Tabula rasa, Bildungsroman, a może kolejna wersja „Barbie” tyle, że z cipką. Jeszcze inni w tym filmowym poemacie upatrują osobliwej egzemplifikacji satyry menippejskiej. Czy to film o feminizmie czy mizogini? Ja zaś widzę w Belli Baxter i „Biednych istotach” kolejne wcielenie Kaspara Hausera. Norymberski eksperyment przybiera tu jednak nieoczekiwany obrót i role się odwracają. Obserwowana staje się obserwatorem. Nas. Ludzi.

Pod względem wizualnym nowy obraz Lánthimos’a zaskakuje. I właściwie ów „obraz” jako synonim słowa „film”, definiuje to wyczerpująco. Wydaje się, że reżyser „Biednych istot” postanowił ścigać się z wizualną kreatywnością Wesa Andersona. Kostiumy, aranżacje wnętrz (Zsuzsa Mihalek), a przede wszystkim fantastyczne portrety miast to niemal baśniowe koncepty (James Price). Trudno umiejscowić akcje w konkretnym czasie, najbliżej temu do modernistycznego baroku z industrialnym, pozytywistycznym zacięciem. Rozdarcie albo walka serca z rozumem, między swego rodzaju romantyzmem a oświeceniowym empiryzmem, wyznacza rytm akcji i jednocześnie zachowania (w progresie) czy charaktery bohaterów.

Film jest niezwykle teatralny. Widać to w konstrukcjach postaci, aktorskich technikach uosobionych w pewnym szerokim geście, dość zaskakującym dla świata filmu. Trzeba też zobaczyć scenę tańca na balu na statku. To wyraźne nawiązanie do kultowej już choreografii Jenny Ortegi vel Wednesday Addams. Jednym z głównych bohaterów opowieści Lánthimos’a jest też język. Przeobrażenie Belly odbywa się na poziomie fizycznym – to coraz sprawniejsza koordynacja mózgu z ciałem, ale przede wszystkim coraz bardziej świadoma kompetencja językowa. Na początku jej zdania są schematyczne, proste, pourywane, a w finale posługuje się już językiem wysublimowanym. Poetycki angielski, precyzyjnie akcentowany. To niemal muzyka.

„Biedne istoty” to odważna eksplozja naturalizmu. Nieposkromiona nimfomania zwieńczona zmysłowym sapioseksualizmem. Lánthimos przekracza tu wszystko co można w kinie przekroczyć. Gdy po kolejnej odważnej scenie, myślisz, że dalej już pójść nie można, a ta dzieje się kilka sekund później. A, że zawsze apetyt rośnie w miarę jedzenia (oglądania)…

Bella Baxter Emmy Stone to kreacja zjawiskowa! Aktorka może być pewna, że stworzyła rolę kultową, chcę wierzyć, że Oskarową. Bez cienia wątpliwości jej postać na długie lata znajdzie swoje miejsce w przestrzeni kultury nie tylko popularnej. Podobnie Willem Dafoe i jego Dr Godwin Baxter. To nie tylko niesamowita charakteryzacja, ale aktorska brawura. Mniej zachwytu widzę dla kreacji Ramy’ego Youssef’a. Jego Max McCandless jest ciekawy, ale bez szału. Z kolei Metamorfoza Christopher’a Abbott’a w rubasznego Alfie’go Blessington’a zachwyca! Szczególnie w finałowych scenach, gdy jego postacią zawładnął obłęd. Nie da się nie zauważyć oryginalnej roili Kathryn Hunter jako burdel-mamy – Swiney czy Hanny Schygulli (widzianej w ostatnich produkcjach François Ozona) jako cudownej Marthy Von Kurtzroc.

Kim są tytułowe „Biedne istoty”? Yórgos Lánthimos pyta i daje prostą odpowiedzieć. To wcale nie te eksperymentalne twory (stwory?) dra Godwina Baxtera. To My, ludzie. Niezależnie od czasu czy miejsca. Jesteśmy straszni, obleśni, obrzydliwi, złośliwi, brutalni. Ot z natury źli. Ale tu znów wraca ów przywołany przeze mnie Kaspar Hauser. Natura czy kultura?

 

Prestiż  
Marzec 2024