Czy Francis Ford Coppola tworząc "Megalopolis" się pogubił? Zwariował? Czy tak pokrętny obraz został opracowany z jakąś niesłychana premedytacją? Nie wiem. Po co ten film został nakręcony? Jakie jest jego przesłanie? Nie wiem. Wiem jednak to, że… „Megalopolis” należy zobaczyć. Serio! Dawno nie było na ekranach filmu, który pozostawiałby w widzu tyle sprzeczności, niejasności, wątpliwości.

Intryga? Dobre pytanie. Odpowiedź: nie wiem. Albo inaczej, wiem, ale nie jestem wstanie tego w sposób czytelny, zwięzły czy wreszcie logiczny napisać. Zgodnie z zapowiedzią na początkowej planszy to baśń, ale powinniśmy jeszcze dodać, jeszcze operę mydlaną, komedię romantyczną, science oraz political-fiction, kryminał, thriller, a nawet film kostiumowy, historyczny.

Akcja toczy się w Nowym Jorku, który nosi miano Nowego Rzymu. Odniesienia do starożytnego imperium mają kluczowe znaczenie dla znaczeń narracji. Akcja dzieje się w XXI wieku, jednak kolejne akcenty temu przeczą, choćby niektóre analogowe czy archaiczne technologie. Jednoznaczne określenie czasu utrudniają wspomniane nawiązania do starożytnego Rzymu (fryzury, kostiumy, obyczaje), ale także mroczne klimaty rodem z komiksów („Sin City”).

Osoby dramatu to festiwal osobliwych osobistości. Tak można, albo nawet trzeba doszukiwać się w nich śladów postaci powoływanych przez Coppolę we wcześniejszych obrazach. Cesar Catilina (Adam Driver) to uhonorowany Noblem wybitny naukowiec, wizjoner i architekt, wynalazca rewolucyjnego tworzywa – Megalonu, które ma szansę odmienić dotychczas znany świat. Catlina wykorzystując swoje odkrycie dąży do zbudowania idealnego miasta przyszłości, co ułatwi mu pewien niespodziewany wypadek. Jego antagonistą jest radykalny burmistrz Cicero (Giancarlo Esposito). Współpracowniczką, a później kochanką zostaje Julia (Nathalie Emmanuel), córka Cicero. Do tego dochodzi jeszcze mafijna (sic!) familia multibankiera Hamiltona Crassusa III (Jon Voight), w tym szczególnie chciwych, bezwzględnych i bezdusznych Clodio Pulchera (Shia LaBeouf) oraz Wow Platinum (Aubrey Plaza).

Ocena aktorstwa w „Megalopolis” jest karkołomnym zadaniem. Czasami miałem wrażenie, że każdy z aktorów gra w nieco innych filmie, a czasami nawet kilku na raz. Driver jest z pewnością intrygujący, Emmanuel subtelna i zmysłowa, LaBeouf i Plaza świetnie oddają podłą naturę swoich bohaterów, podobnie jak trafnie sportretowali swoje postaci Esposito i Voight. Ten ostatni dał się zapamiętać wyraźniej! Co smutne i dziwne, ale Dustin Hoffman (jako Nush Berman) „przemazał” się jedynie na ekranie bez większej podniety widzów. Rolą, którą się zauroczyłem był brawurowy epizod Kataryn Hunter jako Teresa, żona burmistrza Nowego Rzymu. Ocenę aktorskich kreacji utrudnia niespójny scenariusz i takowe dialogi.

Nie sposób za to odmówić filmowi wizualnego rozmachu. Rzymskie uczty pełne cesarskiego rozmachu! Taaak! Poetyckie w takim monumentalnym znaczeniu są sceny podróży po ulicach Nowego Rzymu z rozpadającymi się wielkimi antycznymi posągami. Udała się Coppoli sekwencja igrzysk/ślubu. To najprawdziwsza filmowa wirtuozeria, by nie rzec, że kinematograficzny, trwający kilkanaście minut orgazm. Nie udały się natomiast tandetne efekty specjalne miasta zbudowanego z Megalonu, wyglądające jak wizualizacje studentów architektury pierwszego roku.

„Megalopolis” próbuje być filmem z przyszłości, ale osadzonym w świecie czerpiącym ze starożytności. To wielowątkowa epopeja o potrzebie naprawy albo redefinicji świata. Obserwując naszą obrzydliwą codzienność nie sposób się z tym nie zgodzić. A co do formalności: proszę spojrzeć na metrykę Coppoli? Nikt już nie zrobi takiego filmu. Catilina, główny bohater „Megalopolis” ma nadprzyrodzoną umiejętność zatrzymywania czasu, co przekłada się na wspaniałe filmowe sceny. Mogę się jedynie domyślać, że Francis Ford Coppola tym dziełem także chciał zatrzymać, albo chociaż spowolnić czas. Udało mu się? Nie wiem.

 

Prestiż  
Listopad 2024