„Fenicki układ”
reż. Wes Anderson
„Fenicki układ”
reż. Wes Anderson
Rzecz dzieje się w pierwszych latach po II wojnie światowej, zniszczony i zmęczony świat rodzi się na nowo. Anatole Zsa-zsa Korda ekscentryczny, bajecznie majętny biznesmen finalizuje projekt życia – monumentalny plan rozwoju infrastruktury morskiej i lądowej w Fenicji, zwanym Korda Land and Sea Phoenician Infrastructure Scheme. Skala tego przedsięwzięcia sprawiła, że znalazł się na „celowniku” konkurentów, którzy za wszelką cenę chcą się go pozbyć. Notabene poznajemy go, gdy uchodzi z życiem z szóstej katastrofy lotniczej. W obawie przed kolejnymi zamachami dziedziczką fortuny i następczynią czyni córkę Liesl, która jest… zakonnicą. Oprócz córki ma jeszcze dziewięciu synów. Gdy fenicki projekt przestanie spinać się finansowo, wyruszą w podróż do partnerów, by załatać dziurę budżetową.
W wiodący wątek Anderson wplótł kwestie rodzinne, moralne, a nawet religijne (w tym hipokryzję). Najważniejszym jest rodząca się więź z Liesl oraz moralny osąd „dorobku” życia. Osią opowieści są pudełka po butach, w których ukryte są najważniejsze rodzinne i biznesowe informacje. Każde spotkanie ze wspólnikami to samodzielne etiudy z wyraźnym morałem, przebiegające w powtarzalnym rytmie zdarzeń (cudne kłótnie!). Wszystko okraszone czarnym humorem i ostrym sarkazmem. Obrywa się kapitalizmowi jako takiemu, politycznym systemom, a także rodzinnym obyczajom. Anderson nie oszczędza nawet… Boga. Sarkastyczne ciosy rozdaje uczciwie, sprawiedliwie i niezwykle trafnie. Przy czym nie ma tu infantylizmu czy naiwności. Pod warstwą sarkazmu drzemią pokłady życiowej mądrości.
Obejrzałem wszystkie filmy Wesa Andersona. Jestem w nich rozkochany bezgranicznie, ale nie bezkrytycznie. Ostatnie prace jednak nie porywały – „Kurier Francuski z Liberty…” był zbyt konceptualny, a „Asteroid City” po prostu nudził. Znacznie ciekawej wypadły krótkometrażówki dla Netflixa, a „Zdumiewająca historia Henry’ego Sugara” zdecydowania zasłużyła na Oscara, co zadziwiające, pierwszego w karierze reżysera.
Nawet w tych „słabszych” filmach Anderson pozostał sobie wierny. Jest tam wszystko z czego słynie – pastelowe barwy, intrygująca perspektywa, perfekcyjna symetria, wystudiowane gesty i sztuczna maniera słowa. Jest wreszcie absurd, ironia i sarkazm. Jednocześnie to wszystko stało się dla twórcy kłopotliwą pułapką. Po premierze „Fenickiego układu” w Cannes pojawiły się opinie o wyczerpanej już formule, przewidywalności i potrzebnej zmianie. Jednak Anderson uparcie pozostaje przy swoim i nie ustępuje ani na osiem ani na szesnaście milimetrów (sic!). Na szczęście były także głosy doceniające ową stałość i zachwycające się nad niespodziewaną świeżością nowego filmu. Tak, dołączam do nich. „Fenicki układ” to najlepsze dzieło Wesa Andersona, być może nawet lepsze od genialnego „Grand Budapest Hotel”. To najbardziej wesoandersonowski film Wesa Andersona.
W obsadzie znów pojawiają się aktorzy wielokrotnie pracujący z Andersonem, ale także kilka debiutów. To oczywiście najprawdziwsza plejada gwiazd – Tom Hanks, Scarlett Johansson, Charlotte Gainsbourg, Willem Dafoe i oczywiście Bill Murray. Wszyscy zgodnie twierdzą, że role u Andersona przyjmują z przyjemnością, nie zwracając uwagi na wysokość gaży (podobno). Jednak film kradną Benicio del Toro jako Zsa-Zsa Korda i Mia Threapleton vel Liesl (prywatnie córka Kate Winslet). Stworzyli zjawiskowy duet, nie tylko w portrecie relacji ojciec-córka. Zgodnie ze stylem Andersona musieli swoje postaci przerysować, ale zrobili to tak, że żadna emocja na tym nie straciła. Trzeba zobaczyć oniryczne spojrzenie Liesl, posłuchać jak beznamiętnie wygłasza najbardziej emocjonalne kwestie albo nieskuteczne odmowy próbowania kolejnych używek (cudo!). Kreacja del Toro to jest na wskroś wybitna. Aktor znakomicie odnalazł się w stylu Andersona tworząc nieoczywistą postać – pozytywną czy negatywną?
Nie ma sensu pisać o wizualnej stronie filmów Wesa Anderssona, bo to za każdym razem jest arcydzieło. „Fenicki układ” powtarza tę zasadę. Każdy kadr to wystudiowana formalnie figura. Żadne wnętrze, żaden plener, żadne ujęcie nie jest przypadkowe. Przepyszne, jak zawsze! Jednak w prowadzeniu kamery (nowy współpracownik – Bruno Delbonnel), widać nieznaczną rewolucję – mniej statycznych ujęć, a więcej długich panoram, najazdów, jest nawet pewien operatorski żart widoczny w scenie policzkowania (sic!).
Filmowe światy Wesa Andersona przypominają czasami dziecięcą wyobraźnię, nawet gdy tematy są całkiem dorosłe. To pozwala na spojrzenie na brutalny i obrzydliwy świat z beztroską ciekawością, a może nawet naiwnością. To z kolei pozwala przez chwilę pomyśleć, że może być piękniej. A stylistycznie? Ja wiem dlaczego rozkochałem się w filmach Wesa Andersona. I niech to się nie zmienia.




