Najważniejsze święto chrześcijaństwa zarówno katolicy – stanowiący niewielki odsetek na Pomorzu Zachodnim, jak i dominujący protestanci obchodzili bardzo uroczyście i obficie.

Choć różnili się w kwestii przeżywania Wielkiego Postu przed Wielkanocą. Protestanci kładli mniejszy nacisk na powstrzymywanie się od spożywania konkretnych rodzajów pokarmów. Ważniejsza była dla nich duchowa dyscyplina i powaga w przeżywaniu męki Chrystusa. Katolików obowiązywał 40 dniowy okres wstrzemięźliwości zarówno co do ilości, jak i jakości spożywanych potraw.

Był on na tyle rygorystyczny, że przed jego rozpoczęciem gospodynie często dokładnie szorowały garnki, aby nabrać pewności, że nie zostały w nich resztki tłuszczu zwierzęcego. Dozwolone było spożywanie ryb. Tych na Pomorzu Zachodnim, ze względu na wielość rzek, jezior i dostęp do Morza Bałtyckiego, nie brakowało. Szczególnie popularny w poście był śledź, bardzo łatwy w przechowywaniu. Oprócz ryb jedzono także to, co zostało, z szybko topniejących na przednówku, zapasów – resztki ziemniaków, kaszę, kiszoną kapustę. Posiłki były proste i skromne – mówi Agnieszka Słowińska, adiunkt w Dziale Etnografii Pomorza Muzeum Narodowego w Szczecinie

 

W Wielki Czwartek gospodynie wymiatały z chałup nie tylko kurz i śmieci, ale także, symbolicznie, choroby. W ten dzień należało wysiać marchew i buraki a w ogródku posadzić kwiaty. Dzięki temu rośliny miały dobrze rosnąć. Wierzono, że w Wielki Czwartek powinno się zjeść dużo zielonych warzyw. Podawano więc popularny wtedy jarmuż oraz kapustę. W Wielki Czwartek robiono także “zieloną zupę” z ziół oraz roślin, które już zaczęły kiełkować – pokrzywy, bluszczyku kurdybanku, mniszka lekarskiego, lebiodki, szczypiorku. Taka zupa była zastrzykiem witamin po zimie. Wierzono, że zapewni domownikom zdrowie przez cały rok. W Wielki Piątek powstrzymywano się od spożywania mięsa. Jedzono wtedy jajka, ryby w różnych postaciach – zup, w galarecie, w sosach, oprócz tego ziemniaki czy kaszę z suszonymi owocami, takimi jak śliwki i jabłka. Wielka Sobota była natomiast dniem, w którym dobiegały końca wszystkie przedświąteczne porządki oraz przygotowania i zaczynano piec ciasta np. drożdżowe (często z rodzynkami), babki, sękacze itp.

Charakterystycznym wypiekiem dla Pomorza Zachodniego był tzw. „wilk wielkanocny” – ciasto chlebowe w kształcie tego zwierzęcia z pyskiem i czterema łapami. Tradycja „wilka wielkanocnego” sięga kilkuset lat wstecz i w tej chwili ciężko jest ustalić jego dokładną recepturę, czy też skąd wziął się pomysł wypiekania takiego ciasta na Wielkanoc. W Wielką Sobotę farbowano też jajka, przede wszystkim na kolor czerwony, który w wielu kulturach jest uznawany za kolor płodności i życia, a dla chrześcijan stał się symbolem zmartwychwstania Chrystusa – wyjaśnia Agnieszka Słowińska.

Wieczorem rozpalano na polach wielkie ogniska. To zwyczaj o pogańskich korzeniach przejęty przez chrześcijaństwo. Ogniska symbolicznie wypędzały zimę i przywoływały wiosnę. Ogień miał zwiększyć płodność kiełkujących nasion i odstraszać złe duchy od pól zapewniając dobre żniwa. A w wielkanocny poranek panny wyruszały po „wodę wielkanocną”.

Wierzono, że ma ona moc oczyszczającą, wzmacniającą płodność oraz daje zdrowie i urodę. Ponadnaturalne właściwości miała mieć jedynie woda płynąca, czyli z rzek lub strumieni. Droga dziewcząt do nich musiała odbywać się w ciszy i możliwie niezauważalnie. Chłopcy wiedząc, którędy będą szły, starali się pokrzyżować im plany – towarzysząc im, dokuczając, licząc, że zaczną krzyczeć lub się śmiać. Jeśli, mimo tego, udało się wodę „zdobyć”, panna obmywała się nią, chcąc zapewnić sobie urodę. Jeśli była zakochana, próbowała ochlapać nią swojego wybranka, aby odwzajemnił uczucie. Gdy to się udało, para miała pobrać się jeszcze w tym samym roku, a małżeństwo miało być długie i szczęśliwe. Wodą skrapiano zwierzęta gospodarskie, aby zapewnić im zdrowie, siłę i płodność. Używano jej też do podlewania ogrodu, żeby chronić rośliny od szkodników. W niektórych miejscach istniał też zwyczaj, że w Wielkanoc wszyscy domownicy energicznie chlapali się wodą nawzajem – opowiada muzealniczka.

Przed samym śniadaniem Wielkanocnym, jak jeszcze było ciemno, należało zjeść jabłko. Miało to uchronić przed bólem gardła do końca roku. Po uroczystym nabożeństwie zasiadano wspólnie do stołu. Starano się, aby na nim niczego nie zabrakło. Na stole musiały się znaleźć oczywiście jajka, ale także wypieki – „wilk wielkanocny” i inne ciasta, obowiązkowo mięso – podawano pieczoną szynkę, pasztety, wędliny, pieczeń z królika, pieczeń cielęcą lub jagnięcą – nawiązującą do Baranka Eucharystycznego. Pojawiał się on także na stole w postaci ciasta o takim kształcie. Po posiłku spędzano czas z rodziną – mieszkańcy miast jak i wsi wyruszali na długie spacery. Nie zapominano o zabawach wielkanocnych. Jedną z ich było toczenie jajek. Ugotowane na twardo jajka staczano z pagórka lub jakiegoś wzniesienia. Wygrywała ta osoba, której jajko potoczyło się najdalej i pozostało nienaruszone. W innym wariancie wygrywał ten, którego jajko pierwsze stoczyło się na dół, lub ten, któremu udało się stoczyć ze zbocza najwięcej nienaruszonych jajek. Nagrodą dla zwycięzcy były „ocalałe” jajka pozostałych uczestników. Rozbite jajka zjadano wspólnie na miejscu.

Ze śmigusem dyngusem sprawa jest nieco skomplikowana. Używana przez nas nazwa odnosi się do dwóch różnych zwyczajów, które połączyły się w jeden. Pierwszym było smaganie witkami wierzbowymi bądź oblewanie wodą panien przez kawalerów. Drugim wiosenne kolędowanie, podczas którego młodzi chłopcy odwiedzali domy, w zamian za co otrzymywali drobny podarunek. Jeśli go nie było – grozili domownikom oblaniem wodą. Na Pomorzu Zachodnim praktykowane było także „bicie” panien pierwszymi pąkami, gałązkami leszczyny, brzozy lub wierzby. Miał to na celu przekazanie kobiecie siły życiowej, zapewnienie młodości, płodności, siły i wigoru. Zadawano kilka mniej lub bardziej delikatnych uderzeń, a ofiara mogła wykupić się pisanką – zaznacza Agnieszka Słowińska.

Prestiż  
Marzec 2026