Czterdzieści lat na scenie, trzy dekady od przełomowego albumu „Światło”, pięćdziesiąte urodziny i wciąż ogromna artystyczna energia. Natalia Kukulska nie zamyka żadnego rozdziału — przeciwnie, przygotowuje się do jednego z najbardziej osobistych projektów w swojej karierze. Nam opowiedziała o jubileuszowej trasie „Czy ona jest taka jak ja?”, muzycznych przełomach, konsekwentnym podążaniu własną drogą i planach na kolejne lata. Już 4 października artystka wystąpi w Filharmonii im. M. Karłowicza w Szczecinie podczas wyjątkowego koncertu organizowanego przez agencję Hall No.1 Art, który będzie sentymentalną podróżą przez wszystkie etapy jej twórczości — od dziecięcych przebojów po najnowsze muzyczne odsłony.
Pani Natalio, czy jubileuszowa trasa jest dla Pani czymś w rodzaju podsumowania, czy to raczej kolejna cyfra i kolejny krok w pracy i twórczości?
„Podsumowanie” to jest chyba najmniej trafne słowo, którym chciałabym się posługiwać przy trasie jubileuszowej, choć z drugiej strony siłą rzeczy koncert trochę nim jest. Nie chciałabym skojarzenia z benefisem, podsumowaniem, gdyż to sugeruje, że coś się kończy. Tymczasem w tym roku nakłada się wiele okrągłych dat: 30 lat od dorosłego albumu „Światło”, 40 lat od dziecięcego debiutu, no i jeszcze 50. urodziny a ja mam nadal bardzo aktywny i dobry czas. Dużo się dzieje, zbieram owoce tego, co zasiałam, i nadal sieję. Pomyślałam więc, że to dobry moment, żeby zrobić koncert jako celebrację i świętowanie, z wdzięczności za wszystko, co się wydarzyło. Nadałam trasie nazwę „Czy ona jest taka jak ja?”. Oznacza to, że będę konfrontowała siebie dzisiejszą z różnymi wcześniejszymi etapami. Na przykład po raz pierwszy dotknę piosenek dziecięcych, czego nie robiłam od wielu lat. Będą też piosenki filmowe, lata 90. i różne okresy mojej twórczości. Oprócz mojego zespołu na scenie pojawi się także Atom String Quartet, co daje mi dużo nowych kolorów aranżacyjnych. Obecnie właśnie układam cały scenariusz i repertuar. Biorąc po uwagę, że nagrałam 13 solowych płyt i sporo projektów specjalnych, a chcę podejść do tego koncertu przekrojowo, mam duże dylematy. Wymyśliłam formułę, przy której czeka mnie sporo pracy, ale i sporo przyjemności i sentymentów… inaczej po prostu nie potrafię.
Pani twórczość, poza tym, że wpisuje się w klasykę polskiej muzyki rozrywkowej, dla wielu osób ma dziś status kultowej. Szczególnie dotyczy to piosenek z dzieciństwa, które do dziś są powszechnie znane i funkcjonują w różnych obiegach kultury. Mam też wrażenie, że później, w latach 90., wychodząc z pokolenia wychowanego na R&B i muzyce zachodniej, Pani twórczość była w Polsce czymś wyprzedzającym swój czas — adaptowała te brzmienia na rodzimy rynek. Czy ma Pani poczucie, że tak rzeczywiście było?
Nie chcę by to nie zabrzmiało nieskromnie, ale rzeczywiście wielokrotnie dostaję takie sygnały. Czuję, że jestem częścią życia wielu ludzi — ich dorastania i różnych etapów zmian. Ta przerwa między dziecięcym śpiewaniem a latami 90. nie była duża, to było około dziesięciu lat, więc ci sami odbiorcy dorastali razem ze mną.
W latach 90. miałam już swoją publiczność, często młodszą ode mnie, która nie znała wcześniejszych kontekstów. Kiedy miałam dwadzieścia lat i nagrałam „Światło”, a dwadzieścia jeden przy „Pulsie”, na koncerty przychodziły nastolatki, które nie znały mojej wcześniejszej historii. To było dla mnie trochę jak narodziny na nowo. W Polsce nie ma wielu takich przypadków. Często artyści albo śpiewają dla dzieci jako dorośli, albo mają jedną, stałą publiczność. U mnie to się przenikało — ludzie wiedzieli, co się u mnie dzieje, i razem ze mną dorastali. Jeśli chodzi o R&B i soul, były to wówczas w Polsce brzmienia pionierskie. Krytyka często zarzucała mi zapożyczenia z Zachodu, ale publiczność zaczęła otwierać się na te brzmienia, choć u nas panował głównie punk rock. To nie było dla mnie łatwe, ale udało się. Dzięki temu zbudowałam fanbase, który pozwolił mi się dalej rozwijać.
Czyli nie musiała Pani walczyć o pozycję, tylko mogła się rozwijać?
Tak. Zbudowałam swoją pozycję repertuarem i kolejnymi płytami, a potem mogłam już skupić się na rozwoju artystycznym. Z czasem zaczęłam pisać teksty, a pierwszym większym krokiem w tym kierunku była płyta „Sexi Flexi” z 2007 roku, jedna z moich ulubionych. Czułam, że były to dość odważne propozycje na polskim rynku. Dzięki temu nawet dziś ten album brzmi świeżo. Po prostu konsekwentnie szłam własną drogą. A potem przełomem był z pewnością album „Czułe Struny”, z symfonicznymi interpretacjami Fryderyka Chopina, który dotarł do zupełnie nowej publiczności. Dzięki niemu otrzymałam podwójną platynę, co wcale nie było oczywiste, bo od początku nie był to projekt komercyjny.

To też jest dla Pani charakterystyczne: opieranie się trendom, modom i krytyce oraz konsekwentne zachowanie autentyczności. W takiej sytuacji łatwo byłoby się pogubić, bo każdy mówi coś innego. No właśnie, kogo wtedy słuchać?
Tylko głosu serca. Mam w sobie wewnętrznego krytyka i jeśli gdzieś jest choć ziarenko prawdy w uwagach, to i tak mnie to dotyka. Najbardziej jednak bolą mnie niesprawiedliwe oceny. Ale tak po prostu jest — nie da się zadowolić wszystkich. Po jednym występie czytam: „majstersztyk, perła, najlepsze, co w życiu słyszałem”. A ktoś inny pisze: „koszmar, dramat, nie da się tego słuchać”. Wtedy pojawia się pytanie — komu mam wierzyć? I czy w ogóle przejmować się opiniami? Zawsze muszę to sama ze sobą skonfrontować. Są występy i płyty, z których jestem bardziej lub mniej zadowolona. Niektóre lepiej przetrwały próbę czasu, inne mniej, ale wszystko jest częścią drogi. Zmieniali się też odbiorcy — jedni dołączali, inni odchodzili, ale są też tacy, którzy towarzyszą mi od lat. I to jest dla mnie bardzo ważne.
A na jakim etapie jest Pani teraz?
Jestem w momencie bycia w prawdzie ze sobą. „Dobrostan” to mój ostatni album — niezwykle szczery, ale też dojrzały w swoich refleksjach. Dotyczy zmian, tego, gdzie szukać stałości w momencie, kiedy jedyną stałą jest zmiana. Zresztą w moim życiu zawodowym zawsze tak było. Ten „Dobrostan”, samo jego definiowanie i droga, którą wyznacza ta płyta, bardzo mi się spodobały. Cieszę się też, że są słuchacze, którzy w tym się odnajdują.
Nie mogę narzekać — to dla mnie złoty czas, w którym bardzo dużo się dzieje. Czuję się doceniana. Ilość wspaniałych propozycji i projektów, w których uczestniczę, daje mi ogromne poczucie spełnienia i satysfakcji. Jestem też w dużym pędzie. Śpiewałam: „to ja, zatrzymaj mnie — lepiej późno niż wcale”. Na razie nie ma takiego śmiałka, który by mnie zatrzymał, więc cały czas dzieje się bardzo dużo. (Śmiech) Za mną festiwal w Opolu, gdzie świętowałam jubileusz, Malta Festival, na którym pełniłam też rolę dyrektorki artystycznej koncertu „Za miłość!”, do którego zaprosiłam topowych solistów i aranżerów.
To pierwszy raz w takiej roli?
Wcześniej byłam opiekunką artystyczną projektu „Babie Lato” na festiwaluu Letnie Brzmienia. Teraz zakres odpowiedzialności był znacznie większy — wielu solistów i ogrom pracy organizacyjnej. Równolegle przygotowuję trasę koncertową, która jest dla mnie najważniejszym projektem w tym roku. Pracuję też nad musicalem o mojej mamie „Tylko mnie poproś do tańca”, do którego współtworzyłam libretto a teraz nadzoruje prace aranżacyjne. Jego premiera będzie jesienią przyszłego roku w Teatrze Muzycznym w Poznaniu.
No właśnie, wspomniała Pani o musicalu i twórczości swojej mamy. Zastanawiałam się tylko nad tytułem Pani trasy koncertowej „Czy ona jest taka jak ja” — bo odbieram go trochę jako pytanie, które uruchamia konfrontację różnych etapów, o których Pani mówiła w kontekście swojej twórczości. Czy można to też odnieść do porównań z mamą?
Chyba nie — nie miałam takiego zamysłu. Zabawiłam się tym pytaniem w kontekście moich wcześniejszych dokonań. Do mamy nawiązałam jedynie w zabawie Instagramowej, którą zaproponowałam na Dzień Matki proponując moim obserwatorom pokazywanie podobieństw i różnic między sobą a mamą. Natomiast w kontekście trasy bardziej chodzi o moją historię i konfrontację mnie dzisiejszej z moimi wcześniejszymi artystycznymi „wcieleniami”.. Podobieństwo do mamy zawsze gdzieś mi towarzyszy — to naturalne, że każdy jest w jakimś stopniu porównywany do swoich rodziców. Wszyscy znają moją mamę, więc te podobieństwa, zwłaszcza w głosie i w muzyce, są dla wielu oczywiste. Ja sama je widzę, ale dostrzegam też różnice.
W pewnym momencie musiałam podjąć decyzję: czy będę wchodzić w te porównania i je podsycać, czy postawię na siebie i własną drogę artystyczną. Wybrałam to drugie, choć na początku wcale nie było to łatwe. Z jednej strony pojawiały się głosy: „dlaczego nie śpiewa piosenek mamy?”, a z drugiej — gdy zaczęłam je wykonywać, też nie brakowało krytyki. Starałam się znaleźć równowagę. Piosenkę mojej mamy — „Tyle słońca w całym mieście” w duecie z jej głosem — nagrałam dopiero na swój trzeci album, kiedy miałam już ugruntowaną pozycję. Powrotów do jej repertuaru było niewiele. Raczej dbam o pamięć w inny sposób — uczestnicząc w projektach artystycznych i pełniąc funkcję opiekunki artystycznej. Wydaje mi się, że to była dobra, wyważona droga. Więcej chyba nie byłoby możliwe, bo nie da się żyć wyłącznie przeszłością. W pewnym momencie trzeba zdecydować, czy jestem osobną artystką i czy chcę budować własną historię. Ja postawiłam właśnie na to.

Mimo wszystko chciałabym przenieść się z Panią w czasie i zapytać o najważniejsze momenty w całej tej kilkudziesięcioletniej drodze. Które z nich były dla Pani szczególnie istotne?
Oczywiście debiut, a właściwie dwa debiuty: dziecięcy i dorosły. Potem czas największego sukcesu komercyjnego, czyli płyta „Puls” z 1997 roku. Następnie pojawiła się potrzeba zmiany, wręcz radykalnej — pewnego odcięcia się od dotychczasowego etapu, żebynie „odcinać kuponów” od własnych sukcesów, tylko szukać nowych impulsów i nie popaść w stagnację. W 2003 roku wyjechałam do Stanów Zjednoczonych jako anonimowa osoba. Przez pewien czas studiowałam i chciałam wrócić do korzeni — funkcjonować bez kontekstu, co było mi bardzo potrzebne.
Później był na pewno pierwszy krok w stronę bardziej wyrafinowanej produkcji muzycznej i artystycznej odwagi, czyli płyta „Sexi Flexi”. Następnie przyszły albumy tworzone już na własnych warunkach — może nie zawsze najbardziej komercyjne, ale dla mnie artystycznie najważniejsze. Kolejnym przełomem były „Czułe struny” — album wyjątkowy pod wieloma względami, największy projekt mojego życia. Później bardzo ważnym doświadczeniem było „MTV Unplugged”, które można traktować jako swoiste podsumowanie, ale w nowej formie. No i „Dobrostan”, czyli to, gdzie jestem tu i teraz. Najnowszy etap.
Myśli Pani już o tym, co dalej? Jaki będzie kolejny etap?
Tak, mam plany. W zasadzie do około 2030 roku wiem, w jakim kierunku to się będzie rozwijało. Oczywiście musical jest teraz jednym z najważniejszych projektów. W planach mam też duży album muzyczny, rozbudowany projekt, który ma się ukazać w 2030 roku. Rozmawiamy w 2026, więc jeszcze sporo czasu, ale już za dwa lata zacznę nad nim intensywnie pracować.
W międzyczasie uczestniczę też jako koproducentka filmu o mojej mamie. To projekt, który trwa już długo, bo wciąż nie jestem w pełni usatysfakcjonowana kierunkiem scenariusza. To dla mnie bardzo emocjonalna i trudna sprawa. Przede wszystkim zależy mi na prawdzie i na historii, a film fabularny rządzi się jednak swoimi zasadami i często pewną umownością, nie zawsze zgodną z faktami. Na razie jesteśmy więc na etapie przeciągania liny wokół scenariusza. Ale to też projekt, który w najbliższych latach będzie bardzo intensywny — i ja odpowiadam w nim również za muzykę wraz z moim mężem i synem. To dla mnie ogromne przedsięwzięcie.
Do tego dochodzi wiele mniejszych projektów koncertowych i fonograficznych. Planów jest bardzo dużo, oby tylko starczyło na wszystko sił, bo zapału na pewno nie brakuje.

Na koniec chciałam zapytać o Szczecin. Będzie Pani grała koncert w Filharmonii. Zastanawiam się, czy miejsce występu ma dla Pani znaczenie, czy w trasie wszystko sprowadza się po prostu do zmiany lokalizacji?
Nie, nie, tutaj muszę się zatrzymać przy naszej „Złotej Sali” w Filharmonii, bo szczerze mówiąc jest to jedna z moich ukochanych przestrzeni koncertowych. Mówię to z ręką na sercu. Mam z nią wiele wspaniałych wspomnień, wielokrotnie występowałam w Filharmonii i za każdym razem zachwyca mnie… jej wygląd, idealna kubatura, w której łatwo o bliskość z publicznością. Grałam tam m.in. „Dobrostan” i „MTV Unplugged”, a przede wszystkim „Czułe Struny” — dwa razy. Zawsze wspaniały odbiór.
Raz był szczególny koncert, bo w czasie pandemii, bez publiczności, tylko w formie rejestracji. To był mój pierwszy raz, kiedy śpiewałam „Czułe Struny” na żywo z orkiestrą. To było bardzo trudne doświadczenie. Utwory się kończą a nie ma reakcji publiczności, jest tylko cisza. Niezwykle dziwne uczucie. Później zagrałam „Czułe Struny” już w normalnych warunkach, z publicznością w Filharmonii – i to było zupełnie inne, stymulujące przeżycie.
Cieszę się więc, że wracam do tej przestrzeni. Ten koncert będzie też nieco dłuższy bo jest przekrojowy. Przygotowujemy archiwalne materiały, specjalną oprawę, bardziej rozbudowaną formę. Pierwszy raz wrócę do dziecięcych pio-senek, pojawią się utwory, które nagrałam do filmów, takie jak „Zakochani”, „Ani słowa” czy „Wierność jest nudna”, pojawią się najbardziej znane utwory z moich solowych albumów i wybrane perełki i co ciekawe będzie też przestrzeń na kilka utworów z „Czułych strun”. Także wyjątkowy wieczór, na który serdecznie zapraszam.
Na koniec jestem jeszcze ciekawa, czego Pani prywatnie ostatnio słucha?
Ostatnio jestem dość „przebodźcowana”, więc najczęściej sięgam po Roberta Glaspera. To bardzo kojący, chillowy jazz, idealny na wyciszenie. Z bardziej energetycznych rzeczy – najnowszy album Bruno Marsa porwał mnie ostatnio. Słucham też alternatywy, np. King Gizzard & the Lizard Wizard, czasem czegoś bardziej eksperymentalnego. Zdarza mi się też wracać do muzyki filmowej i soundtracków. Uwielbiam Jacoba Colliera. Poznałam go zresztą w Szczecinie. Mój mąż grał tu w projekcie Tribute to Quincy Jones, w którym Jacob również uczestniczył. Po koncercie mieliśmy okazję się spotkać i chwilę porozmawiać. W wakacje wybieram się na North Sea Jazz Festival w Rotterdamie. Sama nie wiem, co o tym powiedzieć… może faktycznie to już moment na diagnozę. (śmiech)
Bardzo dziękuję za rozmowę. Widzimy się na koncercie w Szczecinie.
Dziękuję również. Cieszę się i zapraszam – do zobaczenia.









