Wyścig Pokoju – jedna z najważniejszych i najbardziej prestiżowych imprez sportowych jakie odbywały się w czasach PRL. Kolarski wyścig, którego trasa przebiegała przez trzy „zaprzyjaźnione” socjalistyczne kraje – CSRS, NRD i PRL, czyli przez Czechosłowację, Niemcy Wschodnie oraz Polskę. Kilkukrotnie impreza zawitała do Szczecina. Finisz jednego z etapów, organizowany w stolicy Pomorza Zachodniego w maju 1974 roku, zakończył się głośnym skandalem, który przeszedł do historii kraju oraz polskiego sportu.
Dokładnie rok temu minęła 50 rocznica tamtego wydarzenia. Ale najpierw kilka zdań wstępu. Wyścig Pokoju to nie był taka pierwsza lepsza impreza sportowa. To było wydarzenie nie tylko sportowe, ale i polityczne, społeczne oraz obyczajowe. To, co się działo na trasach i etapach wyścigu śledziły setki tysięcy, nie tylko polskich, kibiców. Najpierw ślęcząc przy odbiornikach radiowych, potem, gdy komuś udało kupić się telewizor, to przed jego ekranem gromadzili się mieszkańcy nieraz całego bloku. Jak to wyglądało można zobaczyć m.in. w komedii Stanisława Barei pt. „Mąż swojej żony”. Wyścig to także niezapomniane relacje komentatorów sportowych, których lapsusy językowe stały się sławne i nawet przechodziły do języka potocznego jak np. sławne stwierdzenie red. Bohdana Tomaszewskiego, który w emocjonującej relacji z któregoś tam etapu tak skomentował występ sławnego polskiego kolarza Ryszarda Szurkowskiego, że to „cudowne dziecko dwóch pedałów”. Występy Polaków traktowane były jako sprawa narodowa i honorowa. Nie da się ukryć, że ZSRR i NRD miały dobrych kolarzy. I ich zwycięstwa w Polsce nie były odbierane z wielkim entuzjazmem. Zwłaszcza, że niekiedy postawa tych sportowców pozostawiała wiele do życzenia jeżeli chodzi o fair play. Sportowa legenda przywołuje Stanisława Królaka, który na trasie jednego z etapów wyścigu w 1956 roku miał toczyć, w trakcie jazdy, pojedynek na… pompki rowerowe z jadącym nieprzepisowo Rosjaninem.







