Uwielbiam w Ministerstwie autentyczność i właśnie… czy łatwo jest wybić się na autentyczności czy w biznesie potrzeba jednak czegoś więcej?
Ania: Autentyczność, umiejętność przyznania się do błędu, jakość produktu i dobra obsługa klienta – to wszystko jest równie ważne.
Ula: Nasza historia to przede wszystkim produkt. Od początku chciałyśmy tworzyć kosmetyki o bogatym składzie, których same używamy. Wydaje mi się, że klienci właśnie to doceniają. Ale ogromne znaczenie ma też serwis i obsługa. Nie ma jednego przepisu na dobry biznes – to wypadkowa wielu czynników i trochę szczęścia. Najważniejsze, żeby nie odpuszczać i na każdym etapie starać się robić rzeczy najlepiej, jak potrafimy.
Kilka lat temu zdecydowałyście się na rebranding. Skąd ta decyzja?
Ania: Czułyśmy potrzebę świeżości. Minęło dziesięć lat od powstania naszego pierwszego logo i miałyśmy wrażenie, że potrzebujemy nowej energii. Impuls wyszedł od nas – z wewnątrz firmy.
Ula: Na początku opinie były podzielone. Zniknęła fala z sygnetu, pojawiła się litera M. Jednak wraz z wymianą opakowań i pojawianiem się nowych grafik klienci zobaczyli całość jako spójny koncept. Po jakimś czasie zaczęły spływać bardzo pozytywne komentarze. Wtedy poczułyśmy, że to była dobra decyzja.
Skąd pomysł na wprowadzenie podkładów? Jednak do tej pory było mydło i pielęgnacja.
Ania: Od dawna patrzyłyśmy w stronę naturalnej kolorówki. To było trochę marzenie. Na co dzień z Ulą raczej się nie malujemy, jeśli już to jest to jakiś totalny basic.
Ula: Ale też wynikało to z potrzeby. Szukałyśmy produktu, który zapewni efekt „make-up no make-up”, a jednocześnie będzie pielęgnował skórę, zaopiekuje ją za dnia. Tak powstała linia CareUp. To zupełnie nowa kategoria w świecie beauty, pielęgnacja, która wyrównuje kolory i zapewnia nawilżenie przez cały dzień.