Każdy jej dzień to lista nowych, trudnych zadań. Nigdy nie próżnuje, tylko od razu zabiera się do roboty. Zwyczajna kobieta o niezwykłej mocy i wielkim sercu. Codziennie zmaga się z rzeczywistością niczym „Superwoman“ - Zofia Mirkiewicz to Szczecinianka Roku 2010.
Z Zofią Mirkiewicz spotykamy się w świetlicy środowiskowej „Serduszka”, którą kieruje. Miejsce wypełnia gwar bawiących się dzieci, które podchodzą, co chwilę do Zofii by ją objąć, dać buziaka czy podzielić się swoją nowinką. Maluchy mają tu codziennie zorganizowaną niespodziankę dnia, bo Zofia dba o to, żeby nikomu w świetlicy nie zabrakło dobrej zabawy, ani posiłków. Jako świetny pedagog radzi rodzicom w najróżniejszych dylematach. Świetlica działa pod egidą stowarzyszenia „Zrozumieć” (na rzecz osób z niepełnosprawnością), którego Zofia jest prezesem. Z kolei jako pracownik socjalny w szpitalu MSWiA dogląda chorych. Prywatnie jest mamą czwórki dzieci, w tym dwójki niepełnosprawnych. Pracując zawodowo i zajmując się świetlicą miała jeszcze czas na studia, które skończyła półtora roku temu. Twierdzi jednak, że teoria mija się z rzeczywistością. – Rozwiązania, jakie niesie życie, trzeba dopasowywać ręcznie i nie znajdzie się ich w książkach – mówi. Wyróżnienie tytułem „Szczecinianka roku“, którego się nie spodziewała, docenia bardzo. Podkreśla przy tym, że dalej chce robić to, co dotychczas. – Najfajniejszą rzeczą jest to, kiedy przychodzą dzieciaczki, przytulają się, uśmiechają i to właściwie wystarczy – mówi z uśmiechem. To jej najważniejsze nagrody.
„Człowiek wart tyle ile da z siebie“ – tą mądrość powtarzali jej rodzice i w sposób widoczny kieruje się nią w życiu Zofia. Zasług na jej koncie nie brak, ale działa jak dobry duch. Choć jej czyny, na co dzień są niewidoczne dla oczu, pomagają wielu. Przyszedł najwyższy czas by pokazać, że jest w mieście osoba, która od lat robi sporo dobrego. Do plebiscytu „Szczecinianka Roku” zorganizowanego przez Stowarzyszenie „Kobiety dla Szczecina i Regionu” nominowali ją rodzice dzieci korzystających ze świetlicy. Urzekła ich dobrym sercem i bezinteresownością. Jest organizatorką cyklicznej „Wigilii Dzieciom”. Wspiera też rodziców w wychowywaniu pociech, kontaktach z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie, kuratorem sądowym oraz szkołą. Jest jak kobieta-instytucja. Wyróżnienia nie spodziewała się, bo przecież „robi tyle, co inni, tylko mniej zauważalnie”. Podkreśla swoją zwyczajność twierdząc, że tak jak u zapracowanych kobiet, każdy jej dzień to sukces. Jednak, nie każdego stać dziś na taki altruizm, jak szczecińską „Superwoman“. Podczas, gdy większość inwestuje w siebie i zarządza czasem, by na własny użytek skonsumować go jak najpełniej, ona widzi potrzeby innych i daje to, co dziś kosztuje najwięcej – swój czas. W jej mniemaniu wszystko jest proste i opiera się na zasadzie: –Trzeba zrobić wszystko jednego dnia, bo następnego może nie być – mówi. Swoją postawę zawdzięcza temu, iż jej kiedyś ktoś pomógł i poświęcił czas.
– Trzeba przeżyć życie tak, by go nie żałować i zrobić jak najwięcej dobrego. Nie muszą pamiętać mnie, wystarczy, aby zapamiętały wigilię, prezenty, to, że nie były głodne i miło spędzały czas – mówi.
Mimo, iż czasem traci siły i głos, jak po zorganizowaniu wigilii (dla dwustu dzieci w 2009 r., a w 2010 r. dla ponad stu), tak jak Anna Dymna (prezes fundacji osobom niepełnosprawnym „Mimo wszystko” – przyt. red.) wyznaje, że staje się silniejsza i szybko z nową energią rzuca się w wir kolejnych działań. Obowiązków jej nigdy nie brak: remont, codzienne sprawy, rodzice, którzy wiedzą, że z problemami mogą zawsze zgłosić się do niej. Wszystkich zawsze wysłucha i pomoże zastanowić się jak wybrnąć z trudnej sytuacji tj. na przykład eksmisja z mieszkania za niepłacenie czynszu. – Problemy, które w oczach rodziców rosną do rangi rzeczy nie do załatwienia, można rozwiązać w oka mgnieniu. Wystarczy na spokojnie usiąść i pomyśleć, a rozwiązanie przychodzi – słyszę od „Superwoman“.
Agnieszka Redlińska




