Niech żyje moda!

Freakery, czyli Joanna Hoffmann, to zamknięta w pięknej osobie skarbnica wiedzy na temat mody, popkultury i historii. Autorka fascynującego, nie tylko, dla wielbicieli dobrze skrojonych ubrań, bloga oraz programu na kanale Youtube, w którym daje upust swojej fascynacji historią mody i klasycznej elegancji, choć nie tylko. Rozmowa z nią i słuchanie jej to przyjemność podparta wiedzą. Sama nie ulega ślepo aktualnym trendom, nosząc to na co ma ochotę, choć słowem, które mogłoby, choćby pod względem ubioru, zdefiniować moją rozmówczynię jest vintage.

Autor

Aneta Dolega

Skąd u Ciebie zainteresowanie historią i że się tak wyrażę… starymi ubraniami?

Mój ojciec był pasjonatem historii, a w naszym domu zawsze było dużo pamiątek. Nauczyłam się, że rzeczy, czy to ubrania czy suweniry z podróży mogą opowiadać historie. Za tymi przedmiotami zawsze stoją opowieści czy konkretne osoby. Pamiętam z dzieciństwa, że w domu babci, moja mama wraz z siostrami wymieniały się ubraniami. Potrafiły o każdej rzeczy coś opowiedzieć: skąd ją miały, gdzie ją nosiły… Ubranie jest to jedna z najbardziej namacalnych form pamięci o kimś. Od dziecka interesowałam się historią, marzyłam by zostać archeolożką. W muzeach ciągnęło mnie do eksponatów, które, po tym jak wyglądały, należały do kogoś. Potrafiłam godzinami się na nie patrzeć i zastanawiać się nad tym: Czyją były własnością? Kto je nosił? Czy była to taka sama osoba jak ja? Później, gdy nabrałam już większej wiedzy, odkryłam, że za tymi rzeczami nie tylko stoją historie osób, ale w dużo się dzieje. Z ubrań można wiele odczytać i można również odczarować powszechny wizerunek mody, która w takim rozumieniu jest czymś błahym i nieważnym. Moda ma cieszyć, ale nie tylko.

Która epoka w historii mody jest Twoją ulubioną, bądź najbardziej fascynującą?

Zawsze lubiłam w modzie lata 60. i 70. XX wieku, głównie za środkowy palec wymierzony w przeszłość. To pierwsza epoka, gdzie nie było żadnej nostalgii. Wszystko było nowe, wręcz futurystyczne. Zmieniały się długości, materiały, sama dostępność do ubrań. Yves Saint Laurent otworzył pierwszy butik z dostępną modą od ręki. Te zmiany w stylu ubierana się łączyły się z muzyką, która zawsze mnie kręciła. To był także czas buntu, ogromnych przemian obyczajowych.

W samej modzie najbardziej inspirującą i niezwykłą dekadą były lata 70-te. To był moment, gdzie z jednej strony jeszcze można było wyczuć hippisowską wolność i trochę optymizmu a z drugiej strony nastąpiło rozczarowanie wojną w Wietnamie. To wszystko oczywiście przełożyło się na styl ubierania. Powróciły ciemne makijaże, spódnice i sukienki stały się dłuższe. To ciekawe, ale długość spódnicy ma przełożenie w ekonomii. Mówi się, zresztą historia to pokazuje, że kiedy czasy są trudne to spódnice stają się dłuższe. W latach 60., dominowała nowość i młodość. W latach 70. wszystko opadało.

Czy to także miało wpływ na Twój ubiór? Jak wspomniałaś na początku, rodzinny dom miał wpływ na Twoje zainteresowania, ale zamiłowanie to przebieranek skąd się wzięło?

Zacznę od anegdotki. Jean Paul Gaultier w jednym z wywiadów wspomniał, że słynny stożkowaty kształt piersi w jego projektach, po raz pierwszy pojawił się w latach 80. czyli zanim Madonna je rozsławiła, nosząc staniki i gorsety jego autorstwa. Inspiracją dla ich stworzenia okazała się babcia projektanta i kształt jej piersi, który pod względem plastycznym fascynował Jean

Paula Gaultier, będącego wówczas młodym chłopaczkiem. Mówię o tym, ponieważ moje prywatne fascynacje modowe także sięgają przeszłości, o czym już wspominałam, i są związane z tym co zastałam w domu. Zarówno moja mama i babcia nie pozbywały się rzeczy, które nosiły, więc miałam do nich dostęp. A że były to elementy garderoby raczej trudne do zdobycia, których nie dało się normalnie kupić w sklepie, mogłam się więc modowo wyżyć. Sama jestem dzieckiem lat 90. W Polsce to był okres, gdzie dopiero wszystko się otwierało na świat. Dominowały raczej rzeczy przywożone albo z tzw. drugiej ręki albo pochodzące i z chińskich bazarów. Ta sytuacja była dobra pod względem szukania siebie, odwagi, kombinowania z wyglądem. Zawsze lubiłam się przebierać, co widać nawet na moich zdjęciach klasowych. Czwarta klasa, wszystkie dzieciaki mają bluzy z Królem Lwem, a ja cała na czarno, z grzywką na połowie twarzy (śmiech). Nie zamykam się oczywiście, na ulubione, na lata 70. Lubię żonglować tym co akurat ma pod ręką. Na przykład jednego dnia jestem cała w latach 60. a następnego w dresie i New Balance’ach.

W tych poszukiwaniach i zabawie z wyglądem, są osoby, które mogłabyś śmiało nazwać swoimi ikonami mody?

Pierwszą namacalną ikoną mody była moja mama. Z tego względu, że posiadała i nosiła te wszystkie rzeczy, które były charakterystyczne dla lat 70. Natomiast jedną z pierwszych moich fascynacji był stary Hollywoodzki glam, od Marleny Dietrich, przez Marilyn Monroe, po Jean Harlow. Bardzo lubię styl Anity Pallenberg, za jej eklektyzm, bardzo lubię Cher z lat 70.

Ze współczesnych osób, to cenię sobie Lou Doillon, która jest córką innej ikony stylu a mianowicie Jane Birkin. Patrząc na te swoje ikony, zauważam, że zawsze jest tam rys rock’n’rollowy, do którego mnie nieustannie ciągnie.

W temacie projektantów mody, trudno mi wskazać jednego, ale pamiętam, że w czasach dziecięcych fascynował mnie Yves Saint Laurent i okres, kiedy jego muzą była Laetitia Casta.

W latach 90., pociągający jest heroin chic, który uosabiała Kate Moss. W czasach mojego nastoletniego buntu pociągała mnie japońska awangarda, np. Kenzo. Kiedy byłam spokojniejsza to Dior czy część twórczości Chanel. W modzie fajne jest to, że nie musimy się ograniczać. Tutaj nie da się włożyć wszystkiego w konkretne ramy. Moda jest tworem, który żyje, pulsuje i ciekawie się rozmnaża.

Wymieniałaś m.in. osoby, które są częścią wielkiej światowej mody, mającej wpływ na nas wszystkich. A co z Polską i naszym rodzimym wpływem na tę część życia? Czy Polacy są kojarzeni z jakimś konkretnym elementem garderoby?

Niedostępność sprawiła, że staliśmy się mistrzami kombinowania w modzie. Pamiętam, że w jednym z wywiadów znana polska projektantka Barbara Hoff opowiadała, że raz miała cały rzut białych trampek, a akurat okazały się być potrzebne czarne baleriny. Nie czekając i w sumie nie mając też innego wyjścia, bo taka była też sytuacja w ówczesnej Polsce, sama zaczęła wycinać z tych trampek buty, farbować je i później jeszcze sprzedawać.

My Polacy raczej nie jesteśmy kojarzeni z konkretnym elementem garderoby, tylko ze stylem bardzo pomysłowego kombinowania. I wydaje mi się, że jest to coś co nas wyróżnia.

A potrafimy się ubierać?

Potrafimy się ubierać, ale to następuje falami. Często brakuje nam odwagi. Ludzie potrafią z fantazją się ubrać do zdjęć, ale ulica jest wciąż mało kolorowa. Nie dotyczy to chyba tylko młodego pokolenia. Akurat to nie są moje kręgi towarzyskie, ale zdarzyło mi się zobaczyć grupę kolorowych włosów i fantazyjnie dobranych rzeczy.

Moda może być papierkiem lakmusowym tego jak w ogóle podchodzimy do siebie samych. Czy jesteśmy dla siebie życzliwi? Czy nie gapimy się na kogoś na ulicy, czy tylko spoglądamy na niego z uprzejmością i zainteresowaniem? Mi samej zdarzyło się być zaczepioną przez starsze panie, którym się spodobały się moje czerwony buty z piórami pod podeszwą (śmiech). Wydaje mi się, że to co nas ciągle ogranicza to opinia innych ludzi i specyfika samego miasta. Każde miasto żyje trochę inaczej i Szczecin jeszcze potrzebuje chwili, żeby odtajać.

Moda to powszechnie domena kobiet i my się jej raczej nie boimy. A jak w tym zestawie wypadają panowie? Z moich obserwacji są wciąż zachowawczy w stroju, jak nie nudni…

Moda jest jak polityka, dotyczy każdego i co z tym zrobisz to twoja sprawa. Zastanawiając się nad tym pytaniem, znowu musze sięgnąć do historii. To właśnie mężczyźni jako pierwsi nosili makijaż, biżuterię i obcasy. W epoce industrializacji doszło do racjonalizacji męskiego ubioru. Kiedy każdy mógł mieć pracę w mieście, ten czarny prosty strój zaczął być kojarzony z powagą, profesjonalizmem i panowie w pewnym stopniu stali się klonami siebie. Odnoszę wrażenie, że to wciąż pokutuje. Ten strach, że zostanie się posądzonym o bycie… kobiecym. Jakby to było jakimś wyznacznikiem. Niby młode pokolenie eksperymentuje z czymś co nazwałabym street wearową ekstrawagancją, ale nadal, przynajmniej na ulicach Szczecina, jest tego mało. Brakuje u nas np. takich kolorowych ptaków, typu dandys z lat 60. czy coś w tym stylu. Przeglądając chociażby social media, widzimy ja ludzie ubierają się na całym świecie, także ci zwykli mieszkańcy miast. Może to jakoś i nas ośmieli.

Ty nie masz raczej z tym problemu. Ubierasz to na co masz ochotę, bez względu na pochodzenie ubrań. No właśnie, w temacie vintage, to gdzie zdobywasz te fatałaszki? Pewnie wszyscy Ciebie o to pytają…

To prawda. Najczęściej zadawane pytania dotyczą zakupów. To w Ajki sposób zdobywam te ubrania, o których też opowiadam na swoim blogu. Najlepiej żebym podała konkretne adresy (śmiech). Opierając się na wieloletnim doświadczeniu w polowaniu na ubrania, mogę dać jedną wskazówkę: należy wchodzić wszędzie. Nie ma reguły. Po prostu najlepszy second hand jest ten, który znajduje się najbliżej ciebie. Możesz tam chodzić regularnie i na spokojnie przeglądając ubrania. Warto też robić zakupy odwrotnie do panującej pory roku. Dzięki temu, najlepsze płaszcze znalazłam latem a sukienki zimą. Pandemia dała nam też to, że otworzyło się dużo second handów internetowych. Śmieje się, że dzięki temu mam swoją dealerkę ciuchów z lat 70. Pamiętam taką sytuację. Jeden z vintage shopów wystawiał sukienkę z lat 70., piękną. Zasadziłam się na nią, czatowałam, żeby ją zdobyć i nagle piszą: ściągamy ją ze sklepu, bo ma plamy. Mówię: nieważne. Dla mnie tych plam nie widać. Dajcie mi ją. No i kupiłam. Może ktoś inny poczułby się dziwnie, bo to stare, poplamione, bo wstyd, ale ja to noszę i nikt jakoś jeszcze tego nie zauważył. (śmiech) Oczywiście, przy tym wszystkim, nie odżegnuje się od kupowania zupełnie nowych rzeczy. Też są fajne.

A jest coś co chciałabyś, żeby znalazło się w Twojej szafie. Jakiś wymarzony ciuch?

Myślę, że byłaby to rzecz z lat 70. coś od Halstona. Z epoki disco, w której królowały jerseyowe sukienki z gołymi plecami, noszone bez stanika. Mógłby to być również Gucci z ery Toma Forda, który zresztą wzorował się na Halstonie. Te wszystkie ubrania od wielkich projektantów obrosły aurą niedostępności a tak naprawdę jest wiele butików internetowych, które sprzedają starocia i mają jeszcze opcję weryfikacji ich autentyczności. Więc kto wie…

Blog, kanał na Youtubie, Instagram… Aż prosi się by coś z tym zrobić. Twoja pasja ma wpływ na Twoje zawodowe wybory, a może to nie tylko pasja?

Zacznę od tego, że ten rok była dla mnie przełomowy. Przez lata byłam związana z branżą e-commerce. Za to Maciej, mój mąż jest fotografem, filmowcem i programistą. I w zeszłym roku pojawił się pomysł: postanowiłam, że zrezygnuję z tej pracy. W podjęciu tej decyzji pomogła trochę pandemia. Okazało się bowiem, że wiele marek zaczęło szukać osób, które w atrakcyjny sposób pokażą ich rzeczy. Z przesłaniem, nie patrząc już na ogromne napompowane liczby czy puste osobowości. I my wykorzystaliśmy to jako szansę dla siebie, która przełożyła się na relatywne działanie. Dzięki temu, np. ostatnio zrobiliśmy kampanię dla H&M, wbijając się z balonami na jeden ze szczecińskich dachów (śmiech). Ta zmiana życia spowodowała też, że zaczęłam mieć więcej czasu dla siebie, na nagrywanie nowych odcinków na kanale Youtube. Na Patronite znalazłam swoich patronów. Działa to tak, że raz w miesiącu wypuszczam jeden odcinek na kanale Youtube, który też jest podcastem. Poza tym pracuję nad czymś, co będzie można mieć na własność. Na razie nic więcej nie mogę zdradzić (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Freakery w Internecie: thefreakery.com, youtube.com/c/Freakery, IG @freakery

Maciej Kowal w Internecie: IG @mr. rewolta