Projektantka mody, artystka i twórczyni jednej z najbardziej charakterystycznych marek modowych ze Szczecina. Daria Salamon od ponad 20 lat konsekwentnie buduje własny świat – pełen kobiecości, jakości i projektów, które nie poddają się sezonowym trendom. Absolwentka prestiżowego Uniwersytetu Sztuki w Berlinie nauczyła się patrzeć na modę jak na coś znacznie więcej niż ubranie – jak na formę sztuki użytkowej, która ma dawać kobietom siłę i poczucie autentyczności.
Po latach spędzonych za granicą wróciła do Polski i stworzyła Fanfaronadę (pracownia z atelier znajduje się w Szczecinie przy ulicy Słowackiego) – markę, która szybko stała się synonimem nowoczesnej elegancji z charakterem. Jej projekty łączą lekkość z wyrafinowaniem, klasyczne kroje z odrobiną fantazji, a ponadczasowość z modową odwagą. Wszystko powstaje lokalnie, w szczecińskiej pracowni, gdzie każda rzecz tworzona jest niemal jak małe „couture” – z dbałością o detal, jakość tkanin i indywidualne potrzeby kobiet.
W czasach „fast fashion” i seryjnej produkcji Daria proponuje zupełnie inną filozofię. Tu nie ma przypadkowych kolekcji ani ubrań „dla wszystkich”. Są rozmowy, przymiarki i projektowanie z myślą o konkretnej osobie. Fanfaronada wyróżnia się także pokazami mody, które bardziej przypominają manifest niż klasyczny wybieg. Obok profesjonalnych modelek pojawiają się kobiety w różnym wieku i o różnych sylwetkach, bo dla Darii moda nigdy nie była zamknięta w jednym rozmiarze czy jednym kanonie piękna.
Choć jej projekty nosiły także znane nazwiska, między innymi Anna Mucha czy Nastassja Kinski, sama projektantka zawsze podkreśla, że największą wartość ma dla niej relacja z każdą kobietą, która przychodzi do pracowni. O modzie, kobiecości, Szczecinie, sile lokalnego projektowania, początkach Fanfaronady i kultowej „tiulówce” rozmawiamy z Darią Salamon.
Daria, śledzisz świat mody? Pokazy, trendy, projektantów?
Kiedyś bardzo to przeżywałam. Jeszcze na studiach śledziłam wszystkich projektantów, którzy byli wtedy na topie, oglądałam kolekcje, interesowało mnie wszystko, co działo się w modzie. Dziś już trochę od tego odeszłam, bo działam w zupełnie innym rytmie. Nie tworzę sezonowych kolekcji i nie funkcjonuję w tym wyścigu trendów. Fanfaronada opiera się na slow fashion i indywidualnym podejściu do klientek.
Ale na początku było u Ciebie bardziej eksperymentalnie. Pamiętam Wasz butik z początku lat 2000, mieszczący się przy ulicy Monte Cassino. Takich rzeczy wtedy u nas nie było. Oryginalnie, artystycznie.
Zgadza się. Razem z Gosią Czerwińską, współzałożycielką marki, tworzyłyśmy bardzo odważne projekty. To był czas totalnej wolności twórczej – nie zastanawiałyśmy się, kto to założy i czy w ogóle ktoś będzie chciał to nosić. To była po prostu nasza fantazja i ogromna frajda.
Ale kiedy zaczęłyśmy prowadzić pracownię, pojawiła sięrzeczywistość. To był ciężki kawałek chleba. Bardziej dokładałyśmy do tego wszystkiego niż na tym zarabiałyśmy. Z czasem nasze drogi zawodowe się rozeszły i zostałam sama. Nadal miałam bardzo eksperymentalne podejście do mody, co artystycznie mnie spełniało, ale zaczęłam słyszeć – głównie od mojego męża – „zacznij robić rzeczy, które kobiety naprawdę chcą nosić”. (śmiech)
I od razu zgodziłaś się na taką zmianę?
Na początku się buntowałam. Mówiłam: „Po co mam robić coś, co już wszędzie można kupić?”. Ale z czasem zrozumiałam, że jeśli chce się połączyć pasję z zarabianiem, to trzeba też słuchać ludzi. I dziś ogromną satysfakcję daje mi moment, kiedy klientka zakłada moją rzecz, czuje się w niej świetnie, dostaje komplementy i wraca z takim feedbackiem. To jest równie wartościowe, jak artystyczne eksperymenty. Dlatego dziś moje projekty są bardziej klasyczne, minimalistyczne, choć nadal kocham asymetrię i nieoczywiste formy.
Postawiłam też na jakość materiałów. Szukamy świetnych tkanin, które nie tylko mają dobry skład, ale też pięknie wyglądają i pracują w ruchu. Bardzo często słyszę od klientek, że nasze rzeczy na żywo wyglądają jeszcze lepiej niż na zdjęciach.
Mam wrażenie, że projektujesz dziś przede wszystkim dla prawdziwych kobiet, a nie dla wybiegów.
Widzę, że młode dziewczyny właściwie w wielu rzeczach wyglądają świetnie – mają inne potrzeby, inne podejście. Ale kobiety trochę starsze zaczynają szukać jakości, trwałości i rzeczy, które naprawdę dobrze leżą. Gotowe ubrania bardzo często są robione pod jakąś średnią tabelę wymiarów i po prostu się nie układają. Panie chcą mieć rzeczy dopracowane, wygodne, dobrze skonstruowane, takie, które będą służyć dłużej niż jeden sezon. I myślę, że właśnie tę niszę trochę wypełniamy.
Moda była od początku Twoim oczywistym wyborem?
Zawsze ciągnęło mnie do rzeczy kreatywnych i manualnych. Lubiłam rysować, szyłam już jako dziecko, lubiłam wymyślać różne rzeczy. Wychowałam się w domu na Mazurach, gdzie moja babcia prowadziła pracownię krawiecką, więc od małego miałam kontakt z materiałami, szyciem i modą. Przeglądałyśmy z siostrą stare żurnale modowe z lat 50. i 60. – takie czarno-białe, rysowane. Babcia miała też zagraniczne magazyny ślubne i my się tym światem zachwycałyśmy.
Po maturze zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Nigdy nie czułam się artystką w takim sensie, że będę tworzyć abstrakcyjną sztukę dla samej sztuki. Interesowała mnie sztuka użytkowa – coś, co można wykorzystać w życiu. I właśnie dlatego wybrałam modę.
Studiowałaś projektowanie mody w Berlinie, na uczelni, w której swoją klasę miała sama Vivienne Westwood. Jak wspominasz ten czas?
Pierwszy rok kompletnie mnie zaskoczył, bo to nie była jeszcze moda, tylko industrial design. Cały rocznik był razem i uczyliśmy się bardziej koncepcyjnego podejścia do projektowania. Robiliśmy bardzo abstrakcyjne zadania, ale zawsze związane z funkcją i użytkowością. To był fantastyczny czas. Wiele osób w jego trakcie zmieniało specjalizacje – ktoś szedł później w product design, ktoś w projektowanie tkanin, ktoś projektował później samochody czy multimedia dla dużych firm.
Dopiero później zaczęła się stricte moda – konstrukcja, historia designu, praca z bryłą, materiałem, sylwetką. Bardzo ważne było dla mnie to, że uczono nas rozumienia ciała i konstrukcji ubrania. Papier przyjmie wszystko, ale projekt musi mieć sens.
Myślałaś wtedy, żeby zostać w Berlinie?
Byłam nawet na półrocznych praktykach w niemieckiej sieciówce i dostałam propozycję pracy. To było bardzo ciekawe doświadczenie, ale szybko zrozumiałam, że nie chcę tak pracować. Kreatywności było tam bardzo mało. Wszystko opierało się na trend bookach i analizach sprzedaży. Produkcja odbywała się często w Azji, nie było nawet atelier na miejscu. To bardziej przemysł niż twórczość. Wtedy zrozumiałam, że bardziej interesuje mnie coś własnego. Oczywiście, człowiek ma marzenia, że może ktoś go zauważy, może wygra jakiś konkurs, może zrobi wielką karierę. Brałam udział w różnych konkursach, dostawałam się do kolejnych etapów, ale dziś bardzo doceniam to, że mogę pracować po swojemu. Nie muszę poświęcać całego życia tylko firmie. Mogę mieć też prywatność, swoje życie, swój rytm. I bardzo to dziś cenię.
I tak trafiłaś do Szczecina.
Do Szczecina przyjechałam właściwie z miłości – miałam tutaj chłopaka, mojego obecnego męża, Marcina. Nie planowałam zakładania marki. Trafiłam jednak do miejsca, które zrzeszało młodych projektantów i tam poznałam wiele kreatywnych osób, które zachęcały mnie do otwarcia własnego butiku. Wiedziałam, że jest to szalony pomysł, ale dzięki wsparciu mojego męża zdecydowałam się zrobić ten krok. To był rok 2003, bardzo trudny czas. Wiele osób wyjeżdżało z Polski, pracy praktycznie nie było. Tworzyłyśmy ubrania, organizowałyśmy pokazy, poznawałyśmy mnóstwo kreatywnych ludzi, ale rynek nie był jeszcze gotowy na takie rzeczy.
Potem zaczęła się sprzedaż internetowa. Byłam chyba jedną z pierwszych osób w Polsce, które sprzedawały ubrania online. Trafiłam na targach na platformę Pakamera i zaczęłam tam wrzucać pierwsze produkty. Sama robiłam zdjęcia na manekinie.
Internet, poza pracownią, w której się teraz znajdujemy, nadal jest bardzo ważną częścią Twojej działalności.
Tak, dzięki niemu moje projekty trafiają niemal wszędzie. Miałam zamówienia z całego świata – z USA, Australii, Japonii, Chin, a nawet Omanu.
Jak dziś wygląda współpraca z klientkami?
Bardzo indywidualnie. Główną część naszej działalności stanowią projekty szyte na miarę. Najczęściej są to kreacje na ważne wydarzenia – śluby, wesela, jubileusze, gale czy inne wyjątkowe okazje. Jednocześnie nieustannie tworzymy nowe projekty inspirowane potrzebami naszych klientek. Szyjemy je w pracowni, fotografujemy i prezentujemy w naszych kanałach internetowych. Można je przymierzyć na miejscu. Bardzo często to właśnie te modele stają się punktem wyjścia do stworzenia bardziej indywidualnej wersji, dopasowanej do konkretnej sylwetki, okazji czy oczekiwań klientki.
Każdą klientkę prowadzę osobiście przez cały proces: od pierwszej rozmowy, przez wybór fasonu i tkanin, aż po finalny efekt. Bardzo zależy mi na tym, żeby kobieta nie tylko dobrze wyglądała, ale przede wszystkim czuła się sobą. Co ważne, wiele takich realizacji powstaje również dla klientek mieszkających daleko od Szczecina, a nawet za granicą. Dzięki doświadczeniu potrafimy przeprowadzić cały proces zdalnie, zachowując indywidualne podejście i dbałość o każdy detal.
Najbardziej rozpoznawalnym projektem Fanfaronady jest „tiulówka”. Kultowa spódnica z tiulu to coś tylko Twojego. Pamiętasz, jak powstała?
Zupełnie przypadkiem. Ona pierwotnie była halką do pokazu. Potem klientki zaczęły pytać czy można ją nosić samodzielnie. I tak narodziła się „tiulówka”. Ma już prawie 20 lat. Z czasem była coraz bardziej dopracowywana – zmieniałyśmy konstrukcję, objętość, długości, fasony. Powstały wersje midi, maxi, lekkie, bardziej spektakularne, we wszystkich kolorach.
Jej fenomen polegał chyba na tym, że była czymś zupełnie innym niż wszystko, co można było wtedy kupić. A jednocześnie dawała ogromne możliwości stylizacji. Można ją było nosić do szpilek, ale też do glanów, trampek czy ramoneski. I nagle okazało się, że każda kobieta chce mieć w szafie taką trochę „księżniczkowatą” spódnicę. (śmiech)
Pokazy Fanfaronady wyróżniają się tym, że biorą w nich udział klientki marki, a nie profesjonalne modelki. Skąd taki pomysł?
Przez wiele lat w ogóle nie organizowałyśmy pokazów, bo to bardzo kosztowna forma promocji. Kilka lat temu pojawiła się jednak propozycja przygotowania wydarzenia w Ogrodach Śródmieście. Wtedy pomyślałyśmy, że skoro projektujemy dla kobiet o różnych sylwetkach, osobowościach i stylach życia, to właśnie one powinny prezentować nasze ubrania na wybiegu.
Do udziału zaprosiłyśmy kobiety, które dobrze znamy i cenimy. Nasze klientki oraz modelki współpracujące z nami od dawna. Chciałyśmy pokazać nie tylko kolekcję, ale także kobiety, które ją noszą i nadają jej prawdziwy wymiar. Pierwszy pokaz stworzyło około trzydziestu niezwykłych kobiet. Różnych – wyższych, niższych, o różnych sylwetkach, zawodach i historiach. Wtedy jeszcze mocniej uświadomiłyśmy sobie, jak wyjątkowa społeczność zgromadziła się wokół marki. To kobiety aktywne, pełne pasji, inspirujące i odważne.
Dziś te pokazy są dla nas przede wszystkim wyrazem wdzięczności. To okazja, by docenić i wyróżnić wyjątkowe kobiety, dzięki którym Fanfaronada jest tym, czym jest. Już 28 czerwca odbędzie się trzecia edycja wydarzenia w Ogrodach Śródmieście i serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych do wspólnego świętowania.
Masz swoje ulubione projekty?
Tak, oczywiście. Bardzo lubię asymetryczne formy. Kocham moją asymetryczną koszulę, bardzo lubię kombinezon, który miałam na ostatnim pokazie. Teraz powstają też nowe rzeczy z jedwabiu, bardziej przestrzenne, trójwymiarowe formy. Ale projektuję też dla innych kobiet, więc nie wszystko sama bym założyła. Czasem uwielbiam jakiś projekt, ale wiem, że to nie jest mój styl czy moja sylwetka.
A prywatnie? W czym najlepiej czuje się projektantka mody?
Nie będę ukrywać, że na co dzień chodzę ubrana głównie we własne projekty. Prócz tych wyjściowych wieczorowych kreacji mamy również w swojej ofercie sporo produktów, które są idealne na co dzień do pracy, do biura. Przy okazji mam okazję sprawdzić czy aby na pewno dobrze zaprojektowałam daną rzecz (śmiech). Jednak po pracy zdecydowanie preferuję dresy. Naprawdę. W domu mam chęć już odciąć się od mody. I bardzo lubię to, że Polki nie boją się kobiecości. W Niemczech często nawet na eleganckich wydarzeniach człowiek zastanawia się, czy nie wygląda zbyt „oficjalnie”. A w Polsce kobiety naprawdę lubią się stroić i mają odwagę w modzie.
Myślałaś kiedyś o projektowaniu dla mężczyzn?
Nie. Nie można robić wszystkiego. Dobrze czuję się w kobiecej modzie i to mnie naprawdę interesuje.
A dodatki? Torebki, buty, biżuteria?
Już robimy różne dodatki: jedwabne akcesoria, broszki, kwiaty, trochę biżuterii. Uzupełniam właśnie kolekcję o piękne i praktyczne szale z jedwabiu, kaszmiru i merceryzowanej bawełny. Myślę też o dobrej jakości swetrach, bo często sama mam problem, żeby znaleźć coś odpowiedniego do naszych bardziej eleganckich rzeczy. Ale wszystkiego nie da się zrobić samemu. Niektóre rzeczy wymagają współpracy z podwykonawcami.
Czujesz, że Fanfaronada stała się częścią tożsamości Szczecina?
Tak, myślę, że tak właśnie jest. Do naszego atelier przyjeżdżają klientki z całej Polski, ale także z innych krajów, a wiele z nich przy okazji poznaje również Szczecin. Podpowiadamy im, gdzie mogą nocować, co zwiedzić, gdzie zjeść. Od lat jesteśmy też związane z lokalnym środowiskiem. Otrzymałyśmy wyróżnienie „Zrobione w Szczecinie”, szyłyśmy kreacje dla całej orkiestry Filharmonii Szczecińskiej, a także dla Chóru Uniwersytetu Szczecińskiego, chóru dawnej Politechniki Szczecińskiej i Akademii Morskiej. Dlatego myślę, że możemy śmiało powiedzieć, że Fanfaronada jest częścią tożsamości Szczecina.
Fanforanada to nie tylko Ty, choć z Tobą jest głównie kojarzona.
Tak, na koniec chciałabym wspomnieć o kilku bardzo ważnych osobach, bez których Fanfaronada nie mogłaby istnieć. Choć marka kojarzona jest przede wszystkim z moim nazwiskiem, tak naprawdę od lat tworzy ją zespół niezwykle utalentowanych kobiet. W historii Fanfaronady przewinęło się wiele wspaniałych osób, którym jestem ogromnie wdzięczna, ale dziś jej serce stanowią Patrycja, Gosia, Lena i Oksana. Patrycja jest świetną stylistką i prawdziwą duszą relacji z klientkami. Ma niezwykłą umiejętność budowania dobrej atmosfery, czuwa nad wizerunkiem marki, organizuje wiele działań i opiekuje się naszymi mediami społecznościowymi. Gosia to najdłużej współpracująca ze mną krawcowa – doskonale zorganizowana, błyskawiczna i niezawodna. Zawsze mogę na nią liczyć. Lena wnosi do pracowni mnóstwo pozytywnej energii i uśmiechu, a jednocześnie jest mistrzynią szycia miarowego, szczególnie garniturów i gorsetów. Oksana z kolei specjalizuje się w najbardziej wymagających i nieoczywistych projektach, a jej wyczucie formy i zmysł artystyczny niejednokrotnie wzbogacił finalne projekty.
To właśnie dzięki takim osobom Fanfaronada jest nie tylko marką, ale przede wszystkim zespołem wspaniałych kobiet. Jestem ogromnie wdzięczna, że możemy razem tworzyć miejsce, do którego klientki chcą wracać i z którym wiążą swoje ważne wspomnienia.
Tekst i produkcja: Aneta Dolega / Foto i koncepcja: Karolina Bąk / MUA: Agata Włodarczyk / Stylizacje: Fanfaronada















