Sztuka lepsza od banku

Są tacy którzy pokochali sztukę gdy mieli kilkanaście lat, inni dojrzeli do niej u szczytu kariery zawodowej. Jedni kolekcjonują obrazy z wielkiej pasji i miłości do piękna, drudzy traktują to jako dobry biznes i inwestycję. Początki są różne, tak samo jak gusta. Zbiory jednak imponujące, ponieważ każdy deklaruje, że sztuka wciąga. Jak złapie się bakcyla nie można przestać. Szczecińscy kolekcjonerzy Elżbieta Malanowska, Elżbieta Andrysiak–Mamos czy Edward Osina twierdzą, że to choroba z której nie chcą się wyleczyć.

Autor

Daria Prochenka

Choć coraz więcej osób interesuje się sztuką i ją kolekcjonuje, niełatwo było znaleźć rozmówców. Wśród ludzi jest pewna bariera i niepokój związany z tym tematem. Inwestowanie w sztukę to trend, o którym dopiero powoli zaczyna się mówić. Tak jak delikatnie trzeba podchodzić do artystów z natury najczęściej introwertycznych i bardzo wrażliwych. Tak samo jest z kolekcjonerami, którzy owszem są w Szczecinie, ale niechętnie się pokazują i ujawniają. Spotkania były poprzedzone wieloma rozmowami, część z nich nie doszła do skutku. Dlaczego? - Niektórzy podejmują decyzję o zachowaniu dyskrecji i nie udostępnianiu informacji o swoich kolekcjach. Są bardzo związani ze swoimi zbiorami i tylko najbliżsi o tym wiedzą - wyjaśnia Jolanta Gramczyńska, kurator organizacyjny XXIII edycji Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie.

- Innym problemem jest ochrona dzieła sztuki. Jego ubezpieczenie jest kłopotliwe i drogie. Brak systemowych rozwiązań w tej dziedzinie powoduje wiele kłopotów. Sztuka z jednej strony nobilituje, z drugiej zaś, jest informacją o statusie materialnym właściciela, o czym nie każdy chce mówić. Trzydzieści ostatnich lat to dynamiczny proces zmian społecznych. Powoli rośnie rynek obrotu dziełami sztuki dla ludzi, którzy dysponują nadwyżkami finansowymi, którzy mają świadomość w jaki sposób buduje się pozycję społeczną, co przynosi wymierne korzyści połączone z przyjemnością doznań estetycznych - dodaje pani Jolanta.

Rzeczywistość, a sztuka

Nie chcą ich ujawniać także z powodu strachu o kolekcje. Trudno jest ubezpieczyć obrazy. Firmy ubezpieczeniowe nie zawsze dysponują rzeczoznawcami, którzy znają się na konkretnym malarzu. Zanim podejmie się rozmowę o ubezpieczeniu trzeba się do tego przygotować, mieć kolekcję skatalogowaną, usystematyzowaną. - W moim przypadku tylko jedna firma ubezpieczeniowa podjęła się rozmów o ubezpieczeniu i wycenie mojej kolekcji. Jednak nie doszło do podpisania żadnej umowy ponieważ honoruje ona wyceny tylko wyszczególnionych rzeczoznawców, o oni są ekspertami jeśli chodzi o niektórych malarzy. Nie uznali nawet ekspertyzy i potwierdzenia autentyczności przez dom aukcyjny Sotheby’s - mówi pan Wojciech, kolekcjoner ze Szczecina. Miłośnicy sztuki muszą radzić sobie na własną rękę, budować domy twierdze lub zabezpieczać się zatrudniając firmy ochroniarskie. Problemy jakie spotykają wynikają z krótkiej tradycji kolekcjonowania sztuki w Polsce i małej liczby klientów. Z roku na rok jest jednak coraz lepiej.

- Widzę, że coś się w tym względzie zmienia ponieważ w gazetach branżowych ukazał się niedawno cykl artykułów o zasadzie dziedziczenia kolekcji - mówi Elżbieta Andrysiak-Mamos, endokrynolog. - Był to duży problem, ponieważ do tej pory kolekcjoner nie mógł zagwarantować całości dziedziczenia kolekcji. Była ona po śmierci wyceniania i dzielona pomiędzy spadkobierców. Dopiero teraz prawo spadkowe jest nowelizowane - dodaje. Z pozoru tak przyjemny temat jak sztuka okazuje się mieć swoje ciemne strony. Ale takie problemy są do przejścia, tym bardziej, że poza doznaniami estetycznymi okazuje się, że taka inwestycja to dobry biznes. Szybko odkryli to bankowcy.

- W ciągu ostatnich 50 lat inwestowanie w sztukę było tak samo opłacalnym zajęciem jak kupowanie obligacji i akcji na giełdzie. Obecnie amerykanie kontrolują ponad 50% światowego rynku dziełami sztuki i podejmują próby diagnozowania i przewidywania trendów mających nastąpić w niedalekiej przyszłości - wyjaśnia Jolanta Gramczyńska. Prognozy i badania skłoniły bankowców do stworzenia oferty Art bankingu, czyli usługi doradczej dla określonej grupy klientów. - Banki najczęściej oferują opiekuna, który opracowuje zasady tworzenia kolekcji na indywidualne zamówienie zgodnie z osobistymi preferencjami nabywcy. Następnie, we współpracy z domami aukcyjnymi i galeriami, rzadko z samymi artystami, realizuje zlecenie: reprezentuje klienta na aukcjach, przedstawia dzieło do zakupu, jego certyfikat autentyczności, wycenę, oferuje pomoc w jego zakupie, bezpieczny transport we wskazane miejsce lub przechowywanie, ubezpieczenie, i konserwację - tłumaczy pani Jolanta.

Na świecie oferta Art bankingu jest już mocno rozbudowana, w Polsce znajdujemy się na początku tej drogi - Noble Bank jako pierwszy przedstawił swoją ofertę dotyczącą Art bankingu. W krótkim czasie na rynku pojawiły się oferty instytucji finansowych, które zajmują się podobnym rodzajem działalności: Wealth Solutions, New Word Alternative Investments, Stilnovisti – wine&art banking - wymienia Gramczyńska. - Koszty takiej usługi są wysokie i sięgać mogą do 20% wartości złożonego zamówienia, dlatego należy ten rodzaj inwestycji potraktować jako długoterminową. Znawcy tematu nie ukrywają, że jest to oferta skierowana do finansowej elity i koneserów sztuki - dodaje.

Skarb, czy biznes?

Kolekcjonerów można podzielić na trzy kategorie. Na takich dla których jest to czysta inwestycja, kupują tylko znane nazwiska i traktują to jako biznes. Są też tacy, którzy chcą przebywać z pięknem i chcą mieć swoje skarby tylko dla siebie. Trzecia grupa podchodzi do tego jako do „inwestycji dla wnuka”, czyli kupują dużo mniej znanych artystów licząc na to, że inwestycja w przyszłości się zwróci i nazwisko artysty stanie się bardzo rozpoznawalne. Przy sztuce współczesnej zdarzają się tak zwane „złote strzały”. Dobrym przykładem jest malarstwo Jerzego Nowosielskiego. Na początku lat 90. jego obrazy można było kupić w granicach od 3 do 5 tysięcy złotych. Dzisiaj jego sztuka to wydatek od 70 do 200 tysięcy złotych. W bardzo krótkim czasie jego nazwisko zaczęło dużo znaczyć, ludziom zaczęło podobać się jego malarstwo i je kupowali. - Ja nie inwestuję w ten sposób - mówi pan Wojciech. - Żeby to robić trzeba kupować dużo. Jest to powiązane z pewnym ryzykiem ponieważ można kupić sto obrazów i żaden nie będzie trafiony. A może też zdarzyć się, że 10% będzie strzałem w dziesiątkę i w ciągu kilku lat wzrośnie dość mocno ich wartość - dodaje. Pan Wojtek jestem wielkim pasjonatem sztuki. Choć nie ma wykształcenia artystycznego już jako nastolatek wiedział, że musi przebywać w otoczeniu pięknych starych rzeczy. - W którymś momencie miałem już tak dużo nazbieranych rzeczy, że nie miałem ich gdzie pomieścić - mówi ze śmiechem. Dzisiaj zajmuje się renowacją starych mebli. Przez lata uzbierał dużo sprzedmiotów, w tym obrazów, że nie wszystkie mieszczą się w domu. - Ze mną są takie z którymi obcowanie sprawia mi dużą przyjemność. Są dla mnie ważne i z każdą tych rzeczy związana jest jakaś historia. Pozostałe malarstwo trzymam w bezpiecznym miejscu na zasadzie depozytu - opowiada pan Wojciech. Jak skończy urządzać mieszkanie na pewno część z nich trafi do mieszkania. Są to jednak dla niego obrazy drugiego sortu i mniej mu zależy na tym, żeby były blisko. Ma też trochę pochowanych rzeźb, ale nie ma na razie gdzie tego wyeksponować. - Często chodzę z tymi obrazami i je przewieszam, ale mam taką zasadę, że jeśli coś wejdzie do mojego domu to już stąd nie wyjdzie - dodaje. Nigdy z żadnym swoim skarbem nie rozstała się Elżbieta Andrysiak-Mamos, której kolekcja liczy około 200 obrazów. - Powinnam „wyczyścić” moje zbiory, ale do tej pory nigdy nie pozbyłam się żadnego obrazu, który kupiłam. Nie potrafię - mówi z uśmiechem. - Muszę to zrobić, lecz ciągle nie znajduję czasu - dodaje. Już dawno nie ma gdzie wieszać obrazów, ale nie może przestać kupować. Boi się, że gdy przestanie to jak na złość trafi jej się okazja życia. Podkreśla również, że sztuka wciąga. Jak się zaczyna w nią w chodzić interesuje coraz bardziej. Z czasem trzeba wyważyć proporcje żeby odpowiednio się w nią zaangażować, bo to nie jest proste. - Jak się zacznie kupować ma się przemożną chęć dobierania coraz to nowych obrazów. Przy czym kolekcja się zmienia jak zmieniają się nasze upodobania - opowiada pani Elżbieta. - Większość z nas zaczyna od malarstwa bardzo tradycyjnego. Dopiero potem odkrywamy różne światy malarskie i nasz zbiór ewoluuje w jakąś stronę. Bardzo ważne jest jeśli ktoś już zdecyduje się cokolwiek gromadzić, żeby uświadomił sobie pewien cel i profil tej kolekcji - radzi. Ustalenie tematu kolekcji ułatwia poszukiwania. Może to być temat: dziecko w malarstwie, róże, albo np. Grecja. Pani Mamos kupowała różne obrazy. Początkowso kolekcja miała obejmować malarstwo figuratywne przełomu wieków XX/XXI, lecz dośc szybko okazało się, że jest to podejście zbyt szerokie. Dzisiaj można w niej wyróznić szereg wątków miedzy innymi mistrzowie i ich uczniowie. - Na przykład Zbysław Marek Maciejewski i jego nauczyciel i mistrz Wacław Taranczewski, ale także uczniowie Maciejewskiego, który stworzył znakomitą szkołę malarstwa w Krakowie na wydziale grafiki - opowiada Andrysiak-Mamos.

Oswajanie sztuki

Trochę inaczej do swojej kolekcji podchodzi Elżbieta Malanowska, wiceprezes Euroafrika Linie Żeglugowe. - Kupuję to co mi się podoba. Obraz wyraża różne rzeczy, czy to jest pejzaż, martwa natura czy abstrakcja to nie ma znaczenia. Jestem raczej samoukiem, indywidualistą i ważne jest to, co ten obraz mi daje. Jakie jest jego światło, kolor, jak go odbieram - mówi. Ostatnim nabytkiem Malanowskiej był obraz młodej malarki Martty Węg pod tytułem „Damy w Międzyzdrojach”. - Kupiłam go w Open Gallery u Moniki i Roberta Krupowiczów. Marta nie chciała się go pozbyć, bo była zżyta z tym obrazem. Uspokoiłam ją że chcę go mieć u siebie w domu i nikomu go nie przekażę, dzięki temu zgodziła się go sprzedać - wspomina Malanowska. Edward Osina, prezes Przedsiębiorstwa Budowlanego Calbud zainteresował się sztuką stosunkowo niedawno, gdy po wielu latach spotkał przyjaciela ze szkolnej ławki, który został rzeźbiarzem.

- Zacząłem się z nim spotykać, bywać w jego krakowskiej galerii. Dzięki niemu wkroczyłem w świat artystów, mogłem przysłuchiwać się ich dyskusjom i sam z nimi rozmawiać. Tam też kupiłem pierwsze obrazy i rzeźby - opowiada. - Jeszcze dwa lata temu nie umiałbym określić czy dane dzieło jest dobre czy słabe artystycznie. Teraz potrafię powiedzieć o sztuce dużo więcej. Bardzo mnie to wciągnęło - dodaje Osina.

Elżbieta Malanowska ma bardzo dużo obrazów szczecińskich malarzy. Jej ulubieńcy to Maciej Woltman, Przemysław Cerebież - Tarabicki i Wojciech Zieliński. - Lubię ich sztukę, jest na prawdę ciekawa. Obserwuję jak przez lata ewoluuje ich malarstwo i zmieniają się emocje - mówi. - Nie mam jednak ulubionego obrazu. Cenię je wszystkie. Wiszą wszędzie, nawet w kuchni - dodaje z uśmiechem. Nie liczyła nigdy zasobów swojej kolekcji. Gdy wymienia jednak artystów, których obrazy ma po kilka sztuk w domu, widać jej rozmiar. Wśród nich są Mira Skoczek - Wojnicka, Katarzyna Szydłowska, Wiktor Jerzy Jędrzejak, Elżbieta Kisiel - Gładkowska i wiele, wiele innych. Nie wyceniała jeszcze swojej kolekcji, nie miała takiej potrzeby. - Dobrze byłoby skatalogować malarstwo. Gdy czytam artykuły dotyczące rynku sztuki, czasami widzę nazwiska które mam w domu. Czasem mi przemyka myśl, że była to dobra inwestycja, bo malarz zaczyna być uznany - mówi zadowolona Malanowska. Jedni kupują dużo i mają kilkaset obrazów, drudzy kupuję mniej, ale wyższy poziom. Wśród nich jest pan Wojciech. - Mam droższe obrazy, ale jest ich mniej - tłumaczy. - Na te najdroższe mnie nie stać. Rekord jaki padał w Polsce za obraz Henryka Siemirackiego to prawie 2, 13 mln zł. Rekord na świecie, który padł w Nowym Jorku wynosił 140 mln dolarów - mówi pan Wojciech.

Sztuka na ulicy

Pan Edward postanowił podzielić się swoją pasją z innymi. Stworzył należącą do firmy Calbud galerię sztuki. - Chciałem otworzyć na piękno ludzi ze swego otoczenia - mówi. – Wiem, że pod wpływem sztuki można się zmienić – jestem tego najlepszym przykładem. Chciałbym, żeby osoby wśród których żyję i pracuję, także odczuły jej pozytywne oddziaływanie, a galeria stała się dla nich miejscem inspirującym.

Osinie szczególnie zależy na środowisku architektów, z którym stale przecież współpracuje, na tych, którzy projektują domy i mieszkania budowane przez jego firmę.

Galeria przy ulicy Kapitańskiej ma być więc miejscem spotkań architektów, artystów i inwestorów, miejscem debat i dyskusji. - Na nas, projektantach i wykonawcach, spoczywa wielka odpowiedzialność, ponieważ nasze wytwory przetrwają dziesiątki, a może i setki lat. Chciałbym, żeby architekci i artyści wspólnie wypracowywali nowe trendy w architekturze i budownictwie, a Galeria Kapitańska była miejscem, gdzie jedni i drudzy mogliby się wypowiedzieć - tłumaczy swoją decyzję.

- Wiem, że nie mogę nikomu narzucać swoich upodobań, ale doszedłem do wniosku, że mogę w pewien sposób edukować otoczenie. Postanowiliśmy, że firma Calbud będzie ozdabiać dziełami sztuki każdy wznoszony obiekt – mówi pan Edward.

Pierwsza rzeźba - fontanna autorstwa przyjaciela Osiny, Wiesława Domańskiego, już stoi na osiedlu Magnolia Park. Następne dzieło czeka na ustawienie w patio kamienicy przy ulicy Parkowej. Są także kolejne pomysły, jak płaskorzeźba z wizerunkiem księdza Piotra Ściegiennego na budynku przy ulicy jego imienia, czy dekorowanie obrazami klatek schodowych.

Kosztowne hobby

Każdy ma swój patent na kolekcję i każdy inwestuje w coś innego. Najważniejsze żeby mieć ku temu możliwości finansowe, bo to nie jest tanie hobby. - Jak ja zaczynałam, a było to w latach 90., łatwiej mi było, mimo tego, że zarabiałam wielokrotnie mniej niż dzisiaj - dziwi się pani Elżbieta Andrysiak-Mamos. - Może teraz jest też trochę inaczej, bo podoba mi się już inne malarstwo. Są artyści, których prace bardzo chciałabym mieć w swojej kolekcji, ale cenowo stają się coraz bardziej nieosiągalni - dodaje. Cieszy się jednak z tego co ma i co udało jej się zgromadzić. Na przykład Artura Nachta-Samborskiego, Jacka Sinickiego, Jana Lebensteina, czyli muzealne nazwiska, które na początku kolekcjonowania wydawały jej się poza możliwościami zakupu. Elżbieta Malanowska parę razy była zachwycona danym obrazem, ale przeraziła ją cena. - Są na prawdę piękne obrazy, ale ich ceny są tak wysokie, że niestety często nie mogę sobie pozwolić na taką przyjemność. Kupuję to co jest możliwe dla mnie do kupienia, czyli jest to przede wszystkim polska sztuka współczesna młodych artystów - mówi. - Bywa, że zaszaleję i wydam więcej niż planowałam, ale generalnie raczej odchodzę smutna, bo nie stać mnie na wszystkie szaleństwa - dodaje. Elżbieta Andrysiak-Mamos zazwyczaj kupowała dobrze znane nazwiska ponosząc tym samym mniejsze ryzyko. Była to jednak dobra inwestycja, ponieważ dzisiaj ceny tych obrazów są wielkokrotnie wyższe. - To co kupowałam po 2-3 tysiące dzisiaj kosztuje 20-30 tysięcy. Za Samborskiego kilkanaście lat temu, zapłaciłam około 30 tysięcy, to dużo jak na tamte czasy. Na pewno nie straciłam, ponieważ teraz kosztuje on nawet do 60-80 tysięcy - mówi z uśmiechem. - Dzisiaj cen jego obrazów nie dogoniłabym - dodaje. Słabe obrazy zmieniają właściciela co 5 - 6 lat, obrazy dobre co 20 lat, wybitne co 40. Dobrego obrazu nie sprzeda się byle gdzie i byle komu. To jest niemożliwe. Każdy obraz musi być zdokumentowany. Na żadną aukcję nie zostanie przyjęty bez sprawdzenia, a z kolei znalezienie kupca na drogi obraz też nie jest łatwe. Wszystko odbywa się w dosyć wąskim gronie. - Domy aukcyjne w Polsce powojennej są zjawiskiem nowym. Zaczęły powstawać dopiero na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Nic w tym dziwnego, zmiany polityczne i gospodarcze w naszym kraju, a przede wszystkim wzrost zamożności Polaków, spowodowały zwiększenie zainteresowania rynkiem sztuki. Powstały nowe możliwości nie tylko dla zamożnych klientów, ale i dla miłośników sztuki. W porównaniu do krajów Europy Zachodniej i USA nasz rynek jest jeszcze skromny, lecz dobrze się rozwijający - objaśnia Jolanta Gramczyńska.

W pogoni za wiedzą

Wernisaże są kolejnym bardzo ważnym elementem gdy chcemy poznać świat artystów. Wszyscy zgodnie twierdzą, że nawet samo bywanie, czy odwiedzanie miejsc w których dostępna jest sztuka bardzo wiele daje. Trzeba czytać i bywać dosłownie wszędzie, w muzeach na wystawach odwiedzać galerie, chodzić na wernisaże. Wtedy opatruje się oko i potrafimy wyłowić to lepsze malarstwo. Nawet jeśli ono nas nie fascynuje wyłowimy z niego dobry obraz. Trzeba ćwiczyć swoją wrażliwość plastyczną poprzez bywanie i czytanie.

- Nie każdy zostanie prawdziwym kolekcjonerem, a jedynie ten, którym zawładnie przemożna chęć nieustannego poznawania i zgłębiania tematu, oglądania i wreszcie zbierania - mówi Gramczyńska.

Wrażliwości można nauczyć się poprzez patrzenie na piękne rzeczy. - Rodzice starali się właśnie tak wpoić we mnie estetykę. Razem zwiedzaliśmy muzea. Teraz ja staram się przekazać moją wiedzę córce - opowiada Malanowska. Dużo wiedzy wnoszą wyjazdy za granicę, a im więcej ogląda się pięknych rzeczy tym bardziej wyzwala się w człowieku chęć posiadania ich w domu. U pana Wojciecha zainteresowanie sztukę przerodziło się w wielką pasję, zaczął wygrzebywać stare rzeczy i czytać na każdy temat. - Wiedza jest najważniejsza, pozyskałem ją samemu się ucząc. Mam znajomych, którzy prowadzą antykwariaty w Szwajcarii i w Niemczech. Starsi panowie, na początku potraktowali mnie z przymróżeniem oka ponieważ gdy zacząłem się interesować sztuką miałem zaledwie 20 lat. Było to dla nich niewiarygodne, że tak młoda osoba jest zainteresowana takimi tematami - wspomina pan Wojciech. W czasach gdy zaczynał pan Wojciech ludzie w Polsce nie znali się na sztuce tak jak dzisiaj. - Trafiały się osoby, które szukały w mieście i pytały czy jest „jakiś” obraz Matejki. Mieli pieniądze i nie ważne dla nich było jak duży i jaki. Ważne że z odpowiednim nazwiskiem - mówi. Kolekcjonerzy są dzisiaj świadomi i chętnie się kształcą.

- Kolekcjonowanie sztuki to ciągłe poszerzanie swojej wiedzy i wrażliwości, poznawanie i artystów, i ich prac. Najlepszą po temu okazją są wernisaże, artystyczne spotkania o niepowtarzalnej atmosferze - mówi Edward Osina.

W galeriach godzinami potrafi przesiadywać też Elżbieta Andrysiak-Mamos. - Nie wchodzę nigdy na pięć minut. Zdarza się tak, że zamykają dla mnie galerię, żebyśmy mogli swobodnie porozmawiać i dokonać wyboru pracy. Zawsze traktuję pobyt w takim miejscu jako pobyt edukacyjny - mówi. Aby być na bieżąco, wiedzieć co pojawiło się na rynku i znać aktualne „topowe” nazwiska malarzy trzeba kupować prasę branżową, wspomnienia, dzienniki artystów i ich albumy.

- Najwybitniejsi polscy kolekcjonerzy są zgodni w tym, że posiadają wiedzę na temat zbieranych przedmiotów często większą niż naukowcy z akademickim wykształceniem. Wielu wybitnych zbieraczy zostało właścicielami galerii i antykwariatów - mówi pani Gramczyńska. - W wielu przypadkach potwierdziła się zasada, że inwestowanie w sztukę z prawdziwego zamiłowania przynosi satysfakcję i uczy korzystnego lokowania własnych pieniędzy, a czasem nawet buduje niemałe fortuny - dodaje.

Każdy kolekcjonuje według swoich gustów i zasad, każdy ma inny cel. Wszyscy zgadzają się w jednym. Można połączyć pasję z dobrym interesem.

Wojciech Fibak

Tenisista, biznesmen, kolekcjoner. Po zakończeniu kariery sportowej zajął się działalnością biznesową, stworzył między innymi w 2001 roku Galerię Fibak w Warszawie. Inwestuje zwłaszcza w malarstwo polskiego początku XX wieku. Specjalnie dla Prestiżu zgodził się wypowiedzieć czy warto inwestować i w co.

Czy warto inwestować w sztukę?

Wróciłem właśnie z targów sztuki w Bazyli i śmiało mogę powiedzieć, że sztuka jest wspaniała. Domy aukcyjne na całym świecie przez Londyn, po Nowy Jork potwierdzają też fakt, że sztuka to nie tylko przyjemność, wymiana myśli intelektualnej, ale też dobra inwestycja. Poza tym jest dostępna dla wszystkich tak jak inne rynki inwestycyjne. Wszystko zależy od tego ile chce się zainwestować. Można kupić mieszkanie, a można kamienicę, wpłacić do funduszu kilka tysięcy albo obracać milionami na giełdzie. Tak samo jest ze sztuką sprawdza się na równi z inwestycjami giełdowymi jak i nieruchomościami. Wytrzymuje tą konkurencję jak i nie przebija. Ponieważ jest łatwa w utrzymaniu. W nieruchomościach trzeba naprawić dach, kupić rośliny do ogrodu. Jest też łatwa w obsłudze nie trzeba kosić potem trawy, odśnieżać. Czysta przyjemność.

Od czego rozpocząć swoją przygodę ze sztukę? W co warto inwestować?

Zależy komu co się podoba. Trzeba iść za głosem serca. Warto też cały czas kształcić się w tym kierunku. Rozmawiać z artystami, odwiedzać wernisaże, oglądać katalogi i albumy. Wiedza pokieruje potem w pierwszych jak i kolejnych wyborach.

Prestiż  
Czerwiec 2010