"Anatomia upadku"
reżyseria Justine Triet
"Anatomia upadku"
reżyseria Justine Triet
Filmowa lekcja „Anatomii upadku” Justine Triet wciąga niczym słynna malarska „Lekcja anatomii doktora Tulpa” Rembrandta. Z subtelną różnicą: Triet przeprowadza ją na żywych organizmach. Można się zatracić w tej wysublimowanej grze na emocjach i z emocjami. Niezły mózgotrzep! Oscar, Złoty Glob oraz Nagroda BAFTA za najlepszy scenariusz oryginalny jak najbardziej zasłużone! Laur Europejskiej Akademii Filmowej, Złota Palma w Cannes oraz Cezar za najlepszy film – także!
Sandra i Samuel – małżeństwo w dość wybuchowym kryzysie. Oboje to uznani literaci o porównywalnie wrażliwym… ego. Ich niewidomy syn Daniel, jest rezolutnym chłopakiem, który stracił wzrok podczas wypadku, o który obwinia się Samuel. Podczas nieobecności młodego dochodzi do tajemniczego zdarzenia, w którym ginie jego ojciec. Samobójstwo? Wypadek? Morderstwo? I tu się zaczyna! Najwyższy Sąd postanawia ustalić jak doszło do śmierci – stawia Sandrę Voyter w stan oskarżenia. Widzowie są zaś „powołani” na świadków tyleż wnikliwego, co wyczerpującego procesu z wykorzystaniem wszelkich możliwych technik śledczych. Przy okazji dokona się tytułowa anatomia upadku: rozłożenie emocji bohaterów na czynniki absolutnie pierwsze. Intymne. Wstydliwe. Poruszające. Przede wszystkim jednak zaskakujące, burzące stereotypy, szczególnie dotyczące genderowych konwenansów. Dostanie się też artystycznej naiwności.
Tak jak szkiełka w kalejdoskopie zmieniają swoje położenie układając się w nowe wzory, tak My (widzowie) będziemy zmieniać zdanie. Na zmianę wskazywać winną, winnych, winnego… Nie bez znaczenia jest tu postać nieustępliwego prokuratora, w znakomitej interpretacji Antoine’a Reinartz’a. Nie przekonał mnie aktorsko jego negatyw (choć pozytywny przecież) czyli Swann Arlaud jako obrońca Vincent Renzi. Spokojnie, nie zdradzę finału, bo popsułoby to całkowicie „przyjemność” oglądania dzieła Justine Triet. Dopowiem jedynie, że wspaniały jest wątek zrównania literackiej fikcji z rzeczywistością! I to, że w triumfie „prawdy” tak istotny okazał się… ciiii!
Obok świetnego scenariusza, za sukcesem filmu Triet stoi błyskotliwa kreacja Sandry Hüller. Aktorka igra z emocjami filmowych partnerów i kinowych widzów. Trzeba zobaczyć jej subtelne grymasy, niespokojne spojrzenie, a wreszcie niesłychane napięcie, strach, nadzieję, ból, wątpliwości… Tylko czy to wszystko jest prawdziwe? Może ona (czyt. jej bohaterka) udaje / oszukuje? Jeśli szukać praktycznego przedstawienia istoty aktorskiej brawury, w rozumieniu „poruszania się” po skrajnościach, to można ją odnaleźć właśnie w portrecie Sandry Voyter. To postać nieoczywista – nie sposób jej zakwalifikować – ani po stronie dobra ani zła. Jest chorobliwie ambitna, ale też przebiegła i sprytna, do tego nieustannie wkurzona, ale jednocześnie pełna dystansu i szczerej miłości (także matczynej). To buzujący kocioł skrajnie reagujących na siebie składników. I Hüller umie to przekonująco pokazać!
Formalnie to kameralne i oszczędne kino z planami ograniczonym niemal wyłącznie do willi położonej na zboczu francuskich Alp oraz dusznej sali sądowej. Siłą produkcji jest przede wszystkim znakomicie napisany scenariusz Justine Triet (jednocześnie reżyserki filmu) z dramaturgiczną linką napiętą do maksimum możliwości, będącą nieustannie na granicy spektakularnego rozerwania. Tak intensywny tekst, a właściwie laboratorium wrażliwości i intymności mogła napisać tylko kobieta. Oskarżenie i sądowy proces stają się jedynie pretekstem do wnikliwego spojrzenia w ludzką naturą.




