Z Ukrainy do Polski
Sławek Kaliniczenko z córką Anastazją i żoną Natalią
Pochodzący z Ukrainy Wiaczesław Kaliniczenko jest trenerem, który doprowadził szczecińskich lekkoatletów Monikę Pyrek i Przemysława Czerwińskiego do medali mistrzostw świata i Europy. Wykonał już wielką pracę dla polskiej lekkoatletyki i wykona pewnie jeszcze większą, ale już jako Polak. Kaliniczenko i jego rodzina otrzymali niedawno nasze obywatelstwo.
Mógł ubiegać się o nie już wcześniej, bo mieszka w Polsce od 2000 roku, ale nie myślał o tym. – Dopiero gdy w 2009 roku po Mistrzostwach Świata w Berlinie odbierałem z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski uciąłem sobie z nim pogawędkę – opowiada Kaliniczenko. Powiedział mi wówczas, że nie będzie żadnych problemów z przyznaniem nam obywatelstwa. To prezydent Kaczyński podjął decyzję, że je dostaniemy – mówi z zadumą oglądając raz jeszcze akt nadania. Tydzień po tragedii pod Smoleńskiem dostali informację, że papiery zostały wysłane z MSZ do kancelarii głowy Państwa, ale tam oczywiście musiały zaczekać na podpis nowego prezydenta.
Na początku wieku
Sławek (zdrobnienie imienia Wiaczesław - przyp. red.) przyjechał do Gdańska w 2000 roku. Rozpoczął tam pracę jako asystent znakomitego polskiego trenera Edwarda Szymczaka. W Gdańsku trenował Monikę Pyrek, a także przez krótki okres, jej największą rywalkę Anię Rogowską oraz najlepszych wówczas polskich zawodników Adama Kolasę i Krzysztofa Kusiaka.
– Nie miałem problemów z aklimatyzacją ani z językiem polskim, dlatego że już wcześniej znałem polskich lekkoatletów – opowiada. – Poza tym zostałem rzucony od razu na głęboką wodę – śmieje się.
Sławek przyznaje, że było mu ciężko, ale nie jest człowiekiem lubiącym narzekać.
– Już dwa dni po przyjeździe trener Szymczak dał mi grupę lekkoatletów do prowadzenia. Przez pierwszy tydzień pracy plecy miałem mokre, a koszulkę mogłem wykręcać. Co ja się nagimnastykowałem, żeby się dogadać! Próbowałem po rosyjsku, ukraińsku, trochę na migi – śmieje się. – Ale jakoś szło do przodu. Po dwóch miesiącach umiałem już nieźle pisać po polsku – dodaje.
Z jedną tyczką
Po dwóch latach znalazł się w Szczecinie. Pracę w naszym mieście zaproponował mu prezes klubu MKL Paweł Bartnik. – Paweł powiedział mi, że jest stadion i zeskok, a nie ma trenera i tyczkarzy. No i co miałem odpowiedzieć? – wspomina. – Po namyśle poprosiłem o załatwienie mi karty stałego pobytu, żeby wszystko było legalnie. I tak z jedną tyczką, którą wtedy miałem przyjechałem tutaj – dodaje.
Za swoim trenerem podążyła Monika Pyrek, a z rodzinnej Piły Przemek Czerwiński, który akurat wybierał w którym z ośrodków ma rozwijać swoją karierę. Sławek ściągnął wówczas do Polski żonę Natalię i córkę Anastazję.
– Nie miałam większych problemów z aklimatyzacją w Szczecinie – wspomina Natalia. Żona Sławka już wcześniej często spotykała polskich sportowców, bo też była lekkoatletką, najpierw biegaczką, a po ślubie ze Sławkiem została... tyczkarką.
– Kiedy byłam tu przez miesiąc, tęskniłam i jechałam na Ukrainę, ale po miesiącu już chciałam wracać z powrotem – mówi Natalia.
Chociaż przyznaje, że wilgotny klimat Szczecina, w porównaniu z suchym Kijowa, nie bardzo jej służy. – Ale polubiłam Polskę i traktuję ją jak drugą ojczyznę. Kiedy pojechaliśmy wszyscy do Włoch, już po dwóch tygodniach chciałam wracać do Polski jak do domu. Miałam dosyć tych ich... makaronów i zwyczajów – śmieje się.
A propos jedzenia, Sławek uważa, że kuchnia polska nie różni się aż tak bardzo od ukraińskiej, poza barszczem ukraińskim, który jest zupełnie inny! W Polsce zajada się więc flaczkami, golonką, bigosem.
Natomiast gdy jest na Ukrainie, to zawsze zapełnia bagażnik samochodu tamtejszymi przysmakami i przywozi do Polski. Jest więc sało, czyli słonina i kiełbasa, które najlepiej smakują mu z ukraińskim chrzanem z ćwikłą i tamtejszą musztardą.
Jedna córka skacze, druga tańczy
W Szczecinie dobrze czuje się też 17-letnia Nastia. Tutaj ukończyła szkołę podstawową, a obecnie kontynuuje naukę w Liceum nr 6. Podtrzymuje też tradycje rodzinne, ponieważ od października ubiegłego roku regularnie trenuje skok o tyczce. Przyznaje, że zmobilizował ją fakt otrzymania obywatelstwa, co pozwoliło jej wystartować niedawno w mistrzostwach Polski juniorów młodszych. Ze świetnym skutkiem, bo zdobyła brązowy medal.
– Teraz chciałabym uzyskać wysokość minimum 3,85 i pojechać w tym roku na mistrzostwa świata do Lille – planuje odważnie.
Tata i trener dodaje: – Nie będę z niej na siłę robił tyczkarki, ona sama musi chcieć.
A mama wspomina: – Ja pierwsze swoje skoki na Ukrainie wykonywałam używając... poprzeczki przez którą przeskakujemy, a nie tyczki, bo tej po prostu nie było. Więc cieszę się, że córka ma tutaj świetne warunki do treningu.
I na razie tylko 5-letnia Liza z rodziny Kaliniczenków, nie wie kim będzie w przyszłości. Choć wie już, co to jest skok o tyczce, bo często rodzice zabierają ją na stadion, na razie woli ... tańczyć.
Podczas naszej wizyty zademonstrowała nam jak świetnie to robi. Wygimnastykowanie, wyczucie rytmu i brak jakiejkolwiek tremy godne dużego uznania.
Monopol na tyczkarzy
Sławek chciałby stworzyć w Szczecinie monopol na wychowywanie dobrych tyczkarzy, najlepszych w Polsce. Warunki na obiekcie przy ulicy Litewskiej są bardzo dobre. Chociaż jak mówi, przydałaby się jeszcze odpowiednio duża, a raczej wysoka hala, żeby nie było problemów z rozbiegiem i jakiś hotelik przy stadionie. To właśnie z powodu braku hali, Pyrek i Czerwiński muszą zimą trenować w Spale. – Gdybyśmy mieli jeszcze te rzeczy można by tu zrobić huragan tyczkarski – mówi ze swadą Sławek. Tym bardziej, że otrzymanie polskiego obywatelstwa ułatwiło mu życie i ma więcej czasu. Nie musi jak poprzednio starać się i jeździć po wizę do Warszawy, żeby móc wyjechać na przykład na zawody do Anglii. Teraz może spakować całą rodzinkę i jechać do Londynu, co zresztą planuje jego żona w przyszłym roku podczas trwania Igrzysk Olimpijskich. Mamy nadzieję, że nie zabraknie tam tam również Moniki i Przemka, a którym brakuje w kolekcji medalu olimpijskiego.
Jerzy Chwałek




