To nie do Stevena Spielberga należy największe nowe „objawienie” kinematografii, lecz do Christophera Nolana. A tak całkiem poważnie: Nolanowi udało się znakomicie sportretować świat sprzed ponad 3000 lat. Wskrzesił wielkich bohaterów Hellady, brawurowo połączył olimpijskie bóstwa i mityczne stwory z rekonstrukcją codzienności antycznego życia. Zachwyca wierność odtwarzania najdrobniejszych szczegółów najdrobniejszych szczegółów – od cyfrowych rekonstrukcji antycznych miast, przez wnętrza i kostiumy, aż po biżuterię. Jest jeszcze „rekonstrukcja” obyczajowości oraz ówczesnych emocji.
Reżyser korzysta z eposu Homera dość swobodnie. Nie ma Eola i worka wiatrów, Kikonów, Lotofagów, inaczej wygląda Kalipso, mniej miejsca zajmują bogowie Olimpu. Boski pierwiastek przeniesiony zostaje w przestrzeń psychologii postaci. I dobrze. „Odyseja” to przecież rozrywka, a nie akademicki esej. Nolan opiera film na autorskim scenariuszu, a nie dokonuje filmowej rekonstrukcji archaicznej literatury.
Pomimo to reżyser pozostaje zaskakująco blisko głównych tematów poematu. Z taką samą siłą jak Homer rozprawia się z miłością i rodziną, tęsknotą, ale także ceną wojny, sprytu i wierności. Ponad wszystko jest to jednak opowieść o próbie odzyskania własnej tożsamości i oczyszczenia sumienia po latach bezsensownej przemocy. To właśnie wojna staje się jednym z najmocniejszych współczesnych znaczeń filmu. Troja staje się przestrzenią traumy głównego bohatera – z miejsca triumfu przeobraża się w ciężar. Najbardziej sugestywna sekwencja spycha Achajów na margines i pokazuje wydarzenia sprzed 3000 lat jako potworną rzeź. Przypomnijmy sobie: Warszawa, Berlin, Drezno, Szczecin… A nowych Troi przybywa. Z poczuciem bezsilności i smutku oglądamy kolejne obrazy ruin Aleppo, Gazy czy Mariupola. Niczego żeśmy się nie nauczyli.

Wielkie wrażenie robią także sceny fantastyczne. Cyklop, Kirke, Syreny, Scylla i Charybda czy zejście do Hadesu nie są wyłącznie przygodami, lecz kolejnymi próbami człowieka wystawianego na pokusy, lęk i pychę. Nolan nie zamierza ich racjonalizować i pokazuje je całkowicie serio. Absolutnie genialna jest uczta u Kirke i scena przeobrażenia załogi Odysa w świnie. Równie mocne są sceny z Charybdą i Scyllą.
Muzyka Ludwiga Göranssona łączy antyczne instrumenty z potężną orkiestrą, perkusjonaliami i elektroniką. Można by to nazwać starożytnym techno albo ambientem. Kamera Hoytego van Hoytemy to operatorskie arcydzieło. Każdy kadr jest wysmakowany i przemyślany, a największe wrażenie robią „popisy” sił natury – wiatru, piasku, ognia i wody.
Nolan powierzył wielkim gwiazdom arcytrudne zadanie. Nie chciał klasycznych, psychologicznie realistycznych postaci, lecz bohaterów bliższych figurom greckiej tragedii – zgodnych z duchem Homera. Najlepiej udało się to Anne Hathaway jako Penelopie. Wyniosła, oszczędna w geście i mimice, jest przy tym niezwykle przejmująca. Zendaya jako Atena nie jest wszechmocna, lecz subtelna, ciepła i empatyczna. Jest niemal sumieniem Odyseusza. Świetna jest Samantha Morton jako Kirke – zamiast okrutnej czarodziejki stworzyła melancholijną i mądrą kobietę. Wojowników Odysa zamienia w świnie z „gracją” godną psychologicznego thrillera.
Są jeszcze znakomici Lupita Nyong’o w podwójnej roli Heleny Trojańskiej i Klitajmestry. Oraz Elliot Page, który wciela się w achajskiego wojownika Sinona – postać zapożyczoną przez Nolana z „Eneidy” Wergiliusza. Debilne kontrowersje wokół koloru skóry czy transseksualności pozostawię bez komentarza.
Matt Damon. Pełne mistrzostwo! Nie gra nieustraszonego herosa, lecz człowieka zmęczonego wojną i przygniecionego jej okrucieństwem. Wieloletnia podróż przez morze okazuje się podróżą przez pamięć jego bohatera.
Chciałem utyskiwać na czas trwania (blisko 3 godziny), ale… nie wiem, kiedy zleciało.







