"Strefa interesów"
reż. Jonathan Glazer
Sednem (ekhm) „Stefy interesów” jest dość beztroskie podglądanie familii Rudolfa Hössa - SS-Obersturmbannführer’a, komendanta niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Taki prototyp Big Brothera, a właściwie Großer Bruder. Oglądamy sielankowe sceny z codziennego życia, ba z najwyższą uwagą śledzimy trywialne domowe czynności. Nie było by w nich dziwnego, gdyby nie ich tło. Modernistyczna willa Hössów stoi tuż przy wysokim murze zwieńczonym chaotyczną plątaniną drutu kolczastego. Im więcej uwagi poświęcamy trudom wychowania dzieci, gotowaniu obiadów, użycia mopa albo szmatek do kurzu tym bardziej zapominamy o tym co dzieje się za przerażającym ogrodzeniem. Może te czynności są ważniejsze? Istotniejsze. Cenniejsze. A może oni wcale nie wiedzą co się tam dzieje? Im bardziej widz zatapia się w ten film, tym bardziej zmysły płatają (przepraszam) figla.
Ten film jest niemal pozbawiony opowieści. Owszem wszystko toczy się w zgodzie z linearnym porządkiem historycznych faktów, lecz tego na ekranie nie widzimy. Najważniejsze dzieje się poza kadrem, wzmacniając siłę i pokusy wyobraźni. Czasami tylko symbolicznie zaznaczając „zdarzenia”, których należy się domyślić. Tymi najwyraźniejszymi są dym z komina krematorium albo kłęby pary lokomotywy spalinowej dowożącej kolejnych więźniów.
Produkcja Glazera to niespotykana dotychczas symbioza wizji ze dźwiękiem. Nie mylić z muzyką. Wszystko to co w filmie najważniejsze, a czego z premedytacją nie oglądamy na ekranie, znalazło się w przestrzeni audio. To przerażające odgłosy dochodzące z obozu koncentracyjnego – tak palenie ludzi ma swój dźwięk! To nieustanna kakofonia dźwięków przemocy i cierpienia. Coś trudnego do wytrzymania, coś co przez cały film uwiera i uciska… Te dźwięki bolą. A to wszystko dzieje się przy niewiarygodnym skupieniu i napięciu widzów. Przez bite dwie godziny na widowni panuje totalna cisza. Ktoś kto kupił popcorn, musi po chwili odłożyć go na bok i skonsumować po projekcji.
Te niesłychane formalne zabiegi, znacznie wykraczają poza sztukę filmową, a kierują uwagę w przestrzeń metodyki zaawansowanej psychologii. To zmusza do jeszcze głębszej refleksji, także w wymiarze związanym ze złem, przemocą i okrucieństwem jako takim. A z pewnością wskazuje na uniwersalność przesłania, bo co się dziś dzieje na świecie…
Na osobną uwagę zasługuje praca kamery Łukasza Żala. To jest wręcz organiczne. Z jednej strony jego obiektyw bezczelnie i bez skrępowania podgląda, by za chwilę… ukrywać. Żal balansuje w swoich zdjęciach między banałem a eksperymentem. Całość jego filmowego portretu to bez cienia wątpliwości to drugie. Wspaniałe wyczucie i niespotykane uczucie!
W roili Rudolfa oglądamy Christiana Friedla. Charakteryzacja zadbała by jota w jotę przypominał pierwowzór – to podgolone skronie i przylizane, zaczesane do tyłu włosy. Udało mu się pozbawić swoją postać jakichkolwiek emocji. Mimo to jest w tej roli i coś nieprawdziwego, tak jakby Friedl wciąż od niej uciekał. I chyba trudno się dziwić, ale niestety ma to wpływ na jej ocenę i zrozumienie.
Sandra Hüller zaś jest tu bliska transfiguracyjnej brawury. Zdaje się nie uciekać przed potwornością swojej bohaterki, próbuje ją zrozumieć i pokazać w sposób absolutnie obiektywny. Zupełnie bez czułości, ale z porażającą prawdziwością. Bezczelna śmiałość i pewność z jaką wciela się w żonę Hössa jest imponująca. To zresztą druga w tym roku jest mistrzowska kreacja, po znakomitej roli w „Anatomii upadku”. Hüller staje się aktorką wybitną. To wyraźnie jej czas!




