Krzywym okiem
Szczecin słynie z wielu pozytywnych rzeczy, wydarzeń i osób. Długo by je wymieniać. Nie przysłonią ich nawet ostatnie haniebne czyny pewnych osobników, których kiedyś spotkałby za to ostracyzm towarzyski, infamia i piętno w widocznym miejscu. Jak będzie dzisiaj? Ale nie o nich ta opowieść. Tylko o przykładach sławy pozytywnej, których na szczęście w stolicy Pomorza Zachodniego nie brakowało, nie brakuje i miejmy nadzieję, nie zabraknie. Ostatnio lista ich wydłużyła się o dwie pozycje. Chodzi o niejakiego Gacka i niejaką Milejdy. Bez obaw, nie są to pseudonimy jakiejś przestępczej pary, jakichś zachodniopomorskich odpowiedników Bonny i Clyde, którzy skruszeni i nawróceni zeszli z drogi zła, posypali głowy popiołem i teraz czynią tylko dobro, mieszkają w pustelni, wiodąc ascetyczny żywot ludzi poczciwych, odprawiają posty, żywią się korzonkami, popijanymi źródlaną wodą, przeprowadzają staruszki na pasach, segregują śmieci, płacą abonament radiowo-telewizyjny, chodzą we włosienicach, biczując się publicznie raz w tygodniu na placu Zgody żałując gorzko i głośno. Gacek jest wszystkim (chyba) w Szczecinie doskonale znany. To kot, niepisany Król Ulicy Kaszubskiej ,na której ma swoją „miejscówkę”. Jest takim odwiecznym elementem folkloru ludowego tej ulicy i jakby nie patrzeć jej atrakcją. Ostatnio jednak jego sława wylała się poza ulicę Kaszubską i Śródmieście nawet. Bo okazało się, że według Google Maps Gacek jest największą atrakcją turystyczną Szczecina. Osiągnął średnią ocenę 4,9 gwiazdki, więcej niż filharmonia, Wały Chrobrego czy Zamek Książąt Pomorskich! O tempora, o mores wykrzyknęliby pewnie Starożytni. Ale to jest fakt, niektórzy pewnie stwierdziliby nawet, że to jest „fakt autentyczny” (a takich „yntelygentów” niestety nie brakuje). Od kilkunastu dni o Gacku informują media na całym świecie m.in. amerykański „New York Post”, brytyjskie „The Guardian”, „Daily Mail” i „The Mirror”, niemiecki „Bild”, włoska „La Stampa”. Mówią o nim nawet na Tajwanie. Niektórzy już kombinują jak tu wykorzystać sławnego kota do swoich celów. Może „podpiąć” Gacka pod jakąś kampanię reklamowo-promocyjną miasta? A może ktoś wpadnie na pomysł wykorzystania Go w zbliżającej się kampanii wyborczej? Kot niewątpliwie ociepliłby wizerunek niejednego oraz jego ugrupowania a przy okazji podbiłby ich popularność. Tylko Gacek musiałby trochę popracować nad wizerunkiem. Bo na razie przypomina nieco takiego kociego Vita Corleone, szefa wszystkich kotów, przynajmniej z centrum Szczecina. I z wyrazu mordki, zachowania, sposobu poruszania się oraz obfitości kształtów. Patrzy na wszystko oraz wszystkich z pewnego rodzaju wyższością i obojętnością. Jak mawia młodzież: widać, że ma na wszystko wywalone. W niektórych przypadkach spogląda na otaczający Go świat i pewnych osobników z nieskrywaną pogardą kiedy np. nawoływany jest przez przechodniów durnowatym: „Gacuś, Gacuś kici, kici, miau, miau”. Prezentuje wtedy minę pt. „Człowieku, po co robisz z siebie debila?! Chciałbyś żeby do Ciebie ktoś krzyczał Kowalski, Kowalski taś, taś? Poluzuj gumę w majtach, opanuj się…”. Niewykluczone, że Gacek „pójdzie w „celebryctwo” o wymiarze nie tylko lokalnym, ale krajowym, a po artykułach w światowych mediach nawet globalnym. Ma np. warunki, aby reklamować kocią karmę i zostać twarzą, sorry, pyszczkiem firmy produkującej taki wyrób. Albo kocich kosmetyków. Niewykluczone także, że zostanie gwiazdą filmową w nowych ekranizacjach pt. „Kota w butach”, czy „Garfielda”, czy kota Filemona. Tak globalna sława jak Gacka nie czeka raczej Milejdy. A szkoda, bo ta jej przeminęła wyjątkowo szybko. Prawie tak szybko jak jej bieg. Bo Milejdy to struś – a raczej strusica emu, która trzy miesiące temu uciekła z pewnego mini zoo pod Szczecinem. Na początku grudnia „dała nogę” i od tej pory ukrywała się w przepastnych ostępach Puszczy Wkrzańskiej między Szczecinem i Policami. Kilka razy organizowano na nią obławy, aby ją ująć. Ale Milejdy, sprytnie wymykała się swoim prześladowcom, gubiła pogonie, myliła tropy, omijała pułapki i zasadzki. Niczym Struś Pędziwiatr wyprowadzając w pole czyhającego na niego Kojota. Srodze zawiedli się ci, którzy chcieli ja „wziąć głodem”. Bo w lesie nie brakowało dla niej pożywienia – dzikiej róży, głogu, trawy, resztek znajdowanych przy okolicznych gospodarstwach. A jak ocenili fachowcy choć to emu australijskie, to może jednak wytrzymać temperatury do minus 30 stopni Celsjusza. Ale w końcu wielka ucieczka Milejdy się skończyła. W lutym strusica wpadła. Od razu przetransportowano ją do domu gdzie, podobno czekał stęskniony partner. I tak się zakończył strusi „gigant”. Ale pewną sławę i popularność już zyskała. Szkoda byłoby ją zmarnować. Może trzeba zorganizować jakiś bieg terenowy po Puszczy Wkrzańskiej „Szlakiem Strusia”? Może powinni z nią trenować nasi sportowcy lekkoatleci – biegacze ? Może Wojska Obrony Terytorialnej trenowałaby sposoby omijania zasadzek wroga, ucieczki, kamuflażu i przebywania zimą w warunkach leśnych ? Może i na nią czeka filmowa kariera. Ostatnio wszyscy robią remaki a to „Znachora” a to „Pana Samochodzika i Templariuszy”. To może czas na nowe wersje np. „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, „Poszukiwany, poszukiwana” albo coś nowego - feministyczną wersję „Szybkich i wściekłych”, czyli „Chyża i wnerwiona” (żeby nie użyć pewnego tzw. „przerywnika w rozmowie” powszechnie używanego przez Polaków), albo „Speed. Niebezpieczna szybkość”.
Sławę przyniosła regionowi jeszcze jedna sprawa. Ma ona także w pewnym sensie również związek z fauną. Otóż Ministerstwo Finansów podało dane, gdzie najwięcej w Polsce kupuje się i spożywa… „małpek”. I okazuje się, że w miejscowościach nadmorskich. Tropem ujawnionych danych ruszył serwis Business Insider, który wyliczył, że najwięcej spożywa się ich w… Rewalu w którym na jednego mieszkańca ma przypadać 5,98 „małpki” na miesiąc. Następne w kolejności znalazły się: Krynica Morska (4,84 „małpki” na mieszkańca), Mielno (4,67) oraz Dziwnów w którym miesięcznie przypadło 3,78 „małpki” na mieszkańca. Tylko się napić. Ze zdumienia czy opić sukces?




