Fotografia rysowana światłem
Nie lubi bufonady i wielkich słów na temat swojej twórczości. Woli krótko: Janusz Szałański – fotografik, plastyk, architekt. Ale nacisk kładzie przede wszystkim na dwie swoje pasje – fotografię artystyczną i malarstwo. Honorowy członek Szczecińskiego Towarzystwa Fotograficznego. Zdobywca wielu nagród i wyróżnień na wystawach krajowych i zagranicznych. W grudniu ubiegłego roku dzięki staraniom m.in. OTWARTE PRACOWNIE – Sztuka w Przestrzeni Miasta ukazał się album z jego fotografiami z lat 1960-2016. To wyjątkowe portrety, niezwykłe akty oraz unikatowe ujęcia życia Szczecina i jego mieszkańców.

Fotografował Pan praktycznie od dziecka.
Jak zacząłem chodzić do Liceum Sztuk Plastycznych, to był rok 60. a ja już miałem aparat fotograficzny – OPEMA Meopta produkcji czeskiej na bazie aparatu Laica. Od niego zacząłem moją zabawę w fotografię. Mam go do dzisiaj. Mój stryj, brat ojca, miał kontakt z marynarzami. Gdzieś tam kupił od jednego z nich ten aparat, bo zainteresował się w tym czasie fotografią i jej obróbką, czym zajmował się w domu. Często w tym uczestniczyłem. I wciągnęło mnie to, pochłonęło, jak zobaczyłem w jaki sposób w domu, w ciemni, przy czerwonym światełku, zajmuje się tą fotografią. Stryj aparat pożyczał, wkładałem go do aktówki, zawsze miałem go przy sobie i fotografowałem.
Robi Pan jeszcze zdjęcia? Sprawia to Panu jeszcze przyjemność, czy już nie za bardzo?
To nie jest tak, że nie można bez tego żyć. Czy szukam tematów? Już nie. Choć zawsze mam aparat przy sobie.
Nawet jak Pan wychodzi po chleb, po bułki, po mleko? Bo niektórzy mówią, że przecież tematy „leżą na ulicy”?
Też tak mówiłem. (śmiech) Tematy zdjęć, które znalazły się w albumie, to też tematy z ulicy, tam leżały. Oto jedno z takich zdjęć. Jak wspominałem zawsze miałam aparat przy sobie. Wracam z pracy, idę aleją Wojska Polskiego, wtedy jeszcze jeździły nią tramwaje, „siódemka” i „piątka”, skręcały w Jagiellońską przy hotelu Gryf. Z tych miejsc pochodzi kilka zdjęć. Jedno z nich, z dziewczynkami w bramie kamienicy, bardzo się podobało, w wielu albumach się pojawiło. Kiedyś szedłem ulicę i nagle widzę swojego ojca. Stał na przystanku. Nagle się zrywa i biegnie do tramwaju. Nie widział mnie. Wyciągnąłem szybko aparat, ciach, ciach, ciach i mam zdjęcie. Dużo zdjęć zrobiłem, różnego rodzaju, myślę, że będą ich tysiące.
Stworzył Pan niezwykłe akty.
Mam kolega, który też robił akty i kiedyś mówi: „Janusz, tu nikt takich aktów nie robił”. Szedłem z modelką w plener. I chciałem zrobić taki akt, który w nawiązaniu do moich odczuć artystycznych byłby zupełnie odrealniony od ciała kobiety. W moich aktach nie ma seksu. Bo ja wiedziałem, że to musi być inny akt. Ci, którzy też mieli inne odczucia artystyczne, mówili: „cholera, ale wykombinowałeś”. A ja patrzyłem, szukałem bryły, formy, światła. No bo fotografia, to jest rysowanie światłem. Potrzebowałem więc bryły, jakiejś formy. Robiłem zdjęcie, potem patrzę i to jest to, co bym chciał osiągnąć. Nie każdy to rozumie, nie każdy umie odczytać, to jak ja to widzę. To moje indywidualne, prywatne widzenie.







