O poranku ruszam niezawodną Toyotą na północ, do Parku Narodowego Kulen, gdzie poznaję bliżej pewne niezwykłe zwierzęta – lekko przygarbione słonie o stosunkowo małych uszach, które zamieszkują Azję Południową oraz Południowo-Wschodnią. Słonie indyjskie, wyraźnie mniejsze od swoich afrykańskich kuzynów, już od wieków zajmują ważne miejsce w życiu mieszkańców Kambodży, gdyż kojarzone powszechnie z siłą i szczęściem, są w tym kraju uznawane za zwierzęta święte. W zamierzchłych czasach khmerscy władcy wykorzystywali je jako zwierzęta bojowe oraz traktowali jak medium, które umożliwiało im komunikowanie się ze swoimi przodkami. Żeby zobaczyć pierwszego z nich, wybrałam się na przejażdżkę z lokalnym chłopcem na jego podejrzanie małym, lecz wyjątkowo głośnym skuterze. Trasa przecinała podwórka domostw rozrzuconych wzdłuż rdzawo-brunatnej drogi, długie i płaskie skały, które niespodziewanie kończyły się stromym zjazdem, rozległe kałuże jakie zamiast wysychać, powoli przemieniały się w odrębne akweny z własnym ekosystemem oraz pochylone w każdym możliwym kierunku drzewa skutecznie utrudniające szybkie dostanie się do celu. Głęboko w Parku Kulen znajdują się niesamowite rzeźby z laterytu przedstawiające słonia i trzy lwy, które ukryte wśród gęstej roślinności przed wzrokiem postronnych osób, miały powstać na długo przed samym Angkor Wat. Słonie pracują dla człowieka już od 5 tysięcy lat. Początkowo były wykorzystywane w rolnictwie, jednak szybko zmuszono je do przenoszenia materiałów budowlanych, powalania drzew czy transportu ładunków na duże odległości. Z czasem zaczęły brać udział także w ceremoniach religijnych oraz zostały wcielone w szeregi armii, gdzie stały się potężnymi narzędziami wojennymi, które wprowadzały przerażenie wśród wojsk nieprzyjaciela. Ich kły pokrywano żelazem lub mosiądzem, boki przykrywano zbroją, a wyszkolone zwierzęta na odpowiednią komendę chwytały żołnierzy wroga i dociskały ich do ziemi, miażdżąc im wszystkie kości. Kiedy w XV wieku to posiadanie broni palnej zaczęło decydować o ostatecznym wyniku większości potyczek, znaczenie słoni w bitwach wyraźnie spadło i pomimo zajmowania istotnej roli w kulturze oraz silnych skojarzeń z boskością, te duże i jednocześnie niezwykle wrażliwe stworzenia zaczęły być traktowane jak szkodniki. Człowiek znalazł im miejsce w turystyce, co dla każdego słonia zarówno w Kambodży jak i krajach ościennych oznaczało dokładnie to samo – długi i bolesny proces łamania, czyli brutalnej nauki przyzwyczajania do wykonywania poleceń. Do tego celu służy ostro zakończony hak przymocowany do długiej rękojeści, którym opiekun zwany Mahout wymusza na zwierzęciu posłuszeństwo, raniąc je w najbardziej wrażliwych miejscach – za uszami. Od 2020 roku jazda na słoniach w kompleksie Angkor jest zakazana, a zwierzęta, które niegdyś przez wiele godzin dziennie krążyły wokół starożytnych świątyń z niechlubnym pakunkiem na swoich plecach, dziś spędzają czas w Parku Narodowym Kulen. Jest wiele miejsc na świecie, gdzie słonie nadal pracują dla ludzi, choć nie wożą ich już na grzbietach, jednak tutaj tym majestatycznym zwierzętom przygotowuje się jedynie przekąski z banana, tamaryndowca i namoczonych ziaren ryżu, a po krótkim zapoznaniu na odległość udaje się z nimi na spacer. I to wszystko. Słonie chodzą, gdzie chcą, zatrzymują i chlapią wodą, kiedy mają na to ochotę i zbliżają, jeśli czują się bezpiecznie. Nie ma tu głaskania, przytulania i przymusowych kąpieli jak w najsłynniejszych sanktuariach w Tajlandii czy na Sri Lance. Jedynym sposobem na kontakt ze słoniem bez zadawania mu cierpienia jest oglądanie go z dystansu i brak ingerencji w jego zachowanie. Zobaczenie tych wspaniałych stworzeń wolnych, w ich naturalnym środowisku jest moim najpiękniejszym wspomnieniem z tej podróży.