Kto odkrył Dominikanę? - Moja żona - odpowiedział Przemek Czerwiński, szczeciński tyczkarz na tak postawione pytanie. Oczywiście Dominikanę odkrył Krzysztof Kolumb i to już w 1492 roku, a Przemek miał na myśli to, że jego żona Żenia odkryła czy raczej wymyśliła wyspę na Morzu Karaibskim na miejsce ich podróży poślubnej.
W odpowiedzi Przemka i tak było trochę prawdy, bo zarówno on jak i Żenia odkryli, że to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie.
Przemysław Czerwiński, brązowy medalista mistrzostw Europy w skoku o tyczce i Żenia wzięli ślub w Kijowie, skąd pochodzi panna młoda.
Zaraz po ślubie wyruszyli w egzotyczną podróż.
– Mieliśmy trochę obaw przed wylotem – opowiada Żenia. – Nie, nie boimy się latać, ale przecież Dominikana leży na tej samej wsypie co Haiti, a wiadomo jakie kataklizmy tam bywały. A my udawaliśmy się w sezonie huraganów – dodaje.
Jak przewidywały zresztą wszelkie prognozy, huragany i inne anomalie ominęły Dominikanę w czasie ich pobytu.
Urzekła ich za to jej przyroda, niebywałe krajobrazy, ptaki i gościnność ludzi.
Noc pod liśćmi palmy
– Jak tylko wylądowaliśmy w Punta Cana, już byłem trochę zaskoczony – opowiada Przemek. – Wszelkie budynki i hale lotniska, a jak się później okazało i nasz hotel, przykrywał dach zrobiony z … liści palmy. Taka jest specyfika budynków w tym mieście, choć samo lotnisko jest nowoczesne i funkcjonuje bez zarzutu. Może przyjmować Jumbo jety, dla których na przykład warszawskie Okęcie jest za małe – dodaje.
Jaką pogodą mieli w październiku? – Jak na zbliżającą się tam zimę i sezon huraganów, to bardzo dobrą – mówi Żenia. – Słońce świeciło od rana do godziny 15:00, a później zachodziło. Temperatura dochodziła nawet do 40 stopni! – dodaje.
Nic, tylko pozazdrościć mieszkańcom wyspy takich temperatur, i to tuż przed nadejściem zimy.
– Nie odczuwaliśmy wcale tej spiekoty – kontynuuje Żenia. – Wilgotność jest odpowiednia dla Europejczyków. Nie mieliśmy żadnych problemów z aklimatyzacją czy ze spaniem – dodaje.
– Ale szoku i tak można doznać – wtrąca Przemek. – Roślinność i cała przyroda są niebywałe. Po prostu bajka! – mówi zachwycony.
Można to ocenić na fotografiach z podróży, których autorem w większości jest szczeciński lekkoatleta.
– Wziąłem ze sobą aparat, nie do końca profesjonalny, ale chyba się sprawdził. Może zabrakło trochę słońca w niektórych momentach lecz podobnej scenerii nigdzie na świecie nie widziałem – mówi.
Kuchnia? – Nie może zaskoczyć Europejczyka, przynajmniej w takim hotelu w jakim mieszkaliśmy – opowiada Żenia. W jednej z restauracji było jedzenie europejskie, a w tych bardziej wystawnych obowiązują na przemian dni kuchni różnych krajów. Była też ekskluzywna restauracja, w których obowiązywał dress code (zasady odpowiedniego ubioru). Dla kobiet obowiązywały sukienki wieczorowe, a dla panów koniecznie w pełni kryte pantofle na nogach. Żenia w ostatniej chwili namówiła Przemka, żeby wziął je ze sobą.
– Dla mnie to jest trochę sztuczne, ale fajnie było coś nowego zobaczyć – ocenia Przemek. – A co do przysmaków, to największe wrażenie zrobiły na mnie owoce. Zerwane prosto z drzewa banany albo ananasy smakują inaczej niż te, które docierają do Europy, a dojrzewają w kontenerach na statku – dodaje.
Jego zdaniem na wyspie nie można się nudzić.
Osiołkiem na szczyt góry
Na wyspie proponuje się turystom różne wycieczki. Nasi bohaterowie wybrali się na małą wysepkę o nazwie Samana.
– Już sam przelot na nią jest dużym dużym przeżyciem – uśmiecha się Żenia. – To był niewielki samolot z 20 miejscami na pokładzie, które nie były niczym oddzielone od kokpitu. Widzieliśmy wszystkie czynności, które wykonywali piloci – mówi.
Po wylądowaniu każdy dostał do dyspozycji osiołka, na którym można było wjechać na górę. Przewodnikami były starsze kobiety, dla których 40 minutowy marsz pod górę nie był żadnym problemem.
Po takim „spacerze” przyjemnością było stanąć u stóp wodospadu, żeby się ochłodzić.
Inną żywą atrakcją Samany są papugi, i tylko niektórzy odmawiają sobie zrobienia zdjęć z nimi.
– Najpierw trzeba je pogłaskać, żeby się trochę oswoiły – opowiada Żenia.
Z reguły od razu robią się sympatyczne i witają słowem „hola” („cześć” po hiszpańsku, język obowiązujący na Dominikanie – przyp. red.)
– Oczywiście nie ma nic za darmo – śmieje się tyczkarz. W zależności ile chcesz zdjęć trzeba zapłacić 25 czy też 40 dolarów.
– Przy kupowaniu pamiątek polecam targowanie się, bo miejscowi handlarze lubią to robić i potrafią znacznie zejść z ceny – dodaje.
Przemek odebrał mieszkańców Dominikany jako ludzi bardzo miłych, nie spieszących się nigdzie.
– I co ważne, nie są tak nachalni jak Turcy czy Egipcjanie. Nie biegają za tobą, nie namawiają do kupna wszystkiego. Dlatego czułem tam spokój, i jest to miejsce w którym na prawdę można odpocząć – mówi zadowolony .
Oczywiście chcieliby tam wrócić, ale z drugiej strony jest jeszcze tyle pięknych miejsc na świecie, które chcą zobaczyć.
– Była to najdalsza podróż w moim życiu. Lecieliśmy 13 godzin w jedną stronę, ale warto było – podsumowuje Żenia.




