Lekarze kontra „uzdrowiciele”

Kilka miesięcy temu Okręgowa Izba Lekarska w Szczecinie oficjalnie wypowiedziała wojnę znachorom, pseudolekarzom i medycznym szarlatanom w Polsce. Do premiera i minister zdrowia trafił specjalny list- apel w tej sprawie. Lekarze zwrócili się w nim o interwencję i zrobienie porządku z „wszelkiego rodzaju naturopatami, znachorami, uzdrowicielami”, którzy nie leczą, a szkodzą pacjentom. Dlaczego rozpoczęto krucjatę przeciwko pseudomedykom, jaki jest odzew na apel OIL, jak zareagował premier i ministra zdrowia oraz jak walczyć ze znachorstwem – mówi dr Michał Bulsa, prezes szczecińskiej Okręgowej Rady Lekarskiej.

Dlaczego akurat Szczecin zabrał głos w tej sprawie? To chyba na wschodzie Polski, a nie w Zachodniopomorskiem jest tak duże skupisko znachorów i uzdrowicieli?

Szczecin zabrał głos, ponieważ zaczęło nas denerwować coraz większe nasilenie tych zjawisk. Ale to nie jest problem, tylko i wyłącznie Szczecina. Osoby, które nie posiadają kwalifikacji do udzielania porad medycznych, a ich udzielają, stały się problemem ogólnopolskim. Dostawaliśmy coraz więcej informacji od lekarzy m.in. przesyłano różnego rodzaju filmiki internetowe na których różne osoby zalecały po prostu rzeczy absurdalne. To spowodowało nasze duże oburzenie i dlatego poprosiliśmy Minister Zdrowia, żeby zajęła się tą sprawą, żeby w końcu uzbroiła Rzecznika Praw Pacjenta w odpowiednie narzędzia prawne do walki z tym zjawiskiem.

Jaki był odzew na apel OIL?

Trochę ze smutkiem odebrałem sytuację, kiedy prosiliśmy samego premiera, żeby się zajął tym problemem, bo uznaliśmy, że jeżeli premier Rzeczypospolitej Polskiej potrafił w tak bohaterski sposób ratować naród przed sławnymi alkotubkami, to stwierdziliśmy, że w przypadku znachorów to też byłby dobry powód, żeby jednak premier się włączył do akcji. No niestety pan premier się nie włączył. Scedował to na Minister Zdrowia.

Co więc będzie się dalej działo w tej sprawie?

Procedowana jest tzw. ustawa „lex szarlatan”. Mam nadzieję, że ona wejdzie w życie i rzecznik praw pacjenta zostanie uzbrojony we wszystkie potrzebne narzędzia, to po pierwsze. Po drugie, mamy nadzieję, że w końcu za przepisem prawnym pójdzie pewna praktyka. Ponieważ mieliśmy w ostatnim czasie pewne spektakularne przypadki znachorstwa np. Oskara D. Stał się on bardzo popularny przez ostatni rok i stał się także bohaterem mediów. Jego działalność była tak szokująca, że powiedzieliśmy „dość i zaczynamy działać w tym temacie” (według prokuratury ma on jedynie wykształcenie gimnazjalne, wcześniej zajmował się handlem częściami samochodowymi, w 2023 roku zarejestrował działalność gospodarczą pod nazwą sugerującą specjalizację medyczną – przyp. aut.).

Czyli te doniesienia medialne były takim „czynnikiem spustowym”?

Stwierdziliśmy, że bierzemy się za temat znachorów, bo nie możemy pozwalać na to, żeby ktoś udzielał porad pseudomedycznych np. dotyczących chorób nowotworowych, zniechęcał pacjentów do diagnostyki, do niesłuchania lekarzy. W przypadku Oskara D., opisywanym m.in. przez Wirtualną Polskę takie poradnictwo skończyło się zgonem pacjentki. My oczywiście nie wiemy, czy gdyby podjęła leczenie, to by przeżyła. Natomiast ilu pacjentów opóźni swoje leczenie przez działania takich znachorów? W przypadku choroby nowotworowej czas ma duże znaczenie. Im wcześniej zmiany chorobowe wykryjemy, tym wcześniej rozpoczniemy leczenie. Po prostu nie ma naszej zgody na działania jakichś szamanów. Nie wyobrażam sobie siedzieć cicho w momencie, kiedy pacjenci mogą umierać, przez ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia o zdrowiu i radzą im jakieś durnoty.

W Polsce zagłębiem znachorstwa jest północno-wschodnia Polska. Wydawałoby się więc logiczne, że właśnie stamtąd powinien pochodzić jakiś mocny sygnał, wezwanie do walki ze znachorstwem. A tymczasem tę krucjatę zainicjował Szczecin.

Obiecałem swoim wyborcom, lekarzom, kiedy starałem się o funkcję prezesa Okręgowej Rady Lekarskiej, że Szczecin będzie słyszalny. Będę podejmował każdy trudny temat, którego inni mogą się bać. Znachorstwo jest trudnym tematem, bo jest on trochę polityczny. Bo są grupy polityczne, które mają w nich duży kapitał wyborców. W związku z tym będę zachowywał pewien symetryzm jako prezes i będę zajmował się również takim tematem i nie będę się bał oceny polityków w tym zakresie.

Kolejna Wasza akcja, którą podjęliście dotyczyła wydawnictw pseudomedycznych kolportowanych w punktach Poczty Polskiej w całym kraju.

Okazało się, że wśród literatury, którą możemy tam znaleźć, są książki I wydawnictwa w których radzi się np. przykładanie okładów z marchwi, żeby uleczyć raka piersi lub dowiadujemy się, że trzeba jeść orzechy, żeby sobie poprawić jakąś inną jednostkę nowotworową. Interweniowaliśmy w tej sprawie, ale niestety, otrzymaliśmy odpowiedź z Poczty Polskiej, że polskie prawo prasowe nie pozwala jej sprawdzać jaka literatura znajduje się na półkach w jej oddziałach. Poprosiliśmy o działanie również Ministerstwo Aktywów Państwowych, bo to ono odpowiada za Pocztę Polską. Czekamy na reakcję. Być może w końcu ministrowie zrozumieją, że są na swoich stanowiskach po to, żeby ratować obywateli i ich zdrowie, a nie tylko po to, żeby być.

Ale nie wynika to też z braku odpowiedniej edukacji?

To kolejna droga, którą trzeba podjąć, czyli właśnie edukacja społeczeństwa. Natomiast to jest już przytyk do pani minister Nowackiej. Bardzo jestem niezadowolony z polityków, że akurat program edukacji zdrowotnej rozbił się o jeden temat seksualizacji i w związku z tym wywaliliśmy cały projekt do kosza. Polski rząd był w stanie w ciągu kilku dni rozwiązać temat alkotubek, a my mówimy o ludziach udzielających pseudomedycznych porad, którzy mają milionowe zasięgi w internecie, którzy mówią np. że wystarczy wziąć patyczek i sobie pomerdać pod noskiem i to spowoduje, że przejdzie zawał serca. Pamiętam osoby, które mówiły, że nie należy robić mammografii, bo ona powoduje raka. Pamiętam znachorów, którzy mówili, że branie chemioterapii zabija, że wystarczy brać suplementy i to spowoduje, że zaawansowana choroba nowotworowa zniknie. Uważam, że jeżeli te osoby posiadają aż taką wybitną wiedzę, to powinni się nią podzielić, zrobić jakieś badania, które pokażę, że ich metody są skuteczne. Sądzę, że dostaną wtedy Nagrodę Nobla i wtedy cały świat medycy uklęknie przed nimi, powie: “dziękujemy, że zostaliśmy oświeceni”. Natomiast nie uzyskaliśmy tego typu twardych dowodów, co powoduje mój duży sceptycyzm do tych teorii. Uważam, że porad medycznych, powinny udzielać osoby do tego odpowiednio wykształcone. Nikt z nas sobie nie wyobraża, żeby porad na temat architektury i konstrukcji, mostu czy budynku wydawał ktoś nie mający wykształcenia w tej dziedzinie. Natomiast w sprawach medycznych uznajemy, że np. inżynier górnictwa, może takie górnolotne tezy wygłaszać. To jest dla mnie nieporozumieniem.

A jak zareagowało środowisko medyczne na Wasze akcje?

Dostaliśmy informację od naszych koleżanek I kolegów, że o to im chodzi. Żeby podkreślać to, że trzeba skończyć z pseudonauką, trzeba skończyć z tym, że takie osoby mają po prostu potężny wpływ na chorych, na pacjentów. My się zajmujemy leczeniem ludzi. Nas nie stać na to, żeby mieć czas nagrywać np. „rolkę” na Facebooka, mieć cały studio nagraniowe, występować i pudrować się do ekranu. My zostaliśmy powołani do tego, żeby pomagać ludziom, ich leczyć oraz ratować ich zdrowie i życie. Rozumiem chęć zarobienia pieniędzy przez różnych ludzi w Polsce. Natomiast jest wiele ciekawych zawodów, w których można dużo takich pieniędzy zarobić. Nie trzeba tego robić żerując na zdrowiu ludzi. Nie chcę myśleć o tym, że przez to, że będę stał i nic nie mówił, ktoś zginie. I dlatego reagujemy, krzyczymy, wymuszamy na politykach pewne działania.

Wylała się na Was fala hejtu, takiego brunatnego, obrzydliwego.

Zawsze, jeżeli się uderzy w stół, to się nożyce odezwą. Byłem stuprocentowo przekonany, że tak się stanie, kiedy naciśniemy na potężny biznes, który jest skupiony na tym, żeby mówić wszystkim, że np. tylko suplementy z danego sklepu są najlepsze, bo wszystkie inne są złe. Są ludzie, którzy inwestują bardzo duże środki finansowe w to, żeby występować przed kamerą i oświecać naród. Znachorstwo działa zniechęcająco do medycyny, ono zabija. W sytuacjach, które są oczywiste, politycy chowają głowę w piach i nie widzą tego wszystkiego. Ale jak się pojawiła alkotubka, to postawiono na nogi cały kraj. Mamy na co dzień ludzi, którzy dezinformują na temat medycyny, zdrowia publicznego, powodują nieefektywność wydawania środków publicznych. Nie rozumiem tego, co robią politycy. A raczej tego, że nic nie robią.

Mówimy o prawnym usankcjonowaniu pewnych działań, zachowań, działalności. Ale może przydałaby się jakaś kampania społeczna, promocyjna uruchomiona przez ministerstwo?

W Polsce nie mamy żadnej myśli profilaktyki zdrowotnej. Żadnej. Co widać choćby po promocji szczepień na brodawczaka ludzkiego, który po prostu leży. Dlaczego? Bo to wszystko jest robione bez określenia, dokąd chcemy dojść, jakie mamy kryteria, które nas zadowalają, nie mamy systemu oceny rok do roku, dlaczego coś idzie lub nie idzie itp. Inny przykład – lekarze nie otrzymali nawet zwykłych ulotek dotyczących szczepienia na HPV. Wydaje mi się, że naprawdę polskie państwo stać byłoby chociaż na to. Tak samo lekarze rodzinni nie otrzymali tego typu narzędzia. Nie da się w XXI wieku przekonywać ludzi do danych procedur, jeżeli nie zrobi się bardzo dobrej kampanii informacyjnej. Wiedzą to ludzie, którzy sprzedają produkty spożywcze, wiedzą to osoby, które sprzedają alkohol w tym kraju, wie to każdy producent jakiegoś dobra jak to dobrze sprzedać. Dlaczego polskie państwo nie chce zainwestować, żeby bycie zdrowym, badanie się, profilaktyka stały się modne, trendy? Im później diagnozujemy choroby, tym jest to droższe. Można zabezpieczyć środki budżetowe, wybierać firmy w konkursach co roku, na dwa lata do przodu, żeby przygotowywały się do bardzo dobrych kampanii, dogadać się z samorządowcami, korzystać z ich instrumentów np. środków komunikacji miejskiej i udostępnić ich przestrzenie na społeczne programy prozdrowotne. Ale my nie chcemy tego zrobić. Na co my czekamy?

Prestiż  
Lipiec 2025