Szczecińska kostka brukowa jest najpiękniejsza na świecie! Wiele w życiu widziałem kostek brukowych, ale żadna inna nie dorównuje urodą i powabem szlifu naszej. Stąpanie po szczecińskiej kostce brukowej – subtelnej, majestatycznej i wybrzuszonej w niedościgłych proporcjach – onieśmiela, bo jakże mogłoby być inaczej? Onieśmieleni mieszkańcy Szczecina unikają więc stąpania po swojej ukochanej i zasłużenie dumnej kostce brukowej. Nie zdarzyło mi się widzieć, żeby ktoś przechodził przez szczeciński Rynek na nowym „starym mieście”. Unikam stąpania po tej zasłużonej dla obrazu dziedzictwa lokalnego kostce brukowej i ja. Ale jednak głównie z troski o moje własne kostki u nóg.

Są wakacje. Ruszamy więc tłumnie nad morze, żeby swoje wybielałe i zbolałe ciała oddać tam procesom rewitalizacji. Służą nam w tym dziele zarówno promienie słoneczne, opary jodu jak i gofry z posypką, placki ziemniaczane z gulaszem oraz oczy zielone. Wszystkie te potrzeby są dla mnie zrozumiałe, bo sam po nie – z wyłączeniem posypki − chętnie czasem sięgam. Choć gdybym tak już miał być całkiem szczery, to oczy zielone akceptuję tylko w towarzystwie rudej na myszach. No ale ok, tak czy inaczej rozumiem ten pęd. Jak to się jednak dzieje, że jakaś część spośród nas, zamiast regenerować wybielałe i zbolałe ciała, katuje je mozolną wędrówką szlakiem jakichś starych kamuchów? Tego nie wiem.

Niektóre stare kamuchy układają się w piękne kształty. Na przykład przybierają postać katedry Notre Dame, pałacu Taj Mahal albo rzymskiego Colosseum. Proporcje, harmonia, kunszt detalu. Jest co podziwiać. Ale są przecież i takie kamuchy, które wabią skutecznie jedynie tabliczką z napisem „zabytek”. Stare, historyczne, dające świadectwo, stanowiące dziedzictwo, a więc warte uwagi. Ale czy na pewno warte? Dlaczego warte? I jak wytężona ma być ta uwaga? Rzut oka wystarczy? Nasza uwaga nie jest przecież z gumy. Może powinniśmy nią oszczędnie gospodarować? Tyle, że to nie jest wcale proste, bo nasza uwaga bardzo jest nieposłuszna. Chętnie poddaje się manipulacji.

21 sierpnia 1911 roku, Vincenzo Peruggia, włoski pracownik muzeum, ukradł z Luwru „Monę Lisę”, mało komu znany wtedy obraz Leonarda da Vinci. Peruggia, który pracował przy instalacji szklanych osłon ochronnych na obrazach, ukrył się w muzeum na noc. Następnego ranka, ubrany w biały fartuch roboczy, wszedł do sali, zdjął obraz ze ściany, usunął ramę i ukrył dzieło pod płaszczem, po czym opuścił budynek. Kradzież „Mony Lisy” szybko stała się międzynarodową sensacją szeroko opisywaną we wszystkich mediach. W 1913 roku, po ponad dwóch latach od kradzieży, Peruggia został zatrzymany podczas próby sprzedaży obrazu. Dzieło Leonarda da Vinci zostało triumfalnie zwrócone do Luwru, co spotkało się z wielkim entuzjazmem publiczności i mediów. Miliony turystów przybywają do Luwru, żeby zobaczyć ten słynny obraz na własne oczy, co skłania kolejne miliony do tego samego. Podejrzewam, że gdyby nie limity w sprzedaży biletów, nie dałoby się dziś oglądać Mony Lisy inaczej niż przez lornetkę.

Moja pra, pra, pra… babka Amelia (a może Zofia, Bożysława albo Helena) urodziła się gdzieś tak w okolicach 1489 roku w miejscowości Sadów koło Koszęcina. Z tego co wiem, najpierw była bardzo grzecznym dzieckiem, a potem wzorową parafianką. Przez całe swoje długie czterdziestopięcioletnie życie nie opuściła ani jednaj mszy odprawianej w miejscowym kościele. Przychodziła zawsze przed czasem, żeby usiąść w pierwszej ławce i z lubością przypatrywać się pochodowi wszystkich Świętych odmalowanemu na freskach w prezbiterium. Jej uwagę przyciągała najsilniej święta Anna Samotrzecia, a zaraz potem święty Wawrzyniec. Moja pra, pra, pra… babka Amelia znała i rozumiała każdy namalowany na ścianach kościoła w Sadowie detal. Może dlatego, że nigdy w życiu nie była dalej niż w Koszęcinie, a może dlatego, że nie miała smartfona, ani nawet Netflixa.

Mam wstydliwe wakacyjne upodobanie, do którego muszę się teraz przyznać. Otóż nie potrafię się powstrzymać, by podczas śniadań w hotelowych restauracjach nie zaglądać do cudzych talerzy. To fascynujące jak misterne pojawiają się na talerzach tych konstrukcje. Generalnie – jak się domyślam – ich autorom chodzi o to, żeby tak ułożyć gromadzone w bufecie potrawy, by pobić rekord wysokości (słyszałem, że najlepszy wynik to metr dwadzieścia). Na spód idą zwykle smażone jaja, potem warstwa fasolki, plastry bekonu i parówki. Na to sterty pieczywa tostowego i – to dla zdrowia – liść sałaty. Środkową warstwę stanowią przeważnie: biały ser, salami, śledź w śmietanie oraz makaron spaghetti. Na szczycie konstrukcji, gdzieś tak na siedemdziesiątym centymetrze piętrzą się dumnie drożdżówki, banany, dżem śliwkowy, masło oraz jogurty o smaku truskawkowym. Moje własne konstrukcje nie są aż tak strzeliste, ale i tak wszystkie pieczołowicie zgromadzone przeze mnie smaki zabijają się nawzajem.

Biegamy dziś po muzeach jak po sklepach w galerii handlowej. Nie ma to nic wspólnego z kontemplacją sztuki. Podobno Wisława Szymborska lubiła wejść do muzeum i tam obejrzeć tylko jeden obraz. Wiem to z wywiadu udzielonego przez prof. Marię Poprzędzką Gazecie Wyborczej. Zapisałem sobie taki fragment: „Nie dajmy się zakrzyczeć muzealnym eksponatom. One do nas wołają: Patrz na mnie! Jestem tutaj po to, byś mnie podziwiał! Muzeum pozbawiło je pierwotnych funkcji, dla których zostały stworzone. Tryptyk w muzeum to przecież zupełnie coś innego niż tryptyk na kościelnym ołtarzu. Jest tylko obiektem do oglądania, otoczonym przez setki podobnych, którym też odebrano inne niż ekspozycyjne wartości”. Ten cytat może rodzić myśl, że wszystkie obiekty kultu należy zachować w oryginalnym otoczeniu. Nie wszystkie! Miejsce szczecińskiej kostki brukowej jest w muzeum.

 

Prestiż  
Czerwiec 2024