Miłość, która zostaje na całe życie
Walentynki przychodzą każdego roku w tym samym kształcie i tym samym kolorze. Chyba każdy myśli o tym święcie tak samo. Spójrzmy zatem szerzej. Może właśnie 14 lutego warto przypomnieć sobie o relacji, która jest z nami zawsze, niezależnie od statusu związku, romantycznych planów czy… braku planów. O tej relacji, którą pielęgnujemy bardzo długo i czasami zdarza nam się o niej zapominać. Czy wiecie, że 13 lutego obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kochania Siebie?
Nauczyliśmy się spełniać oczekiwania innych. Troska o siebie zeszła na dalszy plan. Miłość własna dla wielu nadal pozostaje nieoczywista, pomijana, czasem niezrozumiana. Tymczasem bez niej nie zbudujemy zdrowych relacji, nie podejmiemy ważnych decyzji i nie będziemy w stanie odzyskać równowagi, gdy ktoś zachwieje naszą pewność siebie i poczucie własnej wartości. Trudno być dla siebie dobrym. Dlatego Walentynki mogą być bolesne, a wcale nie powinny takie być.
Pani Magdo, coraz częściej (co mnie bardzo cieszy) obserwuję, że młodzi, a nawet starsi dochodzą do wniosku, że najtrudniejszą, a jednocześnie najważniejszą relacją w naszym życiu jest ta, którą mamy z samymi sobą. Dlaczego tak łatwo odkładamy ją na dalszy plan?
Bo to wcale nie jest takie oczywiste. Jesteśmy istotami relacyjnymi, potrzebujemy ludzi, by istnieć, dlatego pragniemy przynależeć i tworzyć z innymi relacje. Ta perspektywa na zewnątrz (budowania relacji interpersonalnych) oddala nas paradoksalnie od budowania relacji do wewnątrz, intrapersonalnych (z samym sobą). Jesteśmy tak skupieni na innych, tym jak nas widzą, czy nas lubią i akceptują, że zapominamy o sobie, o przyglądaniu się sobie i próbie poznania i zrozumienia siebie. I często mylnie myślimy, że jak zbudujemy relacje z innymi, ci inni nas polubią, zaakceptują, a nawet pokochają, to w końcu i my pokochamy samych siebie. A tak to nie działa. Miłość do innych zaczyna się od miłości do samego siebie.
Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z pojęciem self-love, brzmiało dla mnie obco, trochę nienaturalnie. Z czasem zaczęłam się jednak zastanawiać, czy nie kryje się za nim coś znacznie głębszego. Jak odróżnić prawdziwą troskę o siebie od tej, którą często widzimy w mediach społecznościowych?
Pojęcie miłości własnej budzi wielkie emocje. Bo często przypisywane są temu wszelkie zniekształcenia, nasze obawy i schematy i komunikaty, które słyszeliśmy, gdy dorastaliśmy. Słyszeliśmy na przykład, że miłość własna to egoizm, narcyzm, samolubność. Dlatego tak bardzo boimy się lubić siebie lub chociażby być dla siebie czuli czy delikatni. To też kojarzy nam się z pobłażaniem sobie, szukaniem wymówek, byciem leniwym czy zbyt miękkim. A przecież nie o to tu chodzi. Miłość własna powinna być naszą naturalna narracją: lubię siebie, akceptuję, mam świadomość swoich niedoskonałości, chcę nad sobą pracować, ale mogę to robić, cytując tytuł mojego podcastu “Czułostek”: czule, delikatnie, łagodnie.
Mówi się o tzw. „samotnych randkach” – czasie spędzonym ze sobą, bez żadnego towarzystwa. Zdarzyło mi się pójść samej do kina i było w tym coś zaskakująco uwalniającego. Czy takie doświadczenia mogą być formą budowania relacji z samym sobą? Była Pani kiedyś na takiej randce?
O, nie raz! To doskonały pomysł! Uwielbiam sama wybierać się na spacer, do kina, na wystawę czy do kawiarni. Czas spędzony sam na sam ze sobą to bardzo cenne doświadczenie i umiejętność, której powinniśmy uczyć też nasze dzieci. Wzmacniamy kontakt ze sobą i łapiemy połączenie (o ile ograniczymy w tym czasie używanie telefonu), przyglądamy się swoim myślom, odczuciom. Mamy możliwość wejść w dialog ze swoimi zmysłami i ćwiczyć uważność. To wspaniałe umiejętności, które pozwalają nam budować siebie. Wśród kart terapeutycznych, które stworzyłam, znajduje się jedna szczególna: przedstawia związek w kształcie drukowanej litery „M”. Symbolizuje ona dwoje ludzi – samodzielnych, stabilnie stojących na własnych nogach (to boczne linie litery), połączonych mostkiem wspólnych wartości, pasji i doświadczeń.
Trzymają się za rękę?
Tak! Łączy ich więź oparta na wolności i świadomym wyborze, a nie zależności czy emocjonalnym „uwieszeniu się” na sobie. Dla kontrastu – jak przypomina Irvin Yalom, wybitny psychoterapeuta – związek przypominający literę „A”, w którym jedno nieustannie wspiera się na drugim, może się łatwo rozpaść: wystarczy, że jedno z nich się odsunie, a drugie traci równowagę. Dlatego tak istotna jest umiejętność bycia samemu i pielęgnowania własnej niezależności. Właśnie o tym mówię często podczas terapii par, że zdrowy związek to subtelny taniec między przynależnością a autonomią.
Walentynki pełne są symboli miłości, serduszek, kwiatów, biżuterii, czekoladek i innych słodkości oraz – oczywiście – par spacerujących za rękę. A co z tymi, którzy nie mają z kim spędzić tego dnia? Dlaczego święto miłości tak często uruchamia poczucie samotności i niewystarczalności?
To prawda, Walentynki stały się mocno skomercjalizowanym świętem. Pełnym, często pustych i powierzchownych symboli. Takie nagromadzenie symboliki, reklam biżuterii i czekoladek wyskakujących z każdego miejsca może powodować w nas znaczącą presję na bycie w relacji romantycznej i uruchomić w nas poczucie samotności czy niewystarczalności. A przecież to święto miłości, bliskości, łączności. I jeśli zastanowimy się nad naszymi wartościami i są nimi miłość i bliskość, to możemy realizować te wartości niezależnie od tego, czy jesteśmy obecnie w związku, czy nie.
Możemy darzyć miłością nie tylko partnera/partnerkę.
Miłość ma wiele twarzy: przyjacielską, partnerską, do zwierząt, natury, sztuki, a także – tę skierowaną do samego siebie. Walentynki mogą stać się dobrą okazją, by okazać sobie troskę i uważność. Spacer, chwila z książką, ulubiona kawa, masaż, wizyta w kinie, spotkanie z bliską osobą albo spokojny wieczór z psem – każdy z tych gestów może być wyrazem czułości wobec siebie. Co więcej, właśnie takie aktywności wspierają nasz układ przywspółczulny, odpowiedzialny za regenerację i odprężenie. To wtedy organizm zaczyna produkować oksytocynę – hormon bliskości, bezpieczeństwa i dobrostanu.
Czy miłości do siebie można się nauczyć? Co powiedziałaby Pani osobom, które przez lata nie potrafiły siebie polubić, ale czują, że chciałyby wreszcie spróbować? Jak być dla siebie dobrym towarzystwem?
Zdecydowanie można się tego nauczyć. To właściwie sedno mojej pracy terapeutycznej – wspieranie ludzi w drodze do miłości własnej, akceptacji siebie i rozwoju samowspółczucia. Kiedy ktoś mówi: „chcę wreszcie siebie pokochać”, zawsze uprzedzam, że to proces – długi, wymagający cierpliwości i konsekwencji. Łatwiej przychodzi nam przecież samokrytyka, umniejszanie sobie, sabotowanie własnych działań. Nasza wewnętrzna narracja, ten głos, który często nazywam wewnętrznym krytykiem – towarzyszy nam od najmłodszych lat. Z czasem staje się niemal automatyczny, wpisany w codzienność. Bycie dla siebie dobrym, wyrozumiałym, czułym, wbrew pozorom, potrafi budzić lęk. Dlatego zmiana tej narracji wymaga czasu. Nie chodzi o puste slogany w rodzaju „jestem super”, trzeba to rzeczywiście poczuć, tę dumę, satysfakcję i połączenie ze sobą.
Jak to osiągnąć?
Najpierw musimy wsłuchać się w głos wewnętrznego krytyka: co mówi, jak długo już w nas siedzi, czyje słowa powtarza, skąd je wzięliśmy. Zrozumienie tego głosu pozwala nawiązać z nim dialog. Czasem warto powiedzieć: „Słyszę, że znowu twierdzisz, że jestem beznadziejny. Ale zanim w to uwierzę, sprawdzę – czy naprawdę tak jest? Co mówią moje doświadczenia? Jakie mam dowody?”. Zachęcam pacjentów, by zapisywali te rozmowy – to pierwszy krok do oswojenia i przeformułowania sposobu, w jaki myślą o sobie. Z czasem ten proces otwiera przestrzeń na czułość, bliskość i łagodność wobec samego siebie. To piękna i głęboka podróż. Bo przecież to my sami spędzamy ze sobą najwięcej czasu: prowadzimy wewnętrzne dialogi, negocjacje, toczymy codzienne monologi. Nie ma drugiej tak bliskiej relacji. Dlatego warto siebie polubić, nauczyć się sobie towarzyszyć, być dla siebie oparciem, przyjacielem. Jesteśmy ze sobą na całe życie.
Dziękuję za rozmowę.




