Adam Opatowicz
Zrobiliśmy skok. Teraz sprawdzimy, czy jest woda w basenie
Adam Opatowicz
Zrobiliśmy skok. Teraz sprawdzimy, czy jest woda w basenie
O kulisach budowy nowego Teatru Polskiego, dlaczego kojarzy się z niebem i piekłem, "złych językach”, które nie śpią, dlaczego nie było "oficjałki” na otwarciu, ambitnych planach i niezwykłym wysiłku całego zespołu, roli teatru w życiu człowieka oraz przyszłości szczecińskiej sceny w rozmowie z Adamem Opatowiczem, dyrektorem Teatru Polskiego w Szczecinie.
Kiedy kilka miesięcy temu spotkaliśmy się pytałem Pana o budowę nowego Teatru Polskiego. O to m.in. czy jego realizacja była spełnieniem Pańskiej wizji nowego obiektu. Pamięta Pan może co odpowiedział?
Nie.
No to przypomnę: "To nie jest rodzaj jakiegoś niezwykłego marzenia czy spekulacji. To konsekwencja wielu niekonsekwencji (śmiech) w wyborach i pomysłach. To jest również wspaniały przypadek, który jest znowu konsekwencją wielu przypadków i wielu splotów okoliczności”.
Przyjmując odpowiedzialność za prowadzenie Teatru Polskiego, nie miałem w głowie takich marzeń i one nie mogły mieć miejsca, dlatego, że to nie jest istotą prowadzenia teatru. Okoliczności związane z tym miejscem i jego sytuacją w rzeczywistości sprawiły, że chyba Szczecinowi był potrzebny obiekt teatralny z prawdziwego zdarzenia. Dlatego o tym wszystkim mówię, trochę abstrakcyjnie, że to jest jednak splot różnych przypadków. Niełatwo się podejmuje decyzje o budowie teatru i to nie ja te decyzje podejmowałem. Sugerowałem, że byłoby dobrze, gdyby się tak zdarzyło. Bo rzeczywiście Szczecin od zakończenia wojny cierpiał bardzo na brak obiektów kulturalnych, które byłyby przeznaczone do realizacji swoich programów, do swojej funkcji i przystosowanych do takiej działalności. Wszędzie to były jakieś adaptacje pomieszczeń, sal, ale nigdy obiekty z prawdziwego zdarzenia. A w ostatnich latach, można powiedzieć, mamy wysyp tych remontów, budów i uważam, że to jest dla Szczecina coś niezwykłego i coś pięknego.
W połowie lipca ruszyła sprzedaż biletów na przygotowywane przez teatr atrakcje sceniczne. Pan osobiście witał ludzi, którzy pojawili się przy kasach. To był taki zabieg PR-owy, czuł Pan taką potrzebę, żeby się spotkać z tymi widzami, a może ciekawość, chęć sprawdzenia czy przyjdą, ilu, co wzbudzi największe zainteresowanie? Widzowie atakowali drzwiami i oknami?
Atak był stosowny. Pewnie byłby większy, gdyby nie było sprzedaży internetowej, która teraz jest wszechobecna. 80 – 90 procent biletów sprzedajemy w tej chwili, zresztą nie tylko my, również wiele innych instytucji, przez internet. Tam rzeczywiście było prawdziwe uderzenie i bardzo przyjemne doznanie. A moja obecność na rozpoczęciu sprzedaży? Czuję się odpowiedzialny za to wszystko co tu się dzieje. Poza tym lubię swoją publiczność, odczuwam również te uczucia w stosunku do teatru. Nie mogłem nie być w takim momencie, jak powitanie pierwszych widzów.
I jak sobie radzą? Już wiedzą np. jak się poruszać po nowym obiekcie?
Uczymy się wszyscy tego obiektu, poznajemy go, również poprzez osoby, które do nas przychodzą, dzielą się swoimi wrażeniami. Dużo jest pozytywnych reakcji, a nawet bardzo pozytywnych. Choć jesteśmy trochę malkontentami: "a dlaczego to jest tak zrobione”. Konkurs był obiektywny. Duże grono osób, które zdecydowały o tym, że ten projekt wygrał, miało odpowiednie kompetencje i doświadczenie zawodowe. Umiało ten obiekt wpisać w miejsce, w którym się znalazł. Jest nietypowy i wszyscy na to zwracają uwagę. Może mało widoczny, mało wyeksponowany, bo ponad 80 procent teatru mieści się w skarpie, pod ziemią i to dosyć głęboko. Jesteśmy poniżej lustra wody rzeki Odry. Ta nietypowość miejsca rodziła, narzucała pewnego rodzaju rozwiązania architektoniczne. Nie można było sobie zrealizować wszystkiego, co by się chciało. Ale uważam, że panu profesorowi Romualdowi Loeglerowi sporo się udało w tym projekcie. Ładnie go wkomponował w tę skarpę, w tę relację ze starym budynkiem, z tą bliskością rzeki, z nietypowymi rozwiązaniami. W nowym budynku mamy pięć scen. To wszystko robi wrażenie i w dużej mierze jest właśnie pod ziemią.
Wspomniał Pan w jednym z wywiadów, że to takie "piekło – niebo”.
Coś takiego powiedziałem, tak. Miałem takie skojarzenie, bo jesteśmy dwupoziomowi i zrobiła mi się taka metafora rzeczywistości, w której żyjemy. Chodzimy po ziemi, ale odnosimy się do dwóch światów metafizycznych – do nieba i do piekła. Teatr jest czymś takim, jest sacrum i profanum i to się tutaj, w sposób taki fizyczny, dokonuje. Możemy być w niebie, ale możemy zejść do piekła. Nawet kolorystyką. Choć nawiązuje ona królewską czerwienią do tradycji dawnych teatrów.
Wybór czerwieni jako koloru przewodniego był od początku zamierzony?
Tak założył pan profesor Loegler. Niektórzy mówią, że to jest bardzo ostre działanie. Ale kiedyś to było naturalne. Potem zastanawiałem się: a jaki inny miałby być ten kolor – czarny, szary, biały, pomarańczowy, niebieski? Na któryś trzeba było się zdecydować. A czerwień ma swoją tradycję.
Wspomniał Pan o malkontentach. Nigdy ich nie brakuje. I tak było w przypadku budowy i modernizacji Teatru Polskiego. Pojawiały się przecież takie głosy np. nowa szklana bryła obiektu od strony ulicy Jana z Kolna zakrywa za dużo historycznego budynku, którego praktycznie zza niej nie widać albo że na dachu nowego budynku teatru aż się roi od wentylatorów, których na wizualizacjach nie było.
Głównie to nie są klimatyzatory, tylko urządzenia przeciwpożarowe. To sprawa bezpieczeństwa. Można dziurę znaleźć we wszystkim. Uważam, że skoro przepisy mówią, że coś takiego musi być, to trzeba sobie z tym poradzić. Jest przyroda, są artyści i za chwilę to miejsce będzie wyglądało inaczej. Trzeba dać mu trochę czasu. Myślimy o tym i sądzę, że w jakimś poważnym stopniu pewne określone działania niewątpliwie zmienią poetykę tego miejsca. Nie chciejmy wszystkiego od razu. Proszę sobie przypomnieć, jak wiele negatywnych głosów było o filharmonii. Byłem zdziwiony. A dziś to jest ikona miasta. W pierwszej chwili coś nas irytuje, mówimy: "jak coś takiego można było umieścić w środku miasta, nie wiadomo co to jest, jakaś bryła, która do niczego nie pasuje”. Tak jest ze sztuką. Ona ma swoim oddziaływaniem, poza wszystkimi innymi czynnikami, ma również prowokować. Sztuka to nie jest tylko rzecz do podobania się.
Ma budzić emocje, niepokoić, czasami szokować.
Ma zmuszać do myślenia. A że nigdy się nie zdarzyło i nie zdarzy, żeby wszyscy byli zadowoleni? No trudno. Zawsze ktoś powie: "a po co? dlaczego? a dlaczego tak, a nie inaczej?”. Normalna rzecz. Gdybyśmy mieli rozpatrzeć wszystkie głosy, to tak naprawdę nic by nie powstało.
Jesteśmy już po oficjalnym otwarciu. Nie było jakiejś wielkiej fety z tej okazji. A gdzie wstęga, nagrody, odznaczenia?
Nie po to jest to miejsce. Razem z marszałkiem województwa doszliśmy do wniosku, że przede wszystkim otwieramy to dla ludzi, dla publiczności. Staraliśmy się potraktować otwarcie jak najbardziej teatralnie. Bez tej całej otoczki, dziesiątek przemówień, całej tej nieartystycznej atmosfery. Chcielibyśmy, żeby to było naturalne i żeby to otwarcie było przedłużone w czasie, było czasem poznawania tego miejsca i żeby się toczyło przez wydarzenia, które się będą działy. Będziemy mieli dużo bardzo atrakcyjnych przedsięwzięć już po samej inauguracji. Nam zależy, żeby to miejsce żyło, energią teatru i sztuki, żeby nie było tylko faktem jednorazowym, splendorem tylko tego jednego momentu. Stosownie do tej sytuacji przygotowaliśmy wieczór oficjalny. Spektakl "Magia obłoków”, specjalnie zaproszeni goście, artyści związani z naszym teatrem m.in Andrzej Poniedzielski, Krzysztof Materna czy Janusz Józefowicz. Podczas uroczystości nasz nieżyjący, wspaniały aktor i kolega Jacek Polaczek został pośmiertnie odznaczony Medalem Gryfa Zachodniopomorskiego.
Otwarciu teatru towarzyszyła także premiera wystawy pt. "Europejski plakat teatralny i kabaretowy od końca IX wieku do lat 30. XX wieku” z kolekcji Muzeum Etnografii i Przemysłu Artystycznego Instytutu Etnologii Narodowej Akademii Nauk Ukrainy we Lwowie. To kilkadziesiąt plakatów reklamowych, m.in. przedstawień teatralnych, filmów, spektakli baletowych, oper, kabaretów, a nawet balów maskowych i pokazów gimnastyki. Wśród artystów, którzy są autorami prac, znaleźli się m.in. Henri de Toulouse-Lautrec, Alfons Mucha, Tadeusz Gronowski, Jules Cheret. Jednym z najsłynniejszych plakatów jest ten autorstwa Alfonsa Muchy do sztuki "Gismonda” w 1894 roku.
W najbliższym czasie teatr przygotowuje dwanaście premier. Przez pięć, sześć miesięcy, co dwa tygodnie, na jednej ze scen będzie miała miejsce premiera. Plany bardzo ambitne, bardzo duży wysiłek dla całego zespołu. Dacie radę?
Ten pierwszy sezon jest szczególny. Rozpoczęliśmy prace nad przedstawieniami ponad półtora roku temu. Wierzę, że uda nam się przeprowadzić cały program bezpiecznie. Dobierając repertuar do naszych możliwości, do sytuacji, w której jesteśmy. Chcieliśmy tą ilością, jak też jakością, nadać szczególną rangę temu miejscu, temu początkowi. W końcu mamy pięć scen. Musimy pokazać, że istniał sens ich zbudowania i żeby publiczność zobaczyła, jak to może funkcjonować, jak to może żyć.
Dwanaście premier, to także potężny wysiłek dla aktorów, dla całego zespołu.
Może myśleliśmy o tym najmniej (śmiech). Czasami myślę, że to, co robimy, wymaga trochę z ekwilibrystyki cyrkowej. A mierzymy wyżej ponad możliwości. Gdybyśmy zakładali, że zrobimy tylko to, co może umiemy zrobić, jeżeli byśmy sobie nie zawieszali poprzeczek wyżej, to byśmy do paru rzeczy nie doszli. Ambitni jesteśmy. To nie jest jakiś wymyślony specjalnie zabieg. Po prostu wewnętrznie czułem to i mówiłem o tym koleżankom i kolegom. Tak powinniśmy zrobić. Oni mi zaufali, ja im ufam. Mamy codziennie próby, jesteśmy tu od rana do wieczora. Muszę wierzyć, że się uda. Nie mogę mieć wątpliwości, nawet jeśli one są. Budzę się i mówię: tak, damy radę.
Nie ma jeszcze nerwowego kołatania serca, przysłowiowego "reisefieber”?
Dygot prędko nas nie opuści. Jeszcze nie zetknęliśmy się z widzem, to będzie ekscytujące, poczujemy to na własnej skórze. Mam nadzieję, że na tej fali popłyniemy. Znowu to jest założenie przypuszczające (śmiech). Ale inaczej być nie może. Jestem podekscytowany, trochę jak małe dziecko, które dostało kolejkę (śmiech), o której marzyło od lat. Zrobiliśmy skok. Teraz sprawdzimy, czy jest woda w basenie (śmiech) i jaka ona jest, jak jest głęboko.
Ale przecież szczecińska publiczność Was uwielbia.
Mieliśmy i mamy tego dowody. Spotykałem się ostatnimi miesiącami naprawdę z niezwykłymi sytuacjami. Na ulicy, w sklepach, różnych instytucjach. Ludzie się uśmiechają, zatrzymują, pytają, kiedy otwieramy teatr, co będzie na początek, jak to będzie wyglądać. Czułem i czuję, że zainteresowanie jest ogromne.
To ciekawe zjawisko. Bo przecież dużo i głośno mówi się o tym, że ludzie odwracają się od teatru i kultury przez duże K. Wolą spędzać czas przed komputerami i telewizorami.
Jestem przekonany, że jest na odwrót. Czuję, że następuje przesyt multimedialny. Poważnie się zastanawiam, dlaczego teatr jest jedną z najstarszych sztuk. Pojawił się kilkaset lat przed naszą erą, w starożytnej Grecji. To był niezwykły, ogromny wysiłek jak tamci, dawni ludzie wykonywali, żeby wybudować nie jeden, ale dziesiątki wielkich teatrów z kamienia. Na kilka, kilkanaście tysięcy ludzi i przygotowywali przedstawienia, na które ciągnęły tłumy. Po to, by przeżywać sztukę, rodzaj jakiegoś uniesienia, emocji. Nie da ich człowiekowi telewizor, czy komputerowy monitor. Do teatru bardzo często przychodzimy z bliskimi, przyjaciółmi. Emocjonalność bycia w tym miejscu, wspólnego przeżywania sztuki, to jest przeżycie metafizyczne, religijne wręcz. To jest potrzeba uczestniczenia w jakiejś formie liturgii, jakiegoś religijnego uniesienia. Tak o tym myślę i historia przez wieki to potwierdziła. Wiele razy mówiono, że teatr już się kończy, że to jakiś anachronizm. Okazuje się, że nie. Jestem o tym głęboko przekonany. Rolą artystów jest wyjść naprzeciw oczekiwaniom widza, żeby to było odczuwalne, dawało szansę tych przeżyć emocjonalnych. Po to jest teatr, żeby człowiek mógł lżej znosić swój los.
Pięć scen w nowym budynku teatru. A na nich klasyka, ale i nowoczesność. Pozwoli to na realizację pewnych, nietypowych przedsięwzięć, na które do tej pory nie mieliście możliwości.
Mamy znakomite, świetnie przygotowane sceny m.in. do musicalu, przedstawień muzycznych. Będzie ich dużo. Będzie scena do wielkiej, światowej oraz polskiej klasyki, czyli Scena Szekspirowska. Nie oszukujmy się, na tej małej scence, którą do tej pory mieliśmy, nie dało się pewnych rzeczy zrobić tak, jakby się chciało. W nowym budynku te możliwości będą dużo większe. Dające szansę na inscenizacyjny rozmach.
Co ze sceną kabaretową – Czarnym Rudym Kotem?
Pozostaje jako skamielina (śmiech). To jest jedyne miejsce, które praktycznie się nie zmieniło. Zrobiliśmy wszystko, aby ocalić to miejsce, aby był to taki zakątek, który nas kotwiczy w tradycji.
Fama o nowym teatrze rozniosła się po kraju. Pana biuro już jest zalewane prośbami o zatrudnienie kierowanymi przez aktorów, reżyserów, scenografów z innych teatrów?
Zainteresowanie jest duże. Czy to jest tsunami? Nie. Jeszcze nie. To zainteresowanie na razie jest wystarczające (śmiech). Chciałoby się powiedzieć, że może już wystarczy. (śmiech) Ale tak na poważnie i naprawdę, myślę, że to dopiero przyjdzie, to personalne tsunami. Jest jeszcze pewien rodzaj oczekiwania, zobaczymy co będzie.
Oczekiwania pozytywnego, czy może negatywnego – a może się "wywrócą”, "wywalą”, nie podołają?
Powiedzmy, że nawet gdybyśmy się "wywalili”, że polegniemy. Zapewniam wszystkich, że za chwilę przyjdą następne pokolenia. Przecież to nie jest tylko dla nas. Dla nas to jest moment. Ten obiekt jest, mam nadzieję, na dziesiątki lat. I przyjdą po nas artyści, którzy zrobią z tego niezwykłe rzeczy. Może oni dopiero biegają po piaskownicy lub podwórkach i jeszcze o tym nie wiedzą. Ale za 20,30 lat może to być niezwykły teatr, niezwykłe miejsce. Nasz sukces czy porażka nie mają kompletnie żadnego znaczenia. To miejsce się obroni, artystami, którzy tu kiedyś przyjdą.
Wydaje się, że chyba jednak jesteście skazani na sukces.
A cóż to jest sukces? O, tyle! (pstryknięcie palcami). Będzie dobrze jak ludzie będą mieli poczucie, że się tu świetnie czują. A mam takie wewnętrzne przekonanie, że tak będzie. Bo to miejsce ma swoją magię.




