Portret podglądany

Wojciech Druszcz, znakomity fotograf i fotoreporter. Przed jego obiektywem stanęły najwybitniejsze postacie ze świata kultury, sztuki i polityki. Do tego niezwykle skromny i przemiły człowiek.

Wystawa "Obiektywnie”, którą możemy oglądać do września w Galerii Poziom 4. w Filharmonii im. M. Karłowicza w Szczecinie, stanowi retrospektywę jego fotografii powstałych w ciągu ponad pół wieku jego pracy dla najpoważniejszych tytułów prasy krajowej i zagranicznej. Są tu zdjęcia pokazujące życie codzienne w PRL-u robione dla tygodników "Kultura” i "Literatura” są migawki z okresu przemian ustrojowych w Polsce i w republikach ZSRR fotografowane dla Agence France Presse, AP czy Reuters’a, fragmenty reportaży dla Magazynu Gazety Wyborczej, a potem "Polityki”, są fotosy z planów filmowych i telewizyjnych, portrety niezwykłych ludzi. Przed oficjalnym otwarciem wystawy mieliśmy chwilę, by porozmawiać o wystawie, jej bohaterach i samej fotografii.

Panie Wojciechu, jak wybrać z tych tysięcy zdjęć, których jest Pan autorem takie, żeby one się ze sobą spotkały, żeby nie były przypadkowe?

To najtrudniejsze dla fotografa. Z doświadczenia wiem, że jak się chce pokazać wszystko, to się nic nie pokaże. I tutaj z pomocą przyszła pani Karolina (od red. – Karolina Kordys, kuratorka wystawy), która wyedytowała wystawę, za co jestem jej bardzo wdzięczny, gdyż najtrudniej jest pracować na własnym materiale. Wartością dodaną tej ekspozycji jest również wnętrze, które moim pracom dodaje czegoś specjalnego. Poza tym chciałem jeszcze pokazać kilka zdjęć, których nigdy wcześniej nie wystawiałem a że nadarzyła się okazja to wyciągnąłem je na światło dzienne.

A fotografuje Pan jeszcze?

W zasadzie już nie. To znaczy robię zdjęcia ale jest to fotografia, która na ścianę się nie nadaje. Jest to bardzo osobista fotografia.

W takim razie porozmawiajmy o tych zdjęciach, wśród których siedzimy, z których większość jest bardzo znana. Tak jak niezwykły portret Stanisława Lema. On chyba nie był łatwym modelem?

Praca fotografa polega na tym, że oprócz, tych wszystkich umiejętności technicznych i manualnych które posiada, musi mieć szczęście. Jest taki wiersz Jonasza Kofty, w którym padają słowa: "Wielkim artystą jest przypadek. Człowiek artystą jest malutkim.” W każdym z tych zdjęć jest sporo szczęścia i przypadku. Dobrym tego przykładem jest właśnie ten portret Lema. Faktycznie to był bardzo trudny człowiek do fotografowania, gdyż nienawidził się fotografować. Kiedy do niego zadzwoniłem z propozycją – odmówił mi. W związku z tym, że miałem koneksje w Tygodniku Powszechnym, poprosiłem ich o pomoc: Kochani, zmuście go bo muszę mu zrobić zdjęcie do Magazynu Gazety Wyborczej. I oni go namówili. Kiedy się w końcu spotkaliśmy, Lem mówi do mnie tak: Wie Pan co, ja nie lubię się fotografować ale będę tutaj rozmawiał z jednym facetem z filmu. To niech pan wtedy pstryka. Następnie obaj panowie usiedli do rozmowy, niestety w mało atrakcyjnym miejscu, bo gdzieś przy szafie z boku. Popatrzyłem i pomyślałem, że z tego nie będzie żadnego zdjęcia ale zacząłem słuchać o czym rozmawiają. Lem zaczął ochrzaniać tego człowieka i nagle mówi do niego tak: Proszę Pana, ja nie będę dawał swoich scenariuszy do filmów science fiction, bo wy sobie myślicie, że wystarczy doczepić rogi w jednym miejscu a w drugim co innego i jest film science fiction. Ja mam dla Pana lepszą propozycję. Napiszę scenariusz, na podstawie którego nakręci Pan film o tym, że są dwa Raje. Jeden ten nasz katolicki a drugi muzułmański. W tym muzułmańskim hurysy, cuda… a w naszym wszyscy tego pierwszego zazdroszczą, tak bardzo, że dochodzi nawet do ucieczek. Mówiąc to Lem cały czas żartował aż ten facet, w końcu sobie poszedł. Kiedy zostaliśmy sami mówię do Lema, że nie zrobiłem mu żadnego zdjęcia. Usiadł wtedy na tle wielkiego okna i zaczęliśmy rozmawiać o jego stosunku do filmu. W trakcie rozmowy zauważyłem odbicie w tym oknie, które przypominało latające talerze. Tak naprawdę były to odbicia z lamp. Nacisnąłem spust.

A kto był modelem idealnym?

Najbardziej wdzięcznym modelem był Józef Tischner. Muszę się przyznać, że nie jestem przesadnie religijny. Kontakt z księdzem, jeszcze księdzem profesorem wywołał we mnie pewne obiekcje. Okazało się, że niepotrzebnie. To był niesamowity człowiek, chodząca anegdota, wdzięk i chęć współpracy. Spędziłem z nim dwa dni. Jeździłem z nim do jego matki do Łopusznej, byłem z nim na jego zajęciach w szkole teatralnej. Ja fotografowałem, a on po prostu był.

Jakby Pan określił to portretowanie ludzi?

Całe życie starałem się robić portret, który był portretem podglądanym. Szanując fotografów, którzy robią zaplanowane sesje fotograficzne, widzę w tego rodzaju portrecie dawkę sztuczności. Nigdy nie korzystałem z lamp, fleszy tylko zawsze starałem się wykonać zdjęcie w świetle naturalnym. Elementem pracy fotografa jest zauważać, dostrzegać. To umiejętność znalezienia odpowiedniego momentu i tak jak było to w przypadku Lema, skojarzenie go z osobą, która ma być na zdjęciu.

Kolejny fascynujący portret i człowiek. Rok 1989, Tadeusz Mazowiecki siedzący w ławce sejmowej. Wygląda tu na zmęczonego, chociaż to był dopiero początek jego rządów. Historyczny moment. Historyczne zdjęcie.

To był pierwszy dzień jego rządów jako premiera. Miał wystąpić na sejmowej trybunie i wygłosić expose. Wyszedł, przeprosił i powiedział, że nie najlepiej się czuje. Zszedł na chwilę, napił się wody, wrócił na mównicę i powiedział: Mój stan zdrowia jest mniej więcej taki jak stan gospodarki. (śmiech) Chciałem tym zdjęciem pokazać, że on właściwie wtedy podjął się karkołomnej pracy. Nie był to jeszcze całkowicie Sejm demokratyczny, tylko w połowie. Mazowiecki po części był otoczony ludźmi, którzy mu nie sprzyjali. Sytuacja gospodarza kraju była bliżej nieokreślona. W ogóle sytuacja na świecie nie była do końca klarowna, ponieważ wtedy jeszcze nie było Litwy, Łotwy... nadal był Związek Radziecki. Działo się to na chwilę przed upadkiem Muru Berlińskiego. To co się wydarzyło w Polsce było jeszcze świeżutkie.

Żeby znaleźć w tym historycznym momencie co musiało się w Pana karierze i życiu wydarzyć. Jak trafił Pan do prasy?

Był rok 1966. Pracowałem wtedy w CAFie w redakcji fotografii pozaprasowej. Myśmy głownie jeździli po fabrykach fotografując osiągnięcia socjalizmu oraz robiliśmy zdjęcia reklamowe, np. proszku do prania Ixi. Marzyłem o tym, żeby zaistnieć na łamach prasy. Któregoś dnia, będąc w redakcji usłyszałem, że szukają fotografa, bo przyjeżdża jeden znany radziecki reżyser z żoną aktorką na premierę filmu. Nikt tego nie chciał specjalnie robić, ponieważ to było późnym wieczorem i było wiadomo, że nawet jak się zrobi zdjęcie to jest mała szansa, że ktoś je opublikuje. Z prozaicznego powodu, gdyż zanim zdjęcie przejdzie całą drogę z aparatu do druku, gazety już będą w drukarni. Zgłosiłem się i zrobiłem to zdjęcie. Zdjęcie nudne jak flaki z olejem. Oto idzie para z samolotu, ja fleszem ciach ciach i gotowe. Niedługo po tym patrzę, a w Ekspresie Wieczornym na pierwszej stronie to właśnie zdjęcie. Wykupiłem chyba z pięć egzemplarzy gazety, porozkładałem ją w domu, zaprosiłem gości. Żyłem tym zdjęciem jeszcze parę dni. Wtedy taka publikacja to było coś.

Więcej było takich momentów?

Tak. Na przykład zdjęcie, które zrobiłem dla Agence France Press. Przedstawiało Wojciecha Jaruzelskiego z Lechem Wałęsą. Opublikował je Life Magazine. Life Magazine to było marzenie każdego fotografa. Albo okładka dla amerykańskiego Newsweeka – to były wydarzenia, które były bardzo ważne.

A jak Pan teraz patrzy na te fotografie? Nadal jest Pan nimi podekscytowany?

W tej chwili już nie. Po pierwsze się z nimi oswoiłem, nabrałem do nich dystansu. Nie mam rozbuchanego ego. Nawet jak ktoś mi powie: o, jakie fajne zdjęcie, to jest mi przyjemnie, ale mam jednak pełną świadomość, że ja dla tego kogoś jestem osobą kompletnie anonimową. Moim życiem rządzi przypadek. Fotografem zostałem przez przypadek. Pracując przy filmie, zacząłem pracować w CAFie. Spróbowałem, spodobało mi się i tak już zostało.

Dziękuję za rozmowę.

 

Prestiż  
Sierpień 2023