Postanowiłem zostać dyktatorem. Poradzę sobie świetnie, mimo że słabo do tej roli się nadaję. Od razu zaznaczę, że moja dyktatura nie będzie krwawa. Los krwawiących poddanych mógłby mnie niepotrzebnie wzruszyć, a tym samym osłabić poziom determinacji w dążeniu do celu. Zresztą, przemocą się brzydzę, zwłaszcza fizyczną. Zostanę dyktatorem wciskając ludziom kit.

Na ścieżkę dyktatorskiej kariery pchnęły mnie sukcesy moich starszych kolegów po fachu, których z uwagą podpatruję. Nietrudno zauważyć, że Victor, Recep, Abdel, Binjamin, Xi, Jair, Aleksandr, Wladimir – choć trudno ustawić ich w jednym szeregu – mają ewidentnie dwie cechy wspólne. Pierwsza to zero skrupułów, a druga to wybitna sprawność w robieniu ludziom wody z mózgu. Krótko mówiąc, to nie żaden ukończony Harvard czy Oxford ani IQ na poziomie Einsteina wyniosły ich na szczyt.

Zastanawiałem się czy mam wystarczająco parszywy charakter, żeby kit wciskać ludziom z tak niecną intencją. Szybko uznałem jednak, że parszywość mojego charakteru mieści się w granicach stanów średnich, co powinno wystarczyć. Najnowsze badania, a też i życiowe obserwacje pokazują, że drzemiące w nas – osobnikach rodzaju ludzkiego – potencjały zła są dość głębokie, więc w razie czego będę miał gdzie sięgać.

W zasadzie nie powinienem zdradzać swojego planu działania, ale ryzyko, że ktoś moje aspiracje potraktuje poważnie oceniam jako marginalne. Zresztą, historyczne obserwacje pokazują, że istotna część każdej populacji nie tylko nie obawia się bezkrwawych dyktatorów, ale nawet ich szczerze miłuje. Trudno mieć przecież o cokolwiek do siebie pretensje, jak się żyje w dyktaturze. Taki bezkrwawy dyktator głowy nie utnie, a odpowiedzialność z niej zdejmie.

O ileż przyjemniej się narzeka w poczuciu zbiorowego zniewolenia. Cóż za komfort. Można sobie jęczeć do woli, bez obawy, że te jęki odebrane zostaną jako bezpodstawne. Nie jestem przeciwny narzekaniu poddanych. Tylko zacofani dyktatorzy starej daty uważają, że każdy przejaw niezadowolenia trzeba tłumić w zarodku, najlepiej krwawo. Cóż za bezsens. My, oświeceni, nowocześni dyktatorzy przyszłości, skłonność do narzekania traktujemy instrumentalnie. Podsuwamy po prostu właściwe tematy.

Najlepiej sprawdzają się afery. My, dyktatorzy nowej ery – jak to się pięknie rymuje – odkryliśmy, że swoich łupiestw i bezeceństw wcale nie musimy ukrywać. Trzeba jedynie dbać, żeby było ich dużo, a każde następne większe od poprzedniego. Nasi poddani przyzwyczajają się do kolejnych afer bardzo szybko i coraz bardziej na nie obojętnieją. W sumie im ich więcej tym lepiej. Obojętności poddanych sprzyja oczywiście, sączona systematycznie informacja, że kradną wszyscy. „Znikąd ratunku, siedźmy na dupie”.

Zobojętniali poddani – trzeba mieć tego świadomość – i tak będą narzekać. Nie szkodzi! Ważne, że się nie zbuntują. Niemniej, pozostawienie ich w takim stanie na dłużej byłoby bardzo nieroztropne. Kto wie, co by na takim nieuprawianym umysłowym ugorze mogło wyrosnąć? Swoje ziarna mogliby tam rzucić – tfu, że też mi to przechodzi przez usta – jacyś nowi Michnikowie, Kuroniowie, Havlovie, Mandelowie albo inne wolnościowe belzebuby.

Najlepiej wypełnić umysły poddanych figurą wroga. Wróg sprawdza się doskonale, bo nie tylko mobilizuje uwagę i pobudza emocje, ale jeszcze tworzy szeroki front wzajemnych ostrzeżeń. Pykniemy na przykład od niechcenia informacyjkę, o tym, że szczepionki grożą autyzmem, a zaniepokojony lud już ją sam pięknie poniesie w świat, czyli rozkolportuje. Cóż za oszczędność środków. Jak wiadomo, tradycyjna propaganda niemało kosztuje.

Jest jeszcze jedna – być może najważniejsza – korzyść z posiadania wroga. Przestraszony nie na żarty lud chętnie chroni się w troskliwych objęciach swojego pana, czyli na niego głosuje w „wolnych” wyborach. Tak więc my, światli dyktatorzy straszymy czym się tylko da. Świetnie sprawdzają się Niemcy, Bruksela, Davos, LGBT, spiski, elektryki, wiatraki, nożownicy z Ukrainy, dusiciele z Nigerii, gwałciciele z Marsa albo nawet sputniki z innej galaktyki.

Moja, zbliżająca się wielkimi krokami dyktatorska kariera byłaby niemożliwa, gdyby nie wspaniały rozwój mediów społecznościowych. Tak się cudownie składa, że moje i mediów społecznościowych interesy idą w parze. Cel konstruowanych przez nie algorytmów jest prosty: utrzymać użytkownika na swojej platformie jak najdłużej. A jak to osiągnąć? To proste: podsuwając treści, które oburzają, straszą, wywołują poruszenie, tworzą podziały, skłaniają do udostępniania. Thank you, Mark! Thank Elon so much!

……….

Felieton został zainspirowany lekturą książek: „W trybach chaosu. Jak media społecznościowe przeprogramowały nasze umysły i nasz świat” Maxa Fishera, „Spin Dyktatorzy. Nowe oblicza tyranii w XXI wieku”, Sergeia Gurieva i Daniela Treismana, „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” Anny Mierżyńskiej.

 

Prestiż  
Listopad 2024