Krzywym okiem
„Krowy wydojone? (Jeee...) Świnie nakarmione? (Jeee...) Pola zaorane? (Jeee...) Chaty wysprzątane? (Jeee...) To tera na klepisko! Bo mata disco!”. Skąd to przypomnienie starego przeboju grupy Wały Jagiellońskie pt. „Kukuła disco”? Otóż z powodu pewnej informacji, która wstrząsnęła całym krajem. U jednych wzbudziła szok i niedowierzanie, u innych zachwyt i entuzjazm. Ale oczywiście znalazło się też wielu takich, którzy od razu zaczęli kpić, wyszydzać, drwić, naigrywać się, dworować sobie. I to z bardzo poważnej sprawy, która może mieć kolosalny wpływ na losy i życie wielu Polek oraz Polaków. O cóż chodzi? Otóż Narodowy Instytut Kultury i Dziedzictwa Wsi ogłosił, że będzie można otrzymać z tej instytucji nawet 10 tysięcy złotych na zorganizowanie… wiejskiej potańcówki. Założeniem tego pomysłu jest „upowszechnianie idei organizowania spotkań społeczności, dla których osią jest kultura ludowa oraz utrwalenie lokalnego repertuaru muzyki wiejskiej”. Imprezy miałyby się odbywać od sierpnia do października. Instytut twierdzi, że dzięki programowi chce przybliżyć, szczególnie młodemu pokoleniu, wartość rodzimych tradycji oraz ponadczasowość jej elementów. „Naszym zamierzeniem jest również wspieranie artystów i wykonawców w pracy z tradycyjną muzyką polskiej wsi, w celu jej dalszego propagowania” — poinformowała instytucja w opublikowanym komunikacie. Chętni mogą ubiegać się o dofinansowanie na poziomie 100 proc. kosztów takiej imprezy, z maksymalną kwotą do 10 tys. zł. Na wsparcie mogą liczyć: organizacje pozarządowe, Koła Gospodyń Wiejskich, Ochotnicze Straże Pożarne i samorządowe instytucje kultury. Wnioski o pieniądze na potańcówkę można składać od 22 maja. I czy jest w tym coś śmiesznego ? Wręcz przeciwnie. Trzeba chwalić inicjatywę tej rządowej instytucji za pomysł powrotu do korzeni, propagowania sprawdzonego przez wieki stylu zabawy, życia towarzyskiego na wsi, obyczajów, aktywnego spędzania wolnego czasu po pracy, przypominania tego barwnego elementu ludowego folkloru i tradycji. A Wy mieszczuchy, cwaniaczki jedne, to myślicie, że te wasze dyskoteki to niby skąd się wzięły, co? Toż to miejska odmiana właśnie wiejskich potańcówek. Tylko na większą skalę. A przecież wiejskie potańcówki miały swój urok, niektóre z nich ukształtowały ludzie losy, innym zorganizowały całe życie, budowały więzi międzyludzkie, były pretekstami do licznych romansów, niechcianych ciąż, czy też małżeństw. A przypomnijcie sobie, gdzie Leszek z serialu „Daleko od szosy” poznał swoją miłość — Bronkę (tę która tak wdzięcznie pluła pestkami czereśni)? Na wiejskiej potańcówce. I pewnie skończyłoby się to małżeństwem, gdyby na drodze do ich szczęścia nie stanęła długowłosa studentka z Łodzi — Ania i nie zawróciła biednemu chłopakowi w głowie wywracając do góry nogami całe jego życie, zmuszając do nauki i wspinania się po kolejnych szczeblach drabiny społecznej. Ale wiejskie potańcówki były także miejscem dramatów, zdrad i krwawych porachunków. Wystarczy sobie przypomnieć „Siekierezadę” Edwarda Stachury i ponury przypadek niejakiego pijanego Kaziuka, który wpadł z siekierą na potańcówkę w remizie szukając niewiernej żony. Stachura przy okazji pięknie uwiecznił pewne zachowania uczestników takich zabaw np. spożywanie tzw. wódki „podstolikówki” (bo po co kupować drożej, lepiej przynieść swoją) albo wobec obcego na zabawie, który nie chce tańczyć — „Dlaczego nie tańcujesz? Nie podobają Ci się nasze dziewuchy ? Chcesz z nami potańcować ?”. Wiejskie potańcówki na pewno staną się atrakcją dla mieszczuchów, zwłaszcza tych, którzy naoglądali się „Rancza” i marzą o przeprowadzce na wieś. Niech wybiorą się tam najpierw np. na wakacje i po nasyceniu się ciszą, naturą, spaniem na sianie, myciem w lodowatej wodzie, wiejskim jedzeniem oraz wizytą w „sławojce” albo w ustronnym miejscu za stodołą, na pewno chętnie wybiorą się także, tak „przy sobocie, po robocie” do jakiejś świetlicy lub remizy, żeby „pokręcić nóżką”, nawiązać nowe znajomości, napić się wódki z miejscowymi a potem np. dostać od nich w zęby albo sztachetą z płotu przez plecy. To takie gwarantowane igraszki, które w zasadzie zawsze znajdują się programie wiejskich potańcówek. A za co można dostać w mordę na takiej imprezie? A za krzywe spojrzenie, za taniec z miejscową dziewczyną, za brak tańca z miejscową dziewczyną, za szturchnięcie w tańcu, za głupią odzywkę, za ironiczny uśmiech, za fajne ciuchy, za modną fryzurę, za mówienie „po miastowemu”, za nienapicie się z miejscowymi, za „niepostawienie” alkoholu. W zasadzie to za wszystko. Czyli za to samo co na miejskiej dyskotece. Jeżeli już człowiek przeżyje urocze „tete a tete” z przedstawicielami tych „co żywią i bronią”, to może mieć sporo do opowiedzenia. Najpierw na SORze, potem w trakcie leczenia w szpitalu, następnie przed lekarzem orzecznikiem w ZUS-ie aż wreszcie po powrocie do pracy oraz w trakcie spotkań towarzyskich. Bo to przygoda w stylu szkoły przetrwania, spojrzenia śmierci w oczy, lekcja prawdziwego życia. Na pewno znajdą się chętni, aby móc skorzystać z takiej możliwości, takiej pewnej formy sportów ekstremalnych. Może więc trzeba szybko dogadać się z jakimś Kołem Gospodyń Wiejskich albo założyć organizację pozarządową pod nazwą np. „Przeżyj to sam”, „To chyba Twój ostatni taniec” albo „Dance macabre” (w Tatrach to mógłby być „Taniec z gazdami”) i zacząć organizować wyprawy na takie imprezy? Jeszcze jest czas. A wiadomo, że po jesiennych wyborach parlamentarnych finansowanie takich spotkań towarzyskich i kulturotwórczych na pewno się skończy. Trzeba więc korzystać z okazji. Zarobić trochę pieniędzy i potem to wszystko „przetańczyć”. Ale na pewno nie na wiejskiej potańcówce.




