Zapiski z kamperowej podróży
Znany szczeciński (i nasz – „prestiżowy”) fotograf Jarosław Gaszyński zakochał się. W kamperze. Aby sprawdzić, czy ze wzajemnością, wyruszył w podróż – ze Szczecina do Monako. O tym co widział i co przeżył opowiedział nam po powrocie. Kilka miejsc uwiecznił swoim aparatem fotograficznym.

– Przyglądam się miłośnikom karawaningu już od jakiegoś czasu. Poznałem nawet takich, którzy całkowicie zmienili swoje życie pod wpływem kampera, np. sprzedali mieszkanie i teraz takim środkiem lokomocji jeżdżą po kraju i świecie. Na kanale you tube oglądałem ich filmowe relacje z podróży. Zainteresowało mnie to bardzo, wciągnęło. Pomyślałem, że chętnie bym sam spróbował takiego podróżowania, ruszyć gdzieś w kraj albo jeszcze dalej, przekonać się, jak to jest. I trafiła się okazja – rozpoczyna swoją opowieść Jarek Gaszyński.
Okazało się, że w związku z prowadzoną przez niego działalnością biznesową musi wybrać się do… Monako. – Mogłem oczywiście skorzystać z samolotu. Polecieć np. do Nicei i stamtąd dojechać do Monako. Ale pomyślałem, że to świetna okazja, aby przetestować kampera i siebie – czy ja się w ogóle nadaję do takiego cygańskiego podróżowania. Mam pewne doświadczenie w prowadzeniu ciężarówek, z czasów, kiedy miałem swoją firmę. Ale to było 14 lat temu. Skoro jednak los sam podsuwa okazję, to czemu nie spróbować? Przejrzałem oferty różnych firm, które zajmują się wypożyczaniem takich aut. Znalazłem szczecińską Deltę Camper. Odpowiadała mi ich oferta i postanowiłem z niej skorzystać – wyjaśnia Jarek.
Z relacji korzystających z kamperów wynika, że najlepiej w podróż takim środkiem lokomocji udać się w minimum dwie osoby. – Ja pojechałem sam. I przekonałem się, że rzeczywiście najlepiej jechać z kimś. Choć samochód był nowy, świetnie wyposażony, niedużo palił, był łatwy w prowadzeniu. Mimo że wysoki na ponad 3 metry i długi na sześć metrów. Ale codziennie kilka godzin w podróży pokazało, że zmiennik „za kółkiem” jest bardzo wskazany. W Monako miałem przebywać przez cztery dni. Na podróż w obie strony postanowiłem przeznaczyć sześć dni. W jedną stronę to 1600 kilometrów. Wyszła więc z tego całkiem niezła wycieczka. Postanowiłem, że na postój będę zatrzymywał się w miejscach nieoczywistych, mało znanych, nie odwiedzanych zbyt często przez Polaków. Nie ruszałem też zaraz o świcie, tylko przeważnie wyjeżdżałem np. w południe albo o godzinie 13. Bez napinania się. Chciałem mieć czas na szybkie zwiedzanie, posiłek, spokojną jazdę bez prób bicia rekordu trasy i prędkości. Pierwszy postój zaplanowałem w Czechach – opowiada Jarek.
Karlove Vary
Trasę ze Szczecina do tej pięknej i nieco przez Polaków zapomnianej miejscowości uzdrowiskowej (500 km) pokonał jednym, kilkugodzinnym rzutem jadąc przez Niemcy. – Kamperowcom bardzo ułatwia życie i podróżowanie specjalna aplikacja na telefon komórkowy. Pokazuje ona miejsca, na całym świecie, w których można zaparkować – „na dziko” oraz korzystać z płatnych kampingów przystosowanych dla kamperów. W Karlovych Varach, nie znając miasta, tak po nim krążyłem, że o mały włosy zaparkowałbym na głównym deptaku (śmiech). Potem dopiero wybrałem na pierwszy nocleg parking przy dworcu kolejowym. Było cicho i spokojnie. Rano śniadanko w kamperze, bo wziąłem sporo jedzenia z Polski. Żeby po drodze nie tracić czasu na zakupy i ze względu na ceny. Choć we Włoszech nie odmówiłem sobie tamtejszej wołowiny. Wybornie smakowała z kamperowej patelni. Zaraz po śniadaniu ruszyłem „w miasto”. Pora była dosyć wczesna, więc nie było zbyt wielu ludzi na ulicach. I muszę z pełnym przekonaniem stwierdzić – to miasto zasłużenie cieszy się opinia jednego z najpiękniejszych uzdrowisk w Europie – zapewnia Gaszyński.
Karlove Vary słyną przede wszystkim z przepięknej secesyjnej zabudowy, wielu nieruchomości wykupionych przez bogatych Rosja, festiwalu filmowego, który organizowany jest od 1946 roku. Ale to nie wszystko. Jarek czasu nie miał zbyt wiele, więc skupił się tylko na kilku atrakcjach miast. – Nazwa miasta pochodzi od fantastycznych, gorących, źródeł wodnych. Jest ich 12. Wszystkie znajdują się w historycznym centrum nad brzegiem rzeki Tepla. Dostęp do źródeł jest bezpłatny, oprócz jednego. Można z nich korzystać przez całą dobę. Wokół źródeł zbudowano kolumnady, które pełnią funkcję pijalni wód, niektórych o dość ciekawym smaku (śmiech). Ale przetestowałem je na sobie i działają. Od razu poprawiło mi się trawienie. I wskazówka – chcąc skorzystać ze źródeł warto zabrać ze sobą jakiś kubek, czy inne naczynie. Ja nie miałem, a woda była dosyć gorąca. Trudno było więc się napić ze zwiniętych w trąbkę dłoni. Jakiś Niemiec widząc, że próbuję różnych sztuczek, aby nabrać wody, chciał nawet podarować mi swoje naczynie. Nie skorzystałem, kupiłem ozdobny kubek z napisem „Karlove Vary” za kwotę odpowiadającą 30 PLN. Mam przynajmniej jakąś pamiątkę (śmiech) Pokręciłem się jeszcze po starej części miasta. Prawdziwe perełki architektoniczne. Ale trzeba było ruszać dalej. Chcę tam wrócić, ale na dłużej. Zobaczyć np. muzeum Becherovki, przejechać się miejską kolejką linową, spróbować Karlovarskich Oplatky, czyli sławnych wafelków. Chciałbym mocniej poznać to miasto, bo warto – dodaje fotograf.
Jezioro Bodeńskie
Kolejny przystanek, po 470 kilometrowej trasie wypadł w Lindau – miejscowości położonej przy niemieckiej części tego akwenu. – Tym razem wybrałem parking z prawdziwego zdarzenia z miejscem przy jeziorze. Wokół góry, do wody 10 metrów. Widoki bajkowe. Mała miejscowość, prawdę mówiąc nie było w niej wiele do oglądania. Jedyna atrakcja to jezioro. Spokój, cisza. Stamtąd ruszyłem dalej. Droga przez Alpy, ostre zakręty, widoki zapierające dech w piersiach i kilka niespodzianek dla podróżujących, np. nietypowa toaleta publiczna przy jednym z parkingów przy pewnej tamie wodnej. Prowadziła do niej kamienna brama. Wchodzę i widzę schody, które prowadzą kilkadziesiąt metrów w dół. Idę. Na końcu wyrósł przede mną tunel, który prowadził do parkingu położonego po drugiej stronie szosy. Centralnym punktem tej budowli jest toaleta. Ale taka jakiej jeszcze nie widziałem. Pełna automatyka. Woda uderzała z prawdziwą siłą wodospadu! Potem okazało się także, że ten tunel, w przypadku jakiegoś zagrożenia, pełni rolę schronu. Kolejna ciekawostka, tym razem mało przyjemna. Nagle w trakcie jazdy otrzymuję informację od mojego operatora, że zostanie mi zablokowany internet. Bo przekroczyłem jakąś tam kwotę. Wysłałem otrzymany kod, odblokowali mi. Moja wina i zaniedbanie. Zapomniałem, że Szwajcaria nie znajduje się w Unii Europejskiej. A w tym kraju jest bardzo drogi roaming. I musiałem zapłacić 300 zł. Trzeba było przejechać przez Szwajcarię, nigdzie się nie zatrzymując. A mi się zachciało podziwiać widoki i oryginalna toaletę (śmiech). Takie miałem przeżycia w Szwajcarii. Przejechałem szybko włoski kawałek drogi i dotarłem na Lazurowe Wybrzeże – opowiada Jarek.
Monako
Późnym wieczorem dotarł do Latte – włoskiej miejscowości, którą od Monako dzieli 17 kilometrów. – Wszędzie zakazy parkowania. Wybrałem więc z aplikacji porządny kamping i tam założyłem swoją bazę. W Monako byłem cztery dni. Jest tam bardzo drogo i bardzo ciasno. Znowu trzeba było uważać na roaming. Od razu wyłączyłem telefon. Znajomy opowiadał mi potem, że włączył aparat tylko na 38 sekund i kosztowało go to 240 złotych. Najlepiej wyłączyć wszystkie opcje internetowe, bo „nabijają kasę” – stwierdził Gaszyński.
Cztery dni wytężonej pracy. Ale znalazł trochę czasu, żeby pospacerować po Monte Carlo. – Monako jest drugim, po Watykanie, najmniejszym państwem na świecie. Położone jest fantastycznie – z jednej strony góry, z drugiej Morze Śródziemne. Księstwo jest rządzone przez ród Grimaldi. Od razu zdradzę, że rodziny książęcej nie widziałem, w kasynie w Monte Carlo nie byłem, milionera nie spotkałem. W Monako bardzo cenią sobie teren. Każde miejsce jest wykorzystane, wieżowiec na wieżowcu. Ale są też fantastyczne ogrody. Każde drzewo w mieście ma swój numerek i pewnie znajduje się w jakiejś ewidencji. Szanują tam zieleń bardzo. Pytałem lokalsów o ceny mieszkań. Kawalerka kosztuje 1,7 mln euro. Za kawę w papierowym kubku zapłaciłem 8 euro. Wszędzie wąskie chodniki, nie ma ścieżek rowerowych, ale za to jest bardzo dużo podziemnych parkingów. Z mojej bazy w Latte jeździłem do Monte Carlo pociągiem – bilet w cenie 2,52 euro. Miasto piękne, moc atrakcji czeka na podróżnych. Tylko trzeba mieć na nie czas. Obiecałem sobie, że i tutaj jeszcze wrócę – obiecuje Jarek.
Dodaje, że to była dla niego wyprawa życia. – Polecam każdemu podróżowanie kamperem, „na luzaku”. Tylko trzeba mieć możliwość zatrzymania, zobaczenia czegoś spokojnie, konsumpcji czegoś dobrego bez pośpiechu. – Jak tylko moje plany inwestycyjne się powiodą, to otworzy się dla mnie w życiu nowa era – na pewno kupię sobie kampera – zapewnia z uśmiechem Jarek.




