Splątane losy Olgi Adamskiej i „Prywatnej kliniki”
„Prywatna klinika” – to wyjątkowa sztuka w historii szczecińskiej sceny teatralnej. 4 maja zostanie zaprezentowany jej 500. spektakl! Tego samego dnia Olga Adamska, która gra główną rolę – Harriet będzie obchodziła 50. urodziny! Specjalnie dla Magazynu Szczeciński Prestiż opowiedziała m.in. jak to jest grać tak długo jedną rolę, ale za to „rozdającą karty”, kim dla niej jest główna bohaterka, dlaczego trzeba mówić otwarcie o swoim wieku i co na nią jeszcze czeka.

„Prywatna klinika”, to perypetie Harriet, która życie dzieli między dwóch, nieświadomych nawzajem swojego istnienia, kochanków. Przypadek oraz niespodziewani goście burzą perfekcyjny plan schadzek w jej garsonierze.
Przeczytałem kilka recenzji poświęconych „Prywatnej klinice”… Sprzed kilkunastu lat…, m.in. z 2010 roku…
Naprawdę? To ja ich nie czytałam. Mam nadzieję, że tam nie było nic złego!
Ależ skąd, same peany pochwalne. Nie ma się do czego przyczepić. Ale zechciej mi zdradzić tajemnicę – co jest takiego fascynującego w tej sztuce, że ona przez 19 nie schodzi z afisza Teatru Polskiego?
To jest pytanie raczej do jej autorów. W szkole teatralnej uczyli mnie wybitni aktorzy m.in. Anna Polony i Izabela Olszewska, a jej rektorem był Jerzy Stuhr. Pamiętam, przyszedł kiedyś zobaczyć nasz egzamin na pierwszym roku i powiedział takie zdanie, które dobrze zapamiętałam: „pierwszy śmiech, jeśli się w ogóle pojawi, jest dla autora, a potem, w drugiej kolejności dla Ciebie, albo może dla reżysera”. Wzięłam sobie te słowa głęboko do serca. Myślę więc, że to pytanie powinno zostać skierowane do autorów sztuki, którzy potrafili napisać taką świetna farsę, która hula po wielu scenach. W tej sztuce jest świetnie budowane napięcie, czuć, że z każdą chwilą publiczność się rozkręca, rozsmakowuje w trakcie spektaklu, że staje się ona coraz bardziej rozbawiona, weselsza, że ta przyjemność jest dawkowana. Ważna chyba też jest specyfika naszego teatru, mamy stały zespół i można było tę sztukę grać bez żadnych zmian obsadowych.
Zaczynając moją przygodę z „Prywatna kliniką” i Harriet byłam w idealnym wieku do tej roli, miałam 31 lat. Teraz już chyba dawno idealny nie jest. Ale publiczność nadal się świetnie bawi.
Skromność przez Ciebie przemawia, ale przecież to Ty grasz główną rolę w tym przedstawieniu.
To rola „rozdająca karty”. Jest ich niewiele dla aktorek. Miałam przyjemność zagrać dwie takie role: właśnie Harriet i Ałłę z „Gąski” Nikolaja Kolady. Dwie „rozdające karty” postaci na 25 lat grania. Zdolny aktor ma dużo więcej możliwości zagrania takich ról. Ale tak już jest skonstruowany repertuar. Kobiety zawsze grały mniej, choć teraz to się zmienia bardzo intensywnie. Doszły do głosu dramaturżki. Tak więc bardzo się cieszę, że miałam przyjemność zagrać rolę, która jest stelażem całego spektaklu. Tak po prostu jest, nie ma się co czarować. Od tej roli tez zależy sukces przedstawienia. Trzeba to w końcu powiedzieć głośno po tych 19 latach grania (śmiech).
Pewnie ją teraz grasz zupełnie inaczej niż 19 lat temu?
Oczywiście, że się gra inaczej. Wszystkie doświadczenia, które zbieramy jako ludzie z nas emanują, zmienia się też nasz ogląd świata. To wszystko przekłada się na graną postać oraz te wszystkie inne rzeczy np. dochodzące lata. I nie mówię tu choćby o poszerzaniu kostiumów. Ja się zawzięłam i nie musiałam tego robić. Ale np. nagle siadając w pewnej pozycji poczujesz bolące kolanko albo zaatakują Cię „korzonki”. Z pewnej sytuacji zrobiłam teraz żart. Miałam taką scenę – wychodzę w peniuarze, całym w różowych piórach. I one oczywiście się urywają i zostają na scenie. Jako młodziutka Harriet zbierałam je „w kucki”. No ale ile można, trzeba było coś zmienić. Wymyśliłam więc z rekwizytorkami taka rolkę na długiej rączce i teraz z jej pomocą zbieram te piórka. Wszystko się zmienia. I to jest najciekawsze.
Harriet to jedna z Twoich ulubionych ról?
Na pewno jest ważna. Pamiętam pierwszy śmiech publiczności, który pojawił się na premierze. I nie zapomnę tego nigdy.
To jest ten moment w przedstawieniu, w którym zawsze pojawia się śmiech. Choćby nie wiem jak zimna była publiczność. Kiedy ten pierwszy śmiech usłyszałam, pomyślałam: „Olga, jest szansa, że to „zatrybi”. Gram w „Prywatnej klinice” 19 lat, od 31 do 50 roku życia. To jest właściwie całe życie. To czas w którym się najbardziej zmieniamy, najwięcej pracujemy, chcemy, pragniemy, mamy oczekiwania, realizujemy plany. Mam poczucie, że ta rola była świadkiem moich ważnych wydarzeń życiowych.
Kto podjął decyzję o zakończeniu przygody z „Prywatną kliniką”?
To przede wszystkim moja decyzja, bo już absolutnie wyrosłam z tej roli. Potem mieliśmy tylko rozmowę z dyrektorem o jej zakończeniu. Przystałam na to, żebyśmy ją zagrali do 500 przedstawienia, bo publiczność chce nadal ten spektakl oglądać. Nie jestem sentymentalna, ale pomyślałam, że ta Harriet zasługuje na pożegnanie z przytupem.
Mówisz o swoich 50-tych urodzinach otwarcie, głośno i odważnie. To znak czasów?
Myślę, że tak. Kiedyś, być może odejmowałam sobie lat. Potem uznałam, że to jest w złym stylu. Co w tym negatywnego, że człowiek wygląda na swoje lata? Poza tym w swoje 50 urodziny gram w 500 spektaklu tę Harriet. Uznałam, że to godne pożegnanie tej roli.
Wszystko co najlepsze już za Tobą czy nadal przed Tobą?
Myślę, że przede mną! Teraz dopiero zaczyna się frajda grania. Przez pierwsze 10 lat wychodzisz na scenę i jesteś na pograniczu strachu, euforii i czegoś nieznanego. Potem dopiero zaczynasz panować nad sytuacją i to jest szalenie miłe. Można sobie wyznaczać cele, najlepsze role są dla dojrzałych kobiet. Takie są fakty i to się nie zmieni. Sama także sobie znajduję tematy do gry. Dużo dobrego za mną, ale mnóstwo przede mną. Poza tym ja się ciągle ekscytuję pracą, jak 25-letnia dziewczyna!
„Prywatna klinika” sztuka Johna Chapmana i Dave Freemana.
W roli Harriet – Olga Adamska. W pozostałych rolach: Zbigniew Filary, Adam Zych, Katarzyna Bieschke-Wabich, Jacek Piotrowski, Małgorzata Chryc - Filary oraz Lidia Jeziorska. reżyseria: Stefan Szaciłowski. Premiera spektaklu odbyła się 6 lutego 2004 roku.




