spójrz, po tym jak opublikowałem film w różowych włosach, to ludzie mi pisali, że jestem taki odważny. A ja pytam co w tym odważnego? Gdzie tu wyczyn? Ale jak byłem Filipem ze Szczecina to pisałem do Marty Uszko, mojej cudownej przyjaciółki z teatru, Marty Uszko i pytałem, czy mogę wrzucić to zdjęcie na fejsa, albo czy mogę zrobić to a to… Ja się panicznie bałem krytyki, tego co powiedzą inni. Dziś jednak myślę, że ten Szczecin wytresował mnie pod wieloma względami, że dzisiaj już wiem, że niezależenie od tego, czy będziesz grzecznym chłopcem, który zawsze dygnie, zawsze nisko się ukłoni, przyjmie każdą rolę, będzie z każdym żył poprawnie, to i tak Cię kopną w dupę. Za to, że jesteś taką wersją siebie jaką oni chcą żebyś był. Ja zdecydowanie wolę być kopanym w dupę za to, kim jestem naprawdę. Tylko dojście do tego zajęło mi parę lat…

Rozumiem, że #lowizm to proces, także w poza mentalnych przestrzeniach. Co z tym dalej? Wspominałeś, o książce…

Już spory czas temu #lowizm zmaterializował się muzycznie, myślę o moim singlu o tym tytule, z muzyką notabene szczecinianina Tomasza Lewandowskiego. I to jest mój taki „List do Polski”.

W refrenie śpiewasz, że „światłowodem płynie moja miłość do Ciebie, zwariuj ze mną w dzikościach, myślą mową i ciałem”. Utworowi towarzyszy piękny, włączający teledysk plus kolejne szczecińskie akcenty, choćby obecność Marty Uszko czy Darka Majchrzaka.

Dziś mówi się, że młodzi artyści nie mają zbytnio powodu do buntu, nie mają się przeciw czemu buntować. A ja uważam, że mamy mnóstwo powodów do sprzeciwu, albo chociaż głośnego powiedzenia NIE. Wiedziałem, że nie będę w stanie zaśpiewać piosenki bez takiego przekazu, takiej, która nie dotyka moich bolesnych miejsc. I uznałem, że ten mój „list do Polski” będzie zapraszający, w którym każdy będzie mógł spotkać „swoje” wykluczenia.

A o czym będzie książka, jeśli dążysz na czas (szyderczy śmiech)?

Książka chodzi za mną od wielu lat i od wielu lat jestem o nią pytany. Ludzie nieustannie pytają czy gdzieś będą zebrane te monologi. Dotychczas jednak pojawiały się propozycje spisania tego co robię z Asią Kołaczkowską. Jednak oboje nie poczuliśmy tego tematu i uznaliśmy, że to co jest siłą naszego przekazu, to jednak forma tych filmików.

Faktycznie, w formie pisanej by wiele utraciło…

No ale cierpliwość popłaciła i jedno z dużych wydawnictw zaproponowało mi napisanie MOJEJ książki. Za niespełna miesiąc mam oddać tekst no i na 90 % procent premiera będzie jeszcze pod koniec roku. To będzie zbiór moich felietonów opartych o wcześniejsze instagramowe nagrania, moje doświadczenia i rozterki. Wczoraj kończyłem pisać na przykład rozdział zatytułowany „Niedzielne myśli przestraszające”. Każdy przecież zna ten stan, jak zbliża się niedzielne popołudnie (śmiech). Ja to serio pamiętam z dzieciństwa, że tak mniej więcej po Familiadzie i Szansie na sukces padało mityczne „idź się uczyć!”, a ja wtedy siadałem przy oknie, patrzyłem w dal i wtedy przylatywały do mnie wątpliwości…

Wróćmy na chwilę do Twojego spotkania z Joanną Kołaczkowską. Na marginesie: uwielbiam! Ale ciągle się zastanawiam, jak doszło do tej współpracy, jesteście tak totalnie odmienni…

Kolegujemy się z Asią dobre parę lat, jeszcze za czasów szczecińskich. Od kilku lat, już w Warszawie, pijemy sobie regularnie kawki. Prowadzę na Instagramie w okolicach świąt taki cykl „Pytania z dupy” z tymi pytaniami, które padają przy bożonarodzeniowym lub wielkanocnym stole z ust wszelkiej maści babć i ciotek. Znamy to wszyscy – a kiedy żona, a kiedy mąż, a kiedy dzieci, a kiedy kredyt, a kiedy koniec kredytu. I dla mnie fundamentalne: a kiedy porządna praca (śmiech). I kiedyś się spotkaliśmy z Asią właśnie w okolicach świąt i ona pyta: a co Ty tam gadasz w tym internecie. Spodobało jej się i mówi, to dawaj nagramy coś razem. To graj ciocię i zadawaj mi te pytania. I to miał być taki jednorazowy wybryk, taki jeden strzał. Potem się okazało, że te filmiki mają po parę milionów wyświetleń! No i się ucieszyliśmy! I bardzo chemicznie poczuliśmy się w tych rozmowach, poczuliśmy, że się rymujemy bez słów, jak mawiał nieodżałowany Jacek Polaczek. To naprawdę jakaś niezwykła synergia. To ogromny przypadek, że to się wydarzyło.

Czy z #lowizmu da się coś ugotować? Zarabiasz na tym? Jesteś bogatym influenserem opływającym w rozmaite bogactwa materialne?

Ale tylko pośrednio (śmiech). Zresztą w sieci zarabiam od dawna, zaczęło się jeszcze w pandemii, gdy udziałem lekcji śpiewu on-line. Moimi pierwszymi uczniami, byli ci co widzieli mnie na scenach gdzieś w Polsce, a potem „pozyskiwałem” uczniów spośród widzów. I to był mój taki pierwszy zarobek wynikający z obecności w sieci. A jakieś dobre biznesy, nie w sieci, ale z powodu sieci, to od niedawna się dzieją. Przy czym zaznaczam, że jestem bardzo selektywny i nie chcę kojarzyć z byciem słupem reklamowym. Mam z czego żyć i nie muszę bezrefleksyjnie wszystkiego przyjmować. Ale dzięki temu dostaję coraz ciekawsze propozycje. Ostatnio prowadziłem bardzo fajny event dla jednej z dużych platform streamingowych. Miałem możliwość spotkania i prowadzenia rozmów z naprawdę wspaniałymi postaciami, to było dla mnie duże wyróżnienie.

Ale #lowizm też wyniósł Cię do mainstream’u, do świata celebrytów…

Ostatnio spotkałem na jakiejś premierze Natalię Kukulską, a ona mi mówi, że jest moją fanką. A mi odpadają oczy i uszy, i mówię: nie możesz mi Natalio tego mówić, bo to ja jestem Twoim fanem!

Jakiś rok temu byłem w Dzień Dobry TVN i Ewa Drzyzga mówi to samo, że uwielbia mnie oglądać. Ja mówię jej „Stara! Stop! Ty jesteś Ewą Drzyzgą i to ja dwadzieścia lat temu biegłem ze szkoły, prawie się przewracając, żeby zdążyć na „Rozmowy w toku”. To są takie moje małe radości, radości Filipka ze wsi. I ta działalność w internecie, a nie na scenie, stała się dla mnie takim trochę oknem na świat, taką platformą wyjściową, ale Moją! W końcu mój rozwój artystyczny, czy rozwój kariery, nie zależy od czyjejś decyzji. Zależy wyłącznie ode mnie!

A teatr?

Zacząłem też dostawać fajne propozycje teatralne, więc naprawdę wiele #lowizmowi zawdzięczam!

Gdzie Cię można teraz zobaczyć na scenie?

Całkiem niedawno pożegnałem główną rolę Tonego Manero w „Gorączce sobotniej nocy” w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Mam kilka znakomitych ról w Teatrze Muzycznym Adria w Koszalinie, to między innymi Bobby w „In The Heights” i Doktor Pomatter w muzycznej komedii „Waitress”. Cieszę się z jeszcze jednej nowej produkcji, w której mam przyjemność występować. Kojarzysz taki cykl „Pożar w burdelu?”

Tak, oczywiście.

Michał Walczak, twórca cyklu „Pożar w burdelu”, od 2021 roku szefujący warszawskiej Rampie, jakiś czas temu do mnie napisał i zapytał czy nie chciałbym u niego zagrać. A tu się przyznam, że uwielbiam „Pożar w burdelu” i to mi marzyło! I proszę bardzo, gram główną rolę! Spektakl nosi tytuł „Casanova. Warszawskie zauroczenie” i jak mówi sam Walczak, to powrót „Pożaru w burdelu” w nowej formule, jako laboratorium warszawskiego musicalu. No i kolejna rzecz, dla mnie bardzie ważna! To mój powrót na deski szczecińskie!

No właśnie POWRÓT. Cembala uciekłeś ze Szczecina! I co?

I super.

Ok. Tęsknisz?

Nie. To nie tęsknota, ale cholerna wdzięczność. Jestem bardzo wdzięczny losowi za ten czas. Dostałem w Szczecinie bardzo dużo dobrego. Przede wszystkim poznałem wspaniałych ludzi. Wiedziałem, że jestem w przez widzów lubiany, ale mimo to czułem się… niewidzialny!

Jak to?

Był najpierw „Rent” w Operze. To było moje takie mocne wejście. I super. Potem „Bal manekinów” i „Curikow” już w Teatrze Polskim. Też wyraziste i role, i spektakle. A potem tak jakby coraz bardziej znikałem. Owszem robiłem bardzo dużo spektakli, ale… nic z tego nie wynikało, to nie było moje. Ani tematy, ani forma. Czułem, że swędzi mnie potencjał i muszę się natychmiast rozpędzić, bo inaczej będę tego żałował. Ale by było jasne: jestem za Szczecin bardzo wdzięczny. Ten czas, tak też zupełnie po ludzku, był mi bardzo potrzebny!

Jakie są Twoje transfiguracyjne tajemnice? Jak budujesz swoje postaci? Gdzie szukasz ich charakterów?

Ja idę zawsze przez siebie. Szukam, tak intuicyjnie, jakiś wspólnych mianowników między mną a odtwarzaną postacią. Potem zaś szukam między nimi różnic. To, gdzie się różnimy podlewam, by rosło i bym mógł w tym rozkwitnąć. Szukam podobieństw i różnic. A propos podlewania, to najpiękniej kwitnę, gdy mam dobrego reżysera. Pewnie wielu aktorów ci powie, że gdy nie masz dobrego reżysera to lecisz tym co masz, tym co masz wypróbowanego, pewnego, tym co jest dla Ciebie najłatwiejsze. A kiedy mam przyjemność pracy z wymagającym twórcą, takim, który potrafi złapać, gdy upadnę, no to jestem ciekawszy, bo idę w miejsca, w których mnie nie było, bo mu zaufam… Ale rzadko pracuję z dobrymi reżyserami…

Cóż za dojmującą szczerość! A jesteś spolegliwy w pracy nad spektaklem? Umiesz być tylko plasteliną?

Nie! Już nie! Kiedyś byłem, ale dziś nie uznaję jakiejś takiej hierarchicznością w tej pracy. Dziś interesują mnie wyłącznie współprace partnerskie! W atmosferze wzajemnego szacunku, w artystyczna synergii, ja tworzę rzeczy ciekawsze. Gdy jestem pod butem, to budzi się we mnie przekora, bunt i nie chcę mi się wtedy pracować.

To kto jest dziś tym dobrym reżyserem. Zróbmy Twój subiektywny ranking.

Michał Walczak! Tak! Koleś ma tyle znakomitych nagród, osiągnięć, że nic nie musi ani sobie, ani nikomu niczego udowadniać. Rafał Matusz, tak! To reżyser, który ceni moje kolory i umie pracować ze mną intuicyjnie.A guru polskiego musicalu? Myślę tutaj o Kościelniaku?

Pracowałem z nim tylko jeden jedyny raz i to jeszcze w okresie studiów. To był jakiś bardzo mały epizod. Ale to jest szacun ogromny. O! A propos Kościelniaka, to przy moim monodramie „MyLove” pracuję z Piotrem Czubkiem, który przecież pisał muzykę do jego wielu spektakli.

A jak oceniasz polski świat musicali. Gdzie jest musicalowe serce Polski?

Ciągle Gdynia. Tylko Gdynia. To jest DNA polskiego musicalu. Ale muszę powiedzieć, że ja od momentu ukończenia szkoły, w dziewiątym roku (2009) obserwuję, jak zmienia się polska scena muzyczna. Ta zmiana, szczególnie w kwestii poziomu produkcji jest niesłychana. Kiedy uczyłem się w Gdyni to byłem uzależniony od wyjazdów na Westend do Londynu. Zbierałem pieniądze, niedojadałem, żeby móc pojechać latem do Londynu i oglądać spektakle. A dziś mogę to samo przeżywać w polskich teatrach. I choć Londyn jest lata świetlne przed nami, to uważam, że ta przepaść się spektakularnie zmniejszyła. Myślę, że nie musimy mieć dziś kompleksów.

Jest obecnie jaką nowa produkcja, która Cię zachwyciła?

Ostatnio byłem w Rampie na „Wirującym seksie. Polskim love story” w reżyserii Tadka Kabicza. Cóż za talent! Cóż za świetne i świeże spojrzenie! Patrząc choćby na ten spektakl, można pokusić się o opinię, że Polski musical ma się dobrze i idzie w dobrą stronę.

Zostańmy przy teatrze, ale wróćmy do Ciebie. „MyLove” – Twój monodram już jesienią na deskach Teatru Polskiego.

Dzięki tej pracy, dzięki próbom znów ciągnie mnie do dramatu. Ale by nie przejeść się najpierw jeszcze muzyczna produkcja Musicale, książki, nowe profile, monodram, zawału dostaniesz! (śmiech).

To kolejny wymarzony i wyczekiwany singiel, taka kołysanka dla dorosłych, dla zapędzonych w nieistniejących wyścigach pełnych presji i tak dalej…

A kiedy cała płyta?

Na to jeszcze chwila… Zanim cała płyta, to planuję już serię koncertów, szykuję też drugą odsłonę takiego scenicznego wydarzenia „Lowizm”. Jeszcze tego nie ogłaszałem, ale to będzie na sam koniec roku w Warszawie. Będzie to połączone z większą formą muzyczną, koncertową.

A jak do #lowizlmu ma się „MyLove”?

Oj ma, oj ma! Ja bardzo często nie nazywam się influencerem, ale inklulencerem, od inkluzywności. Więc, skoro #lowizm jest o tym by łączyć, a nie dzielić, to jest jasne! Ja cały jestem o zapraszaniu! Więc jest to historia osób transseksualnych, które w takiej ogromnej krzywdzie muszą poruszać się w tym kraju. Ten spektakl będzie dedykowany wszystkim tym, którzy czują się w jakikolwiek sposób wykluczeni. Czy to będzie tożsamość płciowa, orientacja, czy rozwiedziony ojciec, który nie ma dostępu do dzieci, albo matka… Generalnie chciałbym, aby każdy kto czuje jakiś rodzaj buta wykluczenia na twarzy wiedział, że jest na mojej widowni najmilej widziany. Jestem przerażony i bardzo się boję, ale jednocześnie jestem możliwe najbardziej szczęśliwy i ciekawy! Napisałem wszystkie teksty piosenek, są bardzo… hmmm… no bardzo odważne.

Odważne równa się osobiste?

Odważne równa się TEŻ osobiste. Czuje, że ta historia, którą tam opowiadam, mnie wybrała. Nie odwrotnie! Choć pamiętam, jak odezwał się do mnie Rafał Matusz z pytaniem, czy bym nie zrobił z nim monodramu, z miejsca odmówiłem. Ale jak opowiedział mi o czym rzecz ma być, zgodziłem się.

To będzie muzyczny monodram?

Te piosenki, to też będą taką formą monologu, tak jakby aktor z niemocy musiał zacząć to śpiewać. Będzie to także bardzo interakcyjne. To co się wydarzy na scenie będzie zależne od tego z jakim rodzajem energii widzów się zderzę.

Co dla Ciebie oznacza ten powrót do Szczecina…

Myślę, że to będzie dla mnie o widzialności. Wracam do miejsca, w którym przestałem być widziany… Zresztą to ma związek z samym spektaklem, bo przecież też chcę mówić o ludziach, których problemy nie chcą być widziane, albo jeszcze inaczej – Oni nie chcą być widziani, bo boją się, że jak zostaną zobaczeni, to zostaną odrzuceni. Więc mam takie poczucie, że wracam na scenę, która bardzo dużo mi dała, bo przecież to dla mnie była doskonała szkoła warsztatu aktorskiego. Ten taki rodzaj sprawności grania w tempie, komediowego czy farsowej kultury grania nauczyłem się właśnie w Szczecinie. Być może dlatego chcę zrobić coś ważnego właśnie tam. A potem ruszyć z tym w Polskę!

Teatr jest formą bezpośredniego spotkania z widzem, a w sieci masz ekran, szkiełko… Mówisz tylko do kamery albo telefonu, bez świadomości istnienia kogoś po drugiej stronie. Jaka jest różnica między aktorstwem na scenie, a aktorstwem influenserskim.

Aktorstwa influenserskiego nie uprawiam, Już to sobie wyjaśniliśmy. (śmiech)

Niech będzie w cudzysłowie.

To jest w jakimś sensie podobne do pracy przed kamerą. Muszę wypowiadać się prosto i powściągliwie, bo jak wiadomo kamera przerysowania nie lubi. Ale mimo tego szkła, wiem, że to co nagrywam ma impakt, ma moc zmiany. No przecież My się tak bardzo od siebie nie różnimy. Skoro ja to czuję to na bank jest jeszcze wielu, którzy muszą czuć podobnie. W jednej chwili tysiące mają w sobie ten sam rodzaj tęsknicy albo niebieskiego koloru, albo rozczarowania. I ten szybki feedback, typu „dziękuję Ci, dziś będzie mi prościej wstać z łózka” mnie wystarczająco karmi.

Czy feedback jest erzacem braw?

W pewnym sensie tak, ale brawa karmią tylko tę część człowieka-aktora złożoną z ego. I owszem, to nie jest złe, bo przecież grając na scenie zostawiamy jakąś tam ilość energii i publiczności poprzez owację nam ją oddaję. Ot taka równowaga sił. A ja dostaję ciężar gatunkowy w słowach i między słowami. Dostaję coś na poziomie miękkiej tkanki, to coś znacznie więcej niż tylko wymasowanie mojego ego, ale poczucie misji. Nigdy nie potrafiłem powiedzieć tego o aktorstwie, a w tym przypadku mu się już udaje. Może jest to tylko jakaś moja jedna malutka misja, ale jeśli choćby jedna osoba zdecyduje się na wzięcie większego oddechu po obejrzeniu mojego filmiku, przeczytaniu tekstu albo wysłuchaniu piosenki to ja się tym nieskończenie jaram. To nie jest zbawianie świata, nie ocalam kombatantów wojennych, ale jeśli czyjeś życie na sekundę stanie się lżejsze, to jestem najszczęśliwiej na świecie. Czuje się przez to zauważony!

Lepszej puenty nie mogłem sobie wyobrazić. Zauważony!

Dziękuję za rozmowę.

 

Poprzedni artykuł
Następny artykuł
- Reklama -
spot_img

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
spot_img

Musisz przeczytać