- Reklama -
CLOCHEE BANER PODMIEN

Michał Marczewski: moda to rzemiosło

Strona głównaStyl życiaModaMichał Marczewski: moda to rzemiosło

Musisz przeczytać

– Reklama –

baner_prestiz_400x400px

– W modzie najpierw trzeba nauczyć się zasad, żeby później świadomie je łamać – mówi Michał Marczewski, szczeciński projektant od lat związany z Berlinem. O szczęściu do ludzi, czego zazdrości Joannie Przetakiewicz, a także o tym, dlaczego Szczecin ciągle udaje glamour – przeczytacie w kontrowersyjnym wywiadzie dla Prestiżu.

Dzisiaj kojarzysz się przede wszystkim z Berlinem, ale wszystko zaczęło się w Szczecinie. Czy pamiętasz moment, w którym pomyślałeś: „chcę projektować modę”?

Nie było przełomowego momentu, nie przypisywałbym też sztywno początków do Szczecina. Tu powstała zupełnie pierwsza kolekcja, ale to Olga Bończyk w Warszawie zwróciła uwagę na moje projekty, nosiła je na scenie Ewa Farna czy pisarka Magda Parys w Berlinie. Z perspektywy czasu wiem jednak jedno – miałem szczęście do ludzi. Nie wierzę w opowieści o człowieku, który wszystko osiągnął całkowicie sam.

Dziś prowadzisz showroom w Berlinie i ponownie otwierasz tam butik. Jak wygląda Twoja marka od środka?

Jest bardzo kameralna. Mam jedną pracownię, showroom przy Kurfürstendamm dostępny wyłącznie po wcześniejszym umówieniu oraz przygotowuję otwarcie butiku w prestiżowej okolicy. Marczewski nie jest marką nastawioną na masową sprzedaż, chociaż chciałbym kiedyś kupić sobie defendera i parkować go w drzwiach knajpy (śmiech). Od niedawna szyjemy dwie regularne kolekcje w roku – wiosna–lato oraz jesień–zima. Oprócz tego funkcjonuje linia Atelier, w której powstają pojedyncze projekty szyte na miarę oraz krótkie kolekcje do 18-20 looków. Cyrk objazdowy z jedną kolekcją przez cały rok od konkursu do pokazu „do kotleta” nigdy mnie nie przekonywał. Pracuję z czterema krawcowymi i trzema hafciarkami. Cenię rodzime rzemiosło, lubię strefę komfortu i nie działa na mnie pitolenie mędrców z tiktoka – od lat otaczają mnie Ci sami ludzie – od dostawców tkanin do fotografów.

MICHAŁ MARCZEWSKI UBRANIA VERSACE KADEWE BERLIN FOT. FILIP KACALSKI

W Niemczech wiele osób sugerowało Ci zmianę nazwy marki na bardziej „międzynarodową”. Nigdy się na to nie zdecydowałeś.

Nie. I nigdy tego nie zrobię. Od początku słyszałem, że z angielską albo niemiecką nazwą będzie łatwiej. Że nazwisko Marczewski jest trudne do wymówienia, zbyt polskie, zbyt egzotyczne. Być może rzeczywiście przez to tracę część klientów już na starcie, ale nie ukrywam swojej tożsamości.

Na zewnątrz sukces wygląda efektownie. Jak wyglądał od środka?

Były kolekcje, które sprzedały się świetnie, ale były też takie, które nie sprzedały się prawie wcale. To chyba najtrudniejszy moment dla projektanta. Inwestujesz ogromne pieniądze i miesiące pracy, a później okazuje się, że rynek nie odpowiada tak, jak się spodziewałeś. Przez wiele lat utrzymywałem się z różnych zajęć. Projektowałem wnętrza, wykładałem towar w sklepach po nocach, sprzątałem sklepy. Nie budowałem mitu cierpiącego artysty.

Powiedziałeś kiedyś, że w modzie najpierw trzeba nauczyć się zasad, żeby później świadomie je łamać. Kiedy to zrozumiałeś?

– Reklama –

spot_img

Bardzo późno. Wpajały mi to krawcowe, z którymi pracowałem. To one od pierwszego dnia powtarzały mi jedno: najpierw musisz zrozumieć konstrukcję ubrania, jak tkanina pracuje na ciele kobiety.

Dzisiaj często zachwycamy się modą konceptualną, dekonstrukcją i eksperymentami. Co o tym myślisz?

Początkujący często chce od razu szokować formą – zrobić coś nietypowego, oderwać rękaw, zmienić proporcje, stworzyć coś, czego wcześniej nie było. I oczywiście, to też jest część procesu nauki i wyrażania siebie. Musi być jednak od początku przestrzeń na takie projekty w kolekcji, które zarabiają lub chociaż jest szansa, że zarobią. W dobie zero waste nie przekonują mnie już rozpasane asymetryczne krynoliny bez powodu.

Nie skończyłeś szkoły projektowania mody. Czy kiedykolwiek czułeś z tego powodu jakiś brak albo kompleksy?

Nigdy. Oczywiście szkoły mody są potrzebne, ale powinny uczyć nie tylko całego warsztatu, ale też biznesu, marketingu. Ja miałem też zwyczajnie inną drogę i od początku zderzenie z rynkiem. Nikt na mnie nie czekał, bo i po co. Jestem dość prosty, ale jednak jakoś wrażliwy na różne niefajne rzeczy i do końca życia zapamiętam koncert Renaty Przemyk na zakończenie szczecińskiej imprezy tenisowej. 1/3 gości zasłuchana w absolutnie fantastycznym koncercie, a reszta namiotu obrócona tyłem i skupiona na kiełbasie, bo piwko od sponsora już dobrze weszło. Dlatego jak pokaz to na moich zasadach – czego absolutnie każdemu projektantowi życzę. Generalnie jest dużo fajnych młodych ludzi robiących małe, ale inspirujące rzeczy. Szkoda, że nie ma systemu ich wspierania, nawet lokalnie.

Szczecin ciągle udaje glamour, my Szczecinianie udajemy, że zaszczane ulice w centrum nie śmierdzą jak na nich zaparkujemy luksusowe auto, że jest ok konsekwentne zabijanie tkanki miasta (likwidacja punktów gastro i straganów na rzecz pustych alejek za miliony), że koszmarne mrówkowce rosnące na nabrzeżu to architektura, że lepiej mieć w ZbiLK-u pustostany za chore czynsze zamiast zejść na ziemię i młodym przedsiębiorczym ludziom umożliwić tworzenie galerii, kawiarni… Realia? Za wydarzenie towarzyskie sezonu robi kolejne otwarcie salonu samochodowego.

Czego Twoim zdaniem najbardziej brakuje w edukacji młodych projektantów?

Jak absolwenci przychodzą do tych samych pracowni, z którymi ja też pracuję, to widzę, że nie potrafią dobrze rysować odręcznie, nie potrafią rozmawiać z krawcowymi, wykroić przykładowego elementu i upiąć, żeby coś wytłumaczyć, a praca ze szwalnią wymaga szybkich szkiców i znajomości konstrukcji do poprawek. Najlepszy tablet i programy nie zastąpią rysunków na papierze i nożyczek podczas omawiania z zespołem. I często po nieudanej komercyjnie kolekcji – projektanci znikają z rynku. Bo brakuje im grubej skóry, cierpliwości, pokory (często zrażają do siebie zespół, bo nie słuchają). A tu niestety trzeba robić swoje nawet jak nikt cię nie chce, albo ma zwyczajnie za nic. Prosty przykład: przyniosłem kiedyś dla studentów Akademii Sztuki zaproszenia na mój pokaz-miejsca w pierwszym rzędzie, wejście na backstage, a zostałem zbyty natychmiast i wręcz wyproszony. O żenującym finale obiecanej współpracy ze szczecińską filharmonią się nie rozwinę. Fajny byłem jak dawałem sukienki za darmo, ale jak upomniałem się o rewanż to wszyscy nabrali wody w usta, a jak pisnąłem słówko nawet na prywatnym profilu na Facebook-u, to dostawałem wiadomości od „skasuj to lepiej” po „nie przypominamy sobie o takiej umowie”. Na zachodzie nie jest różowo, ale to tam człowiek czuje chęć współpracy czy choćby ciekawość drugiej osoby na każdym kroku.

Powiedziałeś kiedyś, że w Polsce modę często wykładają osoby, które same nie prowadzą własnych marek. Czy uważasz, że to problem?

– Wydaje mi się, że modę-podobnie jak w Londynie czy Paryżu, Mediolanie – wykładać powinni też uznani właściciele marek i projektanci. Nie tylko projektanci-artyści, ale też osoby z realnym sukcesem. Problem w tym, że mamy ich w Polsce garstkę. Może 10 metek, które odnoszą prawdziwe sukcesy w branży i zbliżają się do miana „domu mody”. Zazdroszczę uporu i konsekwencji Joannie Przetakiewicz (LaMania), wyczucia stylu Annie Kuczyńskiej i Lidii Kality czy Łukaszowi Jemiołowi, który robi chyba najładniejszy casual w Polsce. Lokalnie cenię sobie konsekwencję Darii Salamon – Fanfaronady – nie moja estetyka, ale jaki sukces komercyjny.

– Reklama –

spot_img

Czy po ponad dwudziestu latach pracy projektujesz dziś inaczej niż na początku swojej drogi?

Zdecydowanie jedną z największych rzeczy, jakie dało mi doświadczenie – zaczynasz mniej myśleć o tym, nie żeby coś udowodnić, a bardziej o tym, żeby stworzyć coś wygodnego dla drugiego człowieka. Jak jeszcze to jest ładne i nie jest kopią stylówki z sieciówki – to fanfary.

Przez wiele lat byłeś kojarzony przede wszystkim z sukniami koktajlowymi i wieczorowymi. Tymczasem w nowej kolekcji pojawia się dużo spodni, marynarek i garniturów. Co sprawiło, że poszedłeś w tę stronę?

Przez bardzo długi czas byłem przekonany, że nigdy nie będę projektował spodni. Dzisiaj trochę się z tego śmieję, bo okazało się, że stworzenie naprawdę dobrych spodni jest ogromnym wyzwaniem. W najnowszej kolekcji spodnie, marynarki, kamizelki i koszule zajmują bardzo ważne miejsce. I co ciekawe – właśnie te rzeczy często najszybciej się sprzedają.

Czyli można powiedzieć, że zacząłeś bardziej słuchać swoich klientek?

Po pandemii tylko to mi pozostało, dostosować się do rynku. Przez lata słyszałem pytania: „A będą kiedyś garnitury?”, „A dlaczego nie ma koszul?”. I za każdym razem odpowiadałem, że to nie jest kierunek dla mnie. Kiedy jednak nikt nie potrzebuje już twoich sukni z trenem to projektujesz marynarkę, która będzie wygodna na home office i na spacer, nie ma co obstawać przy cekinach.

Kiedy poczułeś, że ta zmiana była dobrym kierunkiem?

Eksploruję dla mnie nowy teren, jak się nie sprawdzę to może otworzę ciuchbudę. Na początek w końcu towar będę miał własny…

Czy uważasz, że nawet najbardziej awangardowa moda powinna mieć w sobie element użytkowości?

Moim zdaniem tak, ale to osobista opinia, nie jestem wyrocznią. Oczywiście nie oznacza to, że każda rzecz musi być zaprojektowana po to, żeby wyjść w niej na zakupy czy do pracy. Moda ma też swoją przestrzeń eksperymentu. Rozumiem pokazy, które są bardziej spektaklem niż klasyczną prezentacją ubrań. Rozumiem instalacje, performance, projekty konceptualne – to wszystko jest potrzebne.

Wielu projektantów mody mówi o swojej pracy jako o sztuce. Ty jednak bardzo wyraźnie odcinasz się od takiego określenia. Dlaczego?

Dla mnie artysta to ktoś, kto tworzy z innego miejsca – chce przekazać pewną myśl, opowiedzieć o świecie, poruszyć emocje, zostawić po sobie jakiś ślad. W sztuce często najważniejszy jest właśnie przekaz, jakaś potrzeba misyjności. Ja robię ubrania, przynoszę ładne sweterki, nie katharsis. Oczywiście robię to z potrzeby estetyki. Modzie bliżej do polityki jak sztuki – kolekcja może komentować nastroje społeczne, mistrzami byli zawsze w tym Westwood i McQueen.

A jaka jest Twoja misja jako projektanta?

Dzisiaj? Nie mam misji, mam cel. Zarobić na styczniowy pokaz na tygodniu mody. Koszty są potworne, ale dobry pokaz to najlepszy PR.

Wielu osobom może być trudno zgodzić się z takim podejściem. W końcu moda często jest postrzegana jako dziedzina sztuki.

Oczywiście rozumiem, że wiele osób może patrzeć na to inaczej, dla mnie to tylko rzemiosło. Może być bliskie mistrzowskiego wykonania jak Haute Couture, ale to jest rzemiosło. I dla mnie to nie jest nic mniej wartościowego. Wręcz przeciwnie.

Jaka jest najbardziej wymagająca kreacja, którą stworzyłeś w swojej karierze?

Bez wątpienia suknia balowa, którą przygotowaliśmy dla klientki ze Szwecji. Praca nad nią trwała wiele miesięcy. Powstała z jedwabnego szantungu i była w całości ręcznie wyszywana drobnymi kryształkami oraz złotymi koralikami. Największym wyzwaniem nie było samo wyszywanie, ale precyzja wykonania. Łącznie przy tej kreacji spędziliśmy około 1200–1400 godzin pracy.

Żyjemy w czasach, kiedy niemal wszystko można kupić od ręki. Czy Twoim zdaniem ludzie nadal potrafią docenić ręczne wykonanie?

Myślę, że dzisiaj nawet bardziej niż kiedyś. Mam wrażenie, że jesteśmy już trochę zmęczeni masowością. Dlatego coraz więcej osób szuka czegoś, co rzeczywiście zostało stworzone z myślą o nich. Personalizacja przez naszycie inicjałów klientki to już za mało. Oczywiście wiele osób teraz otwiera pracownie i udaje oryginalność proponując kolejną koronkową mini, którą można kupić w co drugiej sieciówce. No cóż. Nie jestem aż tak wyrachowany, żeby zanieść krawcowej foto kiecki i rzucić – „pani Krysiu, taką mi pani uszyje tylko tu pani coś zmieni”.

Zdarza się, że klientka przychodzi ze zdjęciem sukni znanej marki i mówi: „Chcę dokładnie taką”?

Tak i wtedy po prostu odmawiam. Jeżeli ktoś przychodzi do mnie ze zdjęciem czyjegoś projektu, to polecam dobrą krawcową. Projektant jest od proponowania własnej wizji.

Twoje klientki często zamawiają projekty szyte wyłącznie dla siebie. Co dzisiaj oznacza prawdziwy luksus?

Jeżeli klientka wybiera model z linii Atelier, szyjemy go od początku na jej miarę. Dopasowujemy proporcje, konstrukcję, czasem zmieniamy detale czy tkaninę, ale cały czas pozostaje to mój projekt. Są też osoby, które decydują się na tzw. exclusivity. To znaczy, że kupują model z pokazu na wyłączność.

W Polsce wciąż rzadko patrzymy na ubrania jak na przedmioty kolekcjonerskie.

To prawda. U nas to dopiero raczkuje. Takie rzeczy normalnie zmieniają właścicieli i często są warte więcej niż w dniu, kiedy zostały kupione. I nie chodzi wyłącznie o nazwę na metce. Kiedy oglądam stare kolekcje Diora czy Yves Saint Laurenta, doskonale rozumiem, skąd biorą się ich ceny. Tam naprawdę widać ilość pracy, kunszt i jakość wykonania. To trochę jak ze znanymi meblami czy starymi autami.

Co najbardziej robi na Tobie wrażenie, kiedy oglądasz z bliska kolekcje największych domów mody?

Najbardziej imponuje mi marża na t-shirtach szytych za kilka, a sprzedawanych za kilkaset euro, produkowanych w setkach egzemplarzy. A bardziej na serio – widząc czasem zaplecze techniczne wielkich marek – otwieram oczy szerzej, bo to już nie są szwalnie, to są laboratoria mody.

Przez lata mówiło się, że to projektanci dyktują trendy. Nadal tak jest?

Mam wrażenie, że już nie. Dzisiaj bardzo często to ulica inspiruje projektantów, a nie odwrotnie. Sam łapię się na tym, że siedzę w kawiarni w Berlinie, patrzę na dziewczynę, która przechodzi obok i myślę: „To jest świetnie zestawione”. Nie dlatego, że ma na sobie drogie ubrania, tylko dlatego, że zrobiła coś po swojemu.

Oczywiście nie kopiuję takich stylizacji. Bardziej próbuję zrozumieć, co mnie w nich zainteresowało, i później przełożyć to na własny język projektowania.

Przez ponad dwadzieścia lat obserwujesz kobiety i ich styl. Co najbardziej się zmieniło?

Myślę, że przede wszystkim kobiety coraz częściej ubierają się przede wszystkim dla siebie. To nie znaczy, że elegancja przestała być ważna. Po prostu wygoda przestała być czymś, czego trzeba się wstydzić. Te wszystkie instagramowe konta sprzedające setny raz wizję panny w wielkim kapeluszu i niebotycznych szpilkach i wytaliowanej sukni na placu w Rzymie – to jakaś parodia trącącą myszką lub marzenie kołcza z manosfery. Tzn. jak ktoś chce – to ok, ale ja jestem w drużynie Petera Lindbergha i Bruce Webera – kobiety na ich zdjęciach emanują wewnętrzną siłą, a nie kostiumem do sesji.

To znaczy, że dzisiaj w modzie jest po prostu więcej wolności?

Tak. Nie ma już jednej słusznej definicji elegancji czy dobrego stylu. Myślę, że właśnie na tym polega największa zmiana ostatnich lat. Moda stała się znacznie bardziej demokratyczna. To już nie projektanci mają ostatnie słowo – mają je ludzie, którzy te ubrania noszą.

Nadal uważasz, że Polki wyróżniają się stylem na tle innych Europejek?

Szczerze? Nie. Mam wrażenie, że to już trochę mit, który został z dawnych lat. Tak samo jak opowieści o zaniedbanych Niemkach czy przesadnie wystylizowanych Japonkach. Świat bardzo się zmienił. Dzisiaj wszyscy inspirujemy się nawzajem. Podróżujemy, oglądamy te same kolekcje, korzystamy z tych samych mediów społecznościowych.

A kiedy odkładasz pracę na bok, co daje Ci najwięcej przyjemności?

Chyba najprostsze rzeczy. Lubię dobrze zjeść, spotkać się z ludźmi, usiąść przy stole i rozmawiać. Takie zwyczajne momenty są mi potrzebne tak samo jak weekendowe odreagowanie- berlińska scena klubowa to jedna wielka inspiracja.

Poza modą jest jeszcze coś, co daje Ci podobną satysfakcję?

Tak. Rysowanie. Każdą wolną chwilę w samotności spędzam nad szkicownikiem. To nie jest coś, co chciałbym pokazywać szeroko światu. Po prostu sprawia mi to przyjemność. Tylko miejsca w szufladach ubywa.

– Reklama –

clochee1000x100

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
baner_prestiz_400x400px

Musisz przeczytać