Tegoroczne święta Wielkanocne w TV wygrał zdecydowanie sławny, kultowy i uwielbiany przez tysiące widzów „Znachor” – ekranizacja powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1981 roku w reżyserii Jerzego Hoffmana. Fabuły nie ma po co przypominać. Najprawdopodobniej każdy dorosły Polak zna ją doskonale. Młodzież też by pewnie znała, gdyby tylko ktoś stworzył komputerową grę – strzelankę ze „Znachorem” w roli głównej.

Aż dziw, że jej jeszcze nie ma. Przecież główny bohater – prof. Rafał Wilczur byłby lepszym bohaterem takiego np. „The Last of Us”. Po pierwsze – był wykwalifikowanym lekarzem i lepiej radziłby sobie w świecie zarażonym grzybem, a po drugie – jako wykwalifikowany szaman jakieś zombie, czy inne dziwactwa też nie robiłyby na nim wrażenia. W każdym razie Wielkanoc przebiegała pod znakiem „Znachora”, Jerzego Bińczyckiego, Anny Dymnej i Tomasza Stockingera, czyli odtwórców głównych ról tego wyciskacza łez. Jedna z gazet wyliczyła, że w święta – od piątku do poniedziałku film Hoffmana można było zobaczyć aż 11 razy (!) na kilku kanałach TV. I na pewno znaleźli się śmiałkowie, którzy sprostali temu zadaniu. Sam bardzo chciałem dokonać tego czynu jako wielki miłośnik „Znachora”, ale byłem skutecznie przeganiany sprzed telewizora. Zastanawiam się czy nie oddać tej sprawy do Rzecznika Praw Obywatelskich a może nawet i do organów unijnej sprawiedliwości. Bo to film bardzo życiowy, pouczający i trafiający w każdy czas. Pełen wskazówek i nauk dla człowieka np. jak żyć, kogo i czego unikać,

jak się zachować w pewnych sytuacjach, jakich przestróg i nakazów przestrzegać itp. Przykłady? Proszę bardzo. Chciałby sobie człowiek coś przekąsić. Otwiera lodówkę i od razu staje przed oczami Jerzy Bińczycki, czyli „Znachor” konsumujący wielką michę litewskich kartaczy – cepelinów. I od razu sobie człowiek przypomina, że Polacy tyją na potęgę, powinni mniej jeść, zdrowiej, najlepiej tylko warzywa i owoce, zostawić mięso, a jeżeli nie, to przerzucić się np. na robaki w dodatku od razu usytuowane w/w owocach lub warzywach. Takie „dwa w jednym” . Zadzwoni kumpel z propozycją weekendowego alkoholizowania się gdzieś w mieście. A tu od razu staje przed oczami główny bohater, czyli prof. Wilczur, który w swej wędrówce po mieście zabłądził do jakiejś meliny w towarzystwie podejrzanego indywiduum z którym potem spożywał wódkę. Po wyjściu z tego przybytku dostaje w łeb od członków zorganizowanej grupy przestępczej i budzi się na śmietniku bez ubrania, portfela oraz pamięci. Lepiej więc siedzieć w domu i oglądać „Koronę królów” czy „M jak miłość” niż się szlajać po mieście. Film Hoffmana zawiera także wiele wskazówek oraz porad przydatnych dla nas w życiu codziennym np. żeby nie jeździć za szybko na motocyklu, bez kasku i po polnych drogach, żeby nie rzucać bliźnim kłód pod nogi, żeby stanąć w obronie molestowanej i wyśmiewanej sieroty oraz w jaki sposób wręczać wiecheć róż kobiecie, żeby jej trysnęły łzy „z ucz jej błękitów”. Za to pewne wątpliwości budzą poruszane w „Znachorze” zagadnienia m.in. domowego leczenia niekonwencjonalnymi metodami, przeprowadzania operacji ortopedycznych za pomocą młotka, dłuta i piłki do metalu oraz trepanacji czaszki w obskurnej wiejskiej chacie i skradzionymi narzędziami chirurgicznymi. Choćby i na szkodę nabzdyczonego lekarza nieudacznika. Podobnie jeśli chodzi o kradzież dokumentów przez prof. Wilczura. Oczywiście, wiadomo, że robił on to wszystko w szczytnym celu. Ale to nieco marna okoliczność łagodząca. Dziś „Znachor” za te wszystkie czyny długo by z pierdla nie wyszedł. Wracając do Wielkiejnocy 2023 i TV. Wygrał więc bezapelacyjnie „Znachor”. Kolejne miejsce zajęli, przez wiele lat prowadzący „Potop” oraz

„Pan Wołodyjowski”. Oba również w reżyserii Jerzego Hoffmana. I być może po raz ostatni znalazły się na tych pozycjach. Ponieważ Netflix zapowiedział, że w połowie 2023 roku pokaże nową ekranizację „Znachora”. I to trochę jest nie fair. Bo przecież ani „Potop” ani „Pan Wołodyjowski” na nowe wersje liczyć nie mogą. Wiadomo z jakich względów. Swoją drogą, pomijając już sceny batalistyczne z udziałem tysięcy statystów i koni, ciekawe jakby rozwiązano pewne istotne fragmenty w nowych wersjach obu filmów np. scenę przypiekania żywym ogniem Andrzeja Kmicica lub wbijania Azji Tuhajbejowicza na pal. W czasach, kiedy TV na całym świecie pokazały już chyba wszystkie możliwe okropności wojen, egzekucje, morderstwa, zboczenia itp. krzywdy, jakie człowiek wyrządza bliźniemu swemu, to taki pal dla Azji czy grill Kmicica wydawać się mogą niewinną igraszką na nikim nie robiącą żadnego wrażenia. Choć pewnie oni obaj mieliby inne zdanie na ten temat. Niewykluczone, że niektórzy mogliby też zrozumieć to nieco opacznie i zbyt dosłownie np. jako zachętę do poszerzenia katalogu kar w kodeksie karnym. A jak życie pokazuje u nas jest wszystko możliwe, więc dlaczego nie stosy, kamienowanie, pręgierz, gilotyna, łamanie kołem, Hiszpańskie Krzesło (nie mylić z „hiszpańską muchą”, rozrywanie końmi…itd. Itp.

 

Prestiż  
Kwiecień 2023