Czasem złota, zawsze 
polska

Autor

Anna Ołów – Wachowicz

Zima. Tzn. wczoraj była jeszcze jesień, złota i polska. Dziś jest tylko polska. Dziś zmarzłam w mojej popelinie na przystanku. Odpadł mi flek z obcasa – przed pracą, a mój ulubiony szewc zamknął zakład. Gwizdnął za mną luj spod Netto. Rozmazał mi się tusz. Samochód w naprawie. Kasztanem dostałam w głowę.

Pani przede mną w aptece poprosiła o ekshumisan, a ja się nie roześmiałam.

W mieście jesień, spadł mi nastrój. Stoję na przystanku, ciasno jest pod daszkiem, bo oczywiście leje i ludzie próbują się schować.

W środku ścisku stoi grupka Rycerzy Zakonu Adidasa i Łyżwy z Orłem Białym. Kiedyś był to staropolski Zakon Rycerzy Ortalionu – trochę się pozmieniał status organizacji, ale zasady są nieśmiertelne i trwałe. Jednak dziś nawet oni, rycerze, są zmemłani. Żadnej zadymki, tkwią apatycznie w reszcie społeczeństwa i czekają na tramwaj. Wszyscy z twarzami wczorajszymi.

Tramwaj nie jedzie, pewnie się coś przy stoczni zatkało, będzie opóźniony. Ścisk ludzki pod daszkiem przystanku przytupuje sobie niezadowolony, czas leci, woda kapie.

Najbardziej środkowy rycerz w tłoku z trudem wydobywa z kieszeni bluzy czupaczupsa. Będzie go jadł. Z braku lepszych atrakcji, patrzymy.

Jako matka dwójki dzieci, doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że aby zjeść czupaczupsa, trzeba najpierw gnojka wydobyć z opakowania – a to, łatwe nigdy nie jest.

Rycerz dzielny  też chyba miał doświadczenie, bo zabrał się z namaszczeniem do roboty. Pieczołowicie i delikatnie starał się łapami jak bochenki zakopiańskie okorować patyczek z lepidła, którym producenci tego lizaka przytwierdzają na wieki wieków folię tak, że trzyma daleko mocniej niż  specjalistyczny klej w butach Gino Rossi. Szkoda, że ja nie wiem jaki to klej, bo bez tego szewca jednak bieda.

Minuty mijały, otoczenie ze skupieniem pociło się razem z pracującym w pełnej koncentracji Rycerzem. Czupaczups się nie dawał. Rycerz zaczynał się już z lekka niepokoić, sapał i niejedna zła zgłoska zbierała mu się na końcu języka. Operował niczym Religa na otwartym sercu, takie emocje były.

Kolegom udzielił się niepokój. Ze śmiertelną powagą czterech chłopa otaczało siłującego się z pięciocentymetrowym lizaczkiem gościa i komentowało jego wysiłek, wykazując pełne zrozumienie, że zadanie jest niełatwe. Reszta przystanku zapomniała, że tramwaj nawalił, wszyscy też skupiali się na akcji. Taka nasza narodowa cecha, że kibicowanie mamy w genotypie, to zawsze wciąga. Na końcu języka miałam: daj to, synku. Ale pojawiły się uzasadnione obawy, że w tych nerwach „synek” mi może coś powiedzieć, a ja zły humor już mam, dziękuję, postoję.  Więc jednak nie interweniowałam. Ale już prawie.

Wtem Rycerz Niepokonany zanurkował prawicą aż po łokieć do kieszeni dresu i wyciągnął taki majcher, że się natychmiast luz wokół niego zrobił. Tłum się cofnął, bo nie wiadomo było, komu się za tego lizaka w ryj dostanie. Z precyzją, która wiele dawała do myślenia, zoperował chłopak kosą folijkę w dwie sekundy i wsadził sobie natychmiast cukrową kulkę w paszczę, którą otworzył jeszcze tylko jednym kątem na niewyraźny przez lizak komentarz końcowy: „No kuhfa, wheście”.  Tramwaj przyjechał.

Zaraz jak tylko wsiedliśmy, wystartowali do nas kontrolerzy biletów i zaczęli siać postrach. Mobajlet mi się elegancko zawiesił, więc odczułam pewną nerwowość, matkobosko bilet nie skasowany! Ja jestem z tych, co wychodzą z każdego sklepu w stresie, że zabrzęczy bramka i trzeba będzie  udowodnić, że to pewnie  żelazo w krwioobiegu tak się daje wyczuć, bo ja jestem kobita na schwał, żadna anemia mi nie grozi, a poza tym, moralnie jestem jak łza, przecież  przykazanie  wyraźnie mówi: „siódme nie kradnij”. Obłęd jakiś.

Mój irracjonalny stan lękowy okazał się zupełnie niepotrzebny, bowiem panu kontrolerowi potęga stanowiska i brawura tak uderzyły do głowy, że wypowiedział niewłaściwe zaklęcie w kierunku rycerza z majchrem: „W komunikacji się nie je”. „Że k..(urczątko), co?!”: odpowiedział rycerz, wyjąwszy z ust lizaka i wszyscy uczestnicy tego dialogu wysiedli na pętli Firlika, w tym kontroler musiał opuścić pojazd na wstecznym tyłem, popychany klatą rozrosłą rycerza.

Jak widać, lizaczek nie podniósł nikomu poziomu cukru na tyle, żeby ta wredna jesień mogła zostać usprawiedliwiona. I widać, że słodycze nie pomagają. Szkoda. Chciałam zakończyć ten dzień tabliczką czekolady zjedzoną pod kocem. A tu jak?

Jak się przed tą jesienią bronić.

Prestiż  
Październik 2021