- Reklama -
CLOCHEE BANER PODMIEN

Darek Startek: Najbardziej pociąga mnie to, czego jeszcze nie znam

Strona głównaStyl życiaLudzieDarek Startek: Najbardziej pociąga mnie to, czego jeszcze nie znam

Musisz przeczytać

– Reklama –

baner_prestiz_400x400px

Koncert miał rozpocząć się za dwie godziny. Artyści byli już prawie w komplecie, ale jednego muzyka wciąż brakowało. Okazało się, że siedzi zatrzymany na stacji Szczecin-Gumieńce, bo jako Japończyk mieszkający w Stanach Zjednoczonych nie miał odpowiedniej wizy na wjazd do Polski. Dziś taka historia brzmi niewiarygodnie, ale w latach 90. organizowanie koncertów zagranicznych artystów wymagało nie tylko pasji, ale też cierpliwości, kontaktów i umiejętności improwizacji. Ostatecznie muzyk dotarł na scenę. Koncert się odbył. Tak wyglądała rzeczywistość, w której Darek Startek przez lata budował muzyczną mapę Szczecina.

Dla wielu osób stał się przewodnikiem po świecie dźwięków. To dzięki jego koncertom szczecińska publiczność poznawała artystów jazzowych, muzyków eksperymentujących, twórców world music i wykonawców, którzy często dopiero później zdobywali międzynarodową popularność. Ma na koncie dużo ponad 250 koncertów, m.in. takich artystów jak: Sinead O’Connor, Morcheeba, Herbie Hancock, Mulatu Astatke, Pat Metheny, Chick Corea, Gentleman, Gotan Project, Hugh Laurie (Dr House), Kronos Quartet , Marcus Miller, Nigel Kennedy, Hypnotic Bras Ensemble. UK Subs, Sofa Surfers.

Zaczynał w legendarnym Pinokiu, później organizował koncerty, między innymi w Teatrze Kana i na Zamku Książąt Pomorskich. Dziś w sklepie winylowym przy ul. Jagiellońskiej nadal szuka muzyki, która wymyka się oczywistym wyborom, zmieniając to miejsce, od czasu do czasu, w salkę koncertową.

Z Darkiem rozmawiamy o czasach, gdy kontakt do artysty zdobywało się przez telefon i wizytówkę, o legendarnym koncercie Miłości z Lesterem Bowiem, o spotkaniach z Cesárią Évorą, Bilalem i Robertem Glasperem oraz o tym, dlaczego po tylu latach wciąż najbardziej interesuje go to, czego jeszcze nie zna.

W twojej działalności cały czas powtarza się jeden motyw: szukanie rzeczy nieoczywistych.

Tak. Zawsze bardziej interesowało mnie to, czego jeszcze nie znam. Niektórzy wolą poruszać się po bezpiecznym terenie – po muzyce, którą już znają, po artystach, którzy są sprawdzeni. Mnie zawsze ciągnęło do rzeczy nowych. Do muzyki, której jeszcze nie potrafię do końca nazwać. Do zespołów, o których niewiele osób słyszało. Może dlatego nigdy nie myślałem o sobie jako o kimś, kto wie lepiej. To nie jest kwestia skromności. Po prostu muzyka jest zbyt ogromnym światem, żeby uważać się za osobę, która ma wszystkie odpowiedzi.

W latach 90. kiedy zaczynałeś było chyba też łatwiej ryzykować?

Tak, bo wszystko było nowe. Oczywiście nie mówię, że teraz jest źle. Nadal dzieje się bardzo dużo ciekawych rzeczy, a dzięki Internetowi można dotrzeć do muzyki z całego świata. Ale wtedy mieliśmy jeszcze poczucie odkrywania.

Pamiętam, że to była ostatnia taka epoka, kiedy można było mocno identyfikować się z artystami. Kiedy pojawiała się muzyka, która dla całych pokoleń była czymś więcej niż tylko rozrywką.

Chyba dlatego, że XX wiek przyniósł ogromną zmianę – kultura stała się masowa. Muzyka, film, literatura zaczęły docierać do milionów ludzi. Ponadto ci najważniejsi artyści nie byli produktami. Na przykład Kurt Cobain czy Jimi Hendrix byli częścią popkultury, ale jednocześnie byli twórcami, którzy wyprzedzali swoje czasy.

– Reklama –

spot_img

Które koncerty z tamtego okresu, szczególnie zostały ci w głowie?

Jeden z takich koncertów to Miłość z Lesterem Bowiem. I to się ciekawie składa, bo minęło od tego wydarzenia dokładnie 30 lat – koncert odbył się w 1996 roku. To było niezwykłe połączenie. Młody polski zespół, który był wtedy jeszcze na dorobku, po dwóch pierwszych płytach, zaprosił muzyka z legendarnego Art Ensemble of Chicago, formacji, która zmieniała jazz już od lat 60. Dla mnie to było wydarzenie wyjątkowe, bo pokazywało, że młodzi polscy muzycy mogą wejść w dialog z legendą światowej muzyki. Do Pinokia przyszło wtedy bardzo dużo ludzi. Nie wiem, czy było ich dziewięćset, czy tysiąc, ale było naprawdę tłumnie. Przyszli ludzie, którzy chcieli zobaczyć coś innego. Nie dlatego, że była to muzyka popularna, ale dlatego, że czuli, że dzieje się coś ważnego. Pamiętam też, że na koncert przyszedł Paweł Bartnik, który był wtedy wiceprezydentem miasta do spraw kultury. To było naturalne. Nie chodziło o obecność dlatego, że ktoś miał obowiązek albo chciał się pokazać. Ludzie przychodzili, bo byli ciekawi. Sam koncert był absolutnie spektakularny. Tymon Tymański wystąpił ubrany w rajtuzy, z elementami baletowej choreografii. Trudno było to przewidzieć, ale właśnie takie rzeczy tworzyły atmosferę tamtych wydarzeń. Muzycznie to był świetny koncert.

To były też czasy, kiedy koncerty dokumentowaliście inaczej niż dziś.

Tak. Nagrywaliśmy prawie każdy koncert. Szczególnie zagranicznych wykonawców, jeśli wyrażali zgodę. Nie myśleliśmy wtedy o wydawaniu tych nagrań. Chodziło bardziej o to, żeby móc jeszcze raz do tego wrócić, posłuchać i przeżyć ten koncert. Później okazało się, że niektóre nagrania zaczęły żyć własnym życiem. (śmiech) Dowiedziałem się po latach, że włoski wydawca specjalizujący się w niszowej muzyce wydał na winylu materiał z jednego z naszych koncertów. Dotarli do technika, który wtedy nagrywał wydarzenie. Oczywiście było to wydane bez naszej wiedzy, ale jednocześnie było to świadectwo, że ta muzyka miała znaczenie. Że ktoś uznał, iż warto ją zachować.

W tamtym czasie tego rodzaju koncerty odbywały się stosunkowo często.

Tak, praktycznie co tydzień. Pamiętam, że graliśmy wyłącznie w poniedziałki. To było niesamowite, bo ludzie przychodzili w tygodniu słuchać muzyki, która przecież nie była mainstreamowa.

Działały dwa elementy. Po pierwsze, ludzie byli głodni nowych rzeczy. Po drugie, tych wydarzeń ogólnie było bardzo mało. Jeżeli pojawiało się coś naprawdę interesującego, publiczność chciała to zobaczyć. To był moment, kiedy świat zaczął się otwierać i nagle można było spotkać artystów, którzy wcześniej byli dla nas praktycznie niedostępni.

DAREK STARTEK I OMARA PORTUONDO

Po tych wszystkich latach w Pinokiu i później w Kanie przyszedł moment, kiedy zacząłeś robić większe koncerty, pn. nazwą Szczecin Music Fest. Jak do tego doszło?

To też nie była jedna decyzja. Raczej pewien proces. Na początku lat dwutysięcznych pomyślałem, że można spróbować wyjść z koncertami w większe przestrzenie. Jednym z takich momentów był koncert Ala Di Meoli na Zamku Książąt Pomorskich. To był artysta, którego wcześniej w Szczecinie oczywiście nie było. Kojarzyłem go przede wszystkim ze słynnego tria gitarowego z Paco de Lucíą i Johnem McLaughlinem. : Ich płyta „Friday Night in San Francisco”do dziś jest absolutnym klasykiem.

Zaczęliśmy odważniej planować koncerty i tworzyć taką własną listę artystów, których chcielibyśmy pokazać. Ale nie celowaliśmy w gwiazdy stadionowe. Bardziej interesowała nas muzyka związana z jazzem, muzyką świata, artystami, którzy mieli coś wyjątkowego do powiedzenia. Dużo dały mi wyjazdy na Womex – targi i wydarzenie showcase’owe poświęcone muzyce świata. To było miejsce, gdzie można było zobaczyć rzeczy bardzo różne: folk, muzykę etniczną, jazz z inspiracjami kulturowymi, flamenco. Czasami trudno nawet powiedzieć, gdzie przebiega granica między tymi gatunkami.

– Reklama –

spot_img

Jedną z takich wymarzonych artystek była Cesária Évora.

Tak. Pamiętam, że jej płyta koncertowa z paryskiej Olimpii zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Najbardziej zapamiętałem to, że koncert zaczynał się kilkuminutowymi brawami. Zazwyczaj artysta dostaje owację na koniec, a tutaj publiczność już przed pierwszym dźwiękiem pokazywała, jak bardzo jest dla niej ważna. Pomyślałem wtedy: kim jest ta kobieta? Skąd się bierze takie zjawisko? To był koniec lat 90., początek dwutysięcznych. Kilka lat później udało się zrobić jej koncert w Szczecinie.

Pamiętam, że kiedy próbowałem załatwić ten koncert, na targach Womex do agentki reprezentującej Cesárię była ogromna kolejka. Pomyślałem wtedy: co ja właściwie mam powiedzieć? Ale mieliśmy szczęście, bo Polska była dla nich ciekawym rynkiem. Cesária grała już w wielu miejscach na świecie, ale w Polsce jeszcze nie. I tak zaczęła się współpraca, która trwała aż do śmierci artystki.

Były też koncerty związane z muzyką kubańską.

Tak, pracowaliśmy z zespołem Septeto Nacional. To grupa, która istnieje do dziś i jest związana z tradycyjną muzyką kubańską – sonem. To był czas ogromnej popularności filmu „Buena Vista Social Club” i całej tej fali zainteresowania muzyką kubańską. Świadomie próbowaliśmy pokazać tę muzykę właśnie w tym duchu, bo Septeto Nacional grało ten sam rodzaj muzyki, który wtedy zachwycił ludzi na całym świecie. Zrobiliśmy koncert w Szczecinie, ale później również wiele innych koncertów – nie tylko w Polsce. Byliśmy z nimi w Europie, a nawet poza nią, między innymi na festiwalu w Emiratach. To był przykład tego, że jeśli coś jest dobrze przygotowane i trafia w odpowiedni moment, może żyć dużo szerzej niż tylko przez jeden koncert.

Przy okazji tych koncertów pojawia się też bardzo ciekawy temat: spotkania z artystami poza sceną. Wspominałam Ci moją historię z Bilalem po jego koncercie w Szczecinie, który zorganizowałeś. To było dla mnie jedno z takich spotkań, które pokazują, że artyści światowego formatu poza sceną są po prostu ludźmi. Przyjechał wtedy do mnie przyjaciel z Warszawy, który był większym fanem Bilala niż ja. Umówiliśmy się, że zabiorę go na koncert Bilala w Szczecinie, a on później zabierze mnie na specjalny koncert Jacka White’a w Krakowie. Koncert Bilala był świetny. Później, dzięki temu, że udało się spotkać z nim i jednym z jego muzyków, trafiliśmy na rozmowę już poza sceną. Siedzieliśmy w nocy obok zamku, rozmawialiśmy, zapaliliśmy wspólnie jointa. To była zupełnie spontaniczna sytuacja, bardziej przypominająca spotkanie znajomych niż kontakt z artystą, którego zna się z płyt. Najbardziej zapamiętałam właśnie to, że za nazwiskiem, karierą i wielką sceną byli normalni, ciekawi ludzie. Bilal okazał się kimś bardzo otwartym, z kim można było po prostu porozmawiać. I się pośmiać.

To o czym mówisz jest charakterystyczne dla tej muzyki. Szczególnie scena neo-soulowa ma taką atmosferę. Muzycy często się znają, wspierają, współpracują ze sobą. Bilal jest trochę takim przykładem artysty, który może nie przebił się w Polsce tak mocno jak w Stanach, ale w swoim środowisku jest postacią niezwykle cenioną. Podobna historia wydarzyła się przy okazji koncertu Roberta Glaspera i jego formacji Experiment na dziedzińcu zamkowym. Po koncercie noc była za krótka (śmiech) Muzycy zostali dłużej, spotykali się z ludźmi, a następnego dnia okazało się, że część z nich jeszcze nie zdążyła wrócić do hotelu. To też pokazuje charakter tych artystów – mimo ogromnego dorobku nie budują wokół siebie muru. Glasper to zresztą przykład muzyka, który połączył wiele światów: jazz, hip-hop, soul. Jego współpracownicy, to wybitne postacie. Tak było choćby z Caseyem Benjaminem – saksofonistą Roberta Glaspera. W Stanach był muzykiem rozpoznawalnym, współpracującym z najważniejszymi artystami sceny, choć w Polsce wiele osób mogło nie znać jego nazwiska.

Dziś nadal robisz koncerty, ale w zupełnie innej skali – w niewielkiej przestrzeni przy ulicy Jagiellońskiej. To miejsce ma swój charakter.

Mówimy czasem, że to jest trochę „norka” (śmiech) Trochę za duża jak na sklep płytowy, a trochę za mała jak na klub koncertowy. Ale właśnie dzięki temu jest tam atmosfera. Muzyka jest bardzo blisko ludzi. Niektórym podoba się to, że jest ciasno, że dźwięk wypełnia całe pomieszczenie. Czasami trudno oddychać, ale oddycha się wtedy tą atmosferą. Nie myślałem, że uda się utrzymać taki poziom przez tyle lat. Na początku to był eksperyment. A później zaczęło nabierać tempa.

Nie brakuje Ci większej przestrzeni?

Robiłem koncerty w bardzo różnych miejscach. Oczywiście, że można sobie wyobrażać większy klub. Ale trzeba patrzeć realnie. W Szczecinie trudno byłoby utrzymać miejsce na 200 osób tylko dzięki ambitnej ofercie artystycznej. To nie działa tak, że wystarczy mieć dobry pomysł i wszystko samo się wydarzy. Trzeba brać pod uwagę realia. I może właśnie ta forma jest dobra.

Masz poczucie, że przez te wszystkie lata zrobiłeś coś ważnego dla Szczecina?

Nie myślę o tym w kategoriach misji. Jeśli coś jest twoją pasją, jeśli naprawdę cię interesuje, to robisz to dlatego, że daje ci radość. Najważniejsze jest to uczucie: „tego jeszcze nie było, spróbujmy”. Oczywiście jestem już w takim wieku, że potrafię docenić, że to nadal działa. Że po tylu latach dalej mnie to kręci.

A jak patrzysz na miejsce kultury w mieście? Czy artyści i organizatorzy są wystarczająco doceniani?

To jest trudny temat. Myślę, że problemem jest brak pewnych stałych zasad dotyczących kultury. Jeżeli wszystko zależy od aktualnych ekip i zmian politycznych, zawsze będzie to powodowało niepewność. Kultura powinna być traktowana jako coś ważnego dla społeczności, nie jako dodatek. To, co dzieje się teraz 0 próba rozmowy o tym, jakie miejsce kultura ma zajmować w mieście – jest bardzo ważne. Bo kultura to wolność. To coś, co zostaje po nas dla kolejnych pokoleń.

Czego ostatnio słuchasz?

Cały czas eksploruję. Teraz wracam do Tony’ego Allena i afrobeatów. To muzyka, która się nie starzeje. Interesuje mnie zarówno klasyka lat 70., jak i współczesne rzeczy inspirowane tym nurtem. Mam też nową fascynację — muzykę garażową z pierwszej połowy lat 60. To niesamowite, ile tam jest rzeczy do odkrycia. Były zespoły, które nagrały jeden singiel i zniknęły, ale po 60 latach nadal brzmią świeżo. Są też rzeczy zupełnie współczesne.

Byłem niedawno na koncercie Idles, to koncertowe zwierzaki, a w składzie tego punkowego zespołu jazzowy saksofonista Colin Webster. Inna sceniczna petarda to Viagra Boys. Ale największe wrażenie zrobił na mnie David Byrne. Zjawisko, klasa sama w sobie, piękny i mądry spektakl. Artysta, który od kilku dekad jest symbolem muzyki alternatywnej jest obecnie w życiowej formie! Najwyższa rekomendacja.

Kiedy kolejny koncert?

W październiku zaczynamy koncerty przy Jagiellońskiej, we współpracy z Fundacją Generator Sztuki. Pierwszym wydarzeniem będzie koncert Piotra Damasiewicza – wybitnego polskiego trębacza – z hinduskim muzykiem grającym na tabli. Potem kolejne plany. Będziemy je ogłaszać.

Czekamy. Dziękuję za rozmowę.

– Reklama –

clochee1000x100

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
baner_prestiz_400x400px

Musisz przeczytać