W napięciu czekałem co też tegoroczne lato przyniesie nam za "sensacyjne” wiadomości, czyli hity "sezonu ogórkowego" w Szczecinie i na Pomorzu Zachodnim. Liczyłem na jakieś nowe kręgi w zbożu czynione nocami przez UFO, kolejne odkrycia w Chwarszczanach związane z templariuszami (temat tego zakonu ciągle w modzie), jakiegoś potwora z Zalewu Szczecińskiego, czy też skandal erotyczny w którejś z nadmorskich miejscowości.
I nie zawiodłem się, przynajmniej co do potwora. Objawił się on w całej swej obfitości. Okazał się nim gigantyczny sum wyłowiony z Odry, który liczy najprawdopodobniej ponad 30 lat, waży blisko 100 kg i ma 245 cm długości. Wyłowili go dwaj wędkarze ze Szczecina na Cegielince – odcinku Regalicy (Odry Wschodniej), w pobliżu mostu Pionierów. Nie było łatwo. Jak sami opisywali pogoń za rybą trwała 5 godzin. Ale sama walka, aby wyciągnąć suma na brzeg była krótka – 7 minut. Bo ryba trafiła na doświadczonych wędkarzy, którzy wiedzą gdzie takich osobników szukać i jak z nimi postępować. Po sfotografowaniu suma wypuszczono na wolność. I teraz pewnie niektórzy sobie zadadzą pytanie – czy taki okaz to nic niezwykłego, czy jednak to jakaś anomalia? Jeżeli to pierwsze, to ok, to znaczy, że z Odrą nie jest jeszcze tak źle, pomimo gigantycznej katastrofy ekologicznej. A jeżeli to drugie? Czekam na wysyp teorii spiskowych w tej sprawie np. że to był zwykły sum, tylko pod wpływem toksycznych substancji zmutował do gigantycznych rozmiarów. Czy może być niebezpieczny? Niektórym bardzo by to pasowało. Bo aż się prosi o ekranizację takiej historii. Kinematografia zna przecież przypadki filmów katastroficznych z przyrodą w roli głównej np. "Rój", "Mucha" "Godzilla", "Park Jurajski", "Ptaki", "Arachnofobia", "Anakonda", czy kultowe "Szczęki". Brakuje w polskim kinie takich produkcji. Jak by to mogło wyglądać ? Może tak. Noc, kilku wędkarzy czeka na wielką rybę. Konsumują kanapki, leniwie popijane kawą z termosu, komary tną jak cholera, gdzieś z oddali słychać szum wielkiego miasta. Nagle z odmętów Odry wyłania się ogromny pysk gigantycznego suma, który błyskawicznie rzuca się na jednego z wędkarzy. Chwyta za nogę i błyskawicznie wciąga pod wodę. Nieszczęśnik próbuje walczyć, zadaje ciosy karate zapamiętane z filmów z Jackie Chanem i Jean – Cloud van Dammem. Na próżno. Wędkarz wzywa rozpaczliwie pomocy po polsku i na wszelki wypadek po niemiecku. Bo kto wie, może to zmutowana ryba pochodząca z niemieckiej strony Odry ? A jak twierdzą ostatnio niektórzy politycy z tamtej strony rzeki można się spodziewać tylko wszystkiego złego. Poza tym film może zrobić międzynarodową karierę, więc dobrze byłby widziany koproducent np. z Niemiec. Krzyki wędkarza nie odnoszą skutku. Również wysiłki jednego z kolegów (bo reszta uciekła, albo obstawia zakłady czy kumpel wygra z rybą czy nie), który próbuje się dodzwonić do WOPR-u albo na policję. Niestety, nie wszędzie w Polsce działają telefony komórkowe. Ze zgrozą więc filmuje tylko ostatnie podrygi kolegi w wodzie licząc w myślach, ile będzie miał "wejść" i "lajków" jak to zamieści na Facebooku. Na miejscu tragedii pojawia się policja, straż pożarna, specjaliści z Akademii Rolniczej w Szczecinie oraz wytrwani badacze zbrodni – Ojciec Mateusz, detektyw Rutkowski, Komisarz Alex oraz wnuk porucznika Borewicza. Napięcie rośnie…To tylko taka mała, nieśmiała próbka scenariuszowa. Oczywiście jak to w swoje ręce wziąłby jakiś profesjonalista, to naprawdę mogłaby powstać horror – perełka.
Ale to tylko jedna z historii tegorocznego lata. Czekałem na kolejne. Nagle pojawiła się plotka, że prawdziwym hitem pamiątkarskim na tegorocznym Festiwalu Słowian i Wikingów w Wolinie mają być ... rycerskie miecze. Dlaczego akurat ta broń, a nie sztylety, dzidy, halabardy czy inne topory? Okazało się, że to efekt obdarowania pewnego zakonnika (który ma wyjątkowe szczęście do prezentów, bo kiedyś otrzymał od bezdomnego dwa "maybachy") przez pewnego ministra mieczem z czasów Mieszka I wartego 250 tys. złotych. Oczywiście zakonnik miał go przekazać do muzeum parafialnego. Eksperci stwierdzili natychmiast, że to była zwykła podróbka, na 90 procent falsyfikat. Ale przykład idzie z góry. Podobno pojawiła się w związku z tym nowa moda – podwładni, zamiast np. dotychczasowej symbolicznej "flaszki" markowego alkoholu, czy namalowanego przez jakiegoś artystę portretu, ewentualnie rzeźby, postanowili wręczać przełożonym miecze. Wbrew jednak temu, co twierdził jeden z króli, że "mieczy ci u nas dostatek", nie tak łatwo teraz zdobyć takie narzędzie walki, zbrodni i władzy. Festiwal Słowian i Wikingów wydawał się więc być miejscem idealnym do zakupu czegoś takiego. Wszak przybywają wtedy do Wolina rzemieślnicy zajmujący się produkcją m.in. "białej broni”. Jednak według niektórych uczestników tegorocznego festiwalu miecze nie "schodziły", tak jak przewidywano. Czy to ceny były zbyt wygórowane, czy też nie dorównywały wykonaniem tym ministerialnym, czy może plotkę wyolbrzymiono do wielkości "fake newsa”? Nie wiadomo.
Ale może przyczyna słabej sprzedaży jest inna. Może potencjalni nabywcy przypomnieli sobie staropolskie przysłowie i klątwę zarazem: "kto mieczem obdarowuje, ten od miecza ginie"? Po co więc ryzykować. Lepiej i bezpieczniej szefowi kupić jednak "flaszkę”.




