Filip Pieczonka przyjechał do Szczecina po kilku dniach przerwy spowodowanej problemami zdrowotnymi, a do eliminacji dostał się dzięki dzikiej karcie. Dwa dni i dwa zwycięstwa później jest już w turnieju głównym Invest in Szczecin Open. W decydującym spotkaniu 22-letni Polak pokonał Ukraińca Nikitę Mashtakova 6:3, 6:2. We wtorek wróci na kort i – jak zapowiada – liczy na jeszcze większe wsparcie szczecińskiej publiczności.
Jeszcze kilkadziesiąt godzin wcześniej Filip Pieczonka mówił, jak bardzo zależało mu na szansie występu przed szczecińską publicznością. Dziś wiadomo już, że wykorzystał ją najlepiej, jak mógł.
Po niedzielnym zwycięstwie nad rozstawionym z numerem trzecim Hiszpanem Carlosem Sanchezem Joverem, w poniedziałek Polaka czekała ostatnia przeszkoda na drodze do turnieju głównego. Po drugiej stronie siatki stanął Ukrainiec Nikita Mashtakov.
Chwila nerwów i powrót do swojej gry
Pieczonka od początku prezentował się bardzo dobrze. Grał odważnie, skutecznie serwował i szybko wypracował przewagę. Przy prowadzeniu 4:1 w pierwszym secie pojawiło się jednak trochę nerwowości. Polak na chwilę stracił rytm, a Mashtakov wykorzystał ten moment i zbliżył się na 4:3.
Jak się później okazało, był to jedyny fragment spotkania, w którym przewaga Pieczonki stanęła pod znakiem zapytania. 22-latek szybko uporządkował grę, odzyskał regularność i ponownie przejął inicjatywę. Pierwszego seta wygrał 6:3, a w drugim nie pozwolił już rywalowi rozwinąć skrzydeł. Wynik 6:2 przypieczętował jego pierwszy awans do turnieju głównego w Szczecinie.
– Super, że nie padało, bo dzięki temu łatwiej mi się serwowało. Wiedziałem jednak, że rywal będzie wymagający, bo to typowy zawodnik na mączkę. Znałem jego styl, ale po niedzielnym zwycięstwie z równie wybieganym przeciwnikiem czułem się bardzo pewnie – powiedział Pieczonka.
Serwis rzeczywiście był jednym z jego najważniejszych atutów. Polak wygrał 75 procent punktów po pierwszym podaniu, dzięki czemu przez większość spotkania skutecznie utrzymywał presję na rywalu.
„To wielka ekscytacja”
Po ostatniej piłce emocji nie ukrywał. Pieczonka w ostatnich sezonach koncentruje się przede wszystkim na deblu i obecnie zajmuje 87. miejsce w światowym rankingu deblistów. W Szczecinie udowadnia jednak, że w grze pojedynczej nadal potrafi być bardzo groźny.
– To wielka ekscytacja! Nigdy wcześniej nie grałem w Szczecinie w turnieju głównym, a to przecież jeden z najlepszych Challengerów na świecie. Bardzo się cieszę. Tak naprawdę przygotowania do kolejnego spotkania zaczynam już teraz – czas na masaż i rozciąganie. We wtorek walczymy dalej. Mam nadzieję, że na trybunach pojawi się jeszcze więcej kibiców. Nie mogę się już doczekać tego meczu – mówił 22-latek z Trójmiasta.
Tegoroczny występ Pieczonki ma dodatkowy kontekst. Jeszcze kilka dni przed rozpoczęciem Invest in Szczecin Open jego udział w turnieju nie był oczywisty. Po powrocie z Nowego Jorku zmagał się z lekkim zapaleniem płuc i przez kilka dni całkowicie zrezygnował z treningów.
Mimo przerwy w niedzielę pokonał 347. zawodnika rankingu ATP Carlosa Sancheza Jovera 7:5, 6:3, a dzień później dołożył drugie zwycięstwo. Dzika karta do eliminacji zamieniła się więc w miejsce w głównej drabince.
Teraz zamiast kolejnego meczu o awans czeka go już rywalizacja w turnieju głównym Invest in Szczecin Open. Pieczonka wróci na kort we wtorek.








