Klucz do kijowskiej zagadki
29 godzin w pociągach i busach, potem noc spędzona nielegalnie w hotelu i bliskie spotkanie z ukraińską milicją. Tak w telegraficznym skrócie wyglądała majówka w Kijowie szóstki szczecińskich turystów.
Był drugi maja. Leniwy, świąteczny poranek nie zapowiadał żadnych nadzwyczajnych zdarzeń. Dlatego też pan Mietek na dyżur w konsulacie przyszedł w dresie, pewien, że tego dnia nic nie zmąci jego spokoju. A jednak... Nagle usłyszał dzwonek domofonu. – To my, Polacy! Potrzebujemy pomocy! – ten rozpaczliwy krzyk, dobiegający z głośnika sprawił, że pan Mietek w jednej sekundzie zapomniał o świątecznym, świętym spokoju.
Powoli zaczęło do nas docierać, że jeśli szybko czegoś nie znajdziemy, to czeka nas noc na ulicy.
Pomocy konsula potrzebowała szóstka turystów ze Szczecina. Wśród nich Magda Gardas, na co dzień specjalista ds. marketingu w jednym ze szczecińskich teatrów. Wraz ze znajomymi postanowiła spędzić majówkę na Ukrainie. Jak się okazało, wyjazd na Wschód był pełen nie zawsze przewidzianych i pożądanych atrakcji.
Szczecińskim turystom do konsulatu cudem udało się dostać. Ze względu na majowe święta placówka była zamknięta. Dopiero uporczywe, kilkunastominutowe napastowanie domofonu zmusiło dyżurnego pracownika konsulatu do interwencji. Okazało się jednak, że konsul generalny RP nie może pomóc swoim zdesperowanym rodakom. A to dlatego, że ich życiu nie zagrażało bezpośrednie niebezpieczeństwo, a poza tym nie zgubili oni dokumentów. Dlaczego więc tak desperacko szukali pomocy? Żeby odnaleźć klucz do tej zagadki, trzeba poznać historię kijowskiej eskapady od początku.
- Po 29 godzinach podróży czterema pociągami i dwoma busami udało nam się w końcu wysiąść w stolicy Ukrainy – wspomina Magda Gardas.
Po krótkiej chwili euforii szczecińscy turyści skontaktowali się z kobietą, u której przed wyjazdem zamówili i częściowo opłacili noclegi. I tu pierwsza niespodzianka: - Okazało się, że właścicielka lokalu pozbyła się naszych pokoi - mówi Magda. – Powiedziała nam dobitnie, że mamy poszukać sobie prywatnych kwater u ludzi, wyłapujących turystów na dworcu kolejowym. Powoli zaczęło do nas docierać, że jeśli szybko czegoś nie znajdziemy, to czeka nas noc na ulicy.
Jednak ceny noclegów nie były zbyt zadowalające. – Pewna pani, gdy dowiedziała się, że mamy śpiwory, ucieszyła się: „aaa, to świetnie, to możecie spać na ziemi w sześć osób” – mówi Magda. – Zażyczyła sobie 200 dolarów za noc, a na nasze zdziwienie, że tak drogo za niezbyt wyszukane warunki do spania stwierdziła, że przecież „jest dusz (ukr. prysznic), jest gaz”…
Ostatecznie szczecińskim podróżnikom udało się znaleźć nocleg na dwa dni za 100 dolarów. Męska część wycieczki pierwszej nocy w Kijowie udała się na podbój klubów nocnych. Ten fakt okazał się być brzemienny w skutkach.
Słuchajcie, a kto ma klucz od mieszkania?
Na drugi dzień wypadało święto 1 maja. Szczecińscy podróżnicy wybierali się na uroczyste obchody. W pokoju został jedynie odsypiający pełną klubowych wrażeń noc Marek, który miał dołączyć do reszty w późniejszym czasie. – Klucze zostawiliśmy w przedpokoju na wieszaku, żeby Marek mógł spokojnie spać i po wyjściu na spotkanie z nami zamknąć drzwi – mówi Magda. – Spacer po ulicach Kijowa był przemiły, do momentu, w którym Marek, gdy już do nas dołączył, ni stąd ni zowąd zadał pytanie: „Słuchajcie, a kto ma klucz od mieszkania?”.
Drzwi do lokalu, w którym szczecinianie mieli spędzić jeszcze jedną majówkową noc, były zatrzaskowe. Sytuację pogarszał fakt, że turyści byli już rozliczeni z właścicielką mieszkania i miała ona do niego wrócić dopiero na drugi dzień, po odbiór kluczy. – Nie wiedzieliśmy o niej nic oprócz tego, że stała na dworcu czekając na ludzi chcących wynająć kwaterę na nocleg i tego, że jej mąż jest taksówkarzem – mówi Magda Gardas.
Męska część wycieczki bezskutecznie próbowała odszukać kobietę na kijowskim dworcu. Nie udało się też dostać do mieszkania z pominięciem zatrzaśniętych drzwi. W tej sytuacji Marek, jako winowajca, zarezerwował dla grupy dwa pokoje w hotelu na drugim końcu miasta. -Dojechaliśmy, podeszliśmy do recepcji i… okazało się że w systemie nie ma żadnej tego typu rezerwacji, a tym bardziej potwierdzenia, że pokoje zostały już opłacone – wspomina Magda.
Cudem udało się znaleźć w hotelu miejsca dla czterech z sześciu uczestników wyprawy. Dwóch pozostałych przedostało się nielegalnie do swoich towarzyszy, którzy w tym czasie odwracali uwagę strażników i recepcjonistki.
Nie daliśmy się milicji!
Nazajutrz podróżnicy udali się pod feralnie zatrzaśnięte drzwi, za którymi wciąż pozostawała większość ich rzeczy. – Po dwóch godzinach czekania zaczęliśmy się niepokoić. A już w kilka minut później pojawiły się nieśmiałe przypuszczenia, że właścicielka chyba jednak kazała nam drzwi zatrzasnąć, a klucze zostawić wewnątrz mieszkania i że tak naprawdę niekoniecznie musi się dziś tutaj pojawić, bo i po co. Zgroza. Minuty mijały, Marek miał niebawem mieć samolot, my zaś pociąg do Lwowa.
Wtedy właśnie pechowi podróżnicy podjęli rozpaczliwą i bezskuteczną próbę uzyskania pomocy w konsulacie. Ostatnią instancją okazała się milicja. Jednak i w tym wypadku nie obyło się bez problemów. Komisariat 2 maja był nieczynny…
- Mieliśmy już zacząć tłuc głowami w chodnik, względnie ścianę, gdy zobaczyliśmy wysiadającego z parkującego dopiero co BMW milicjanta – opowiada Gardas. – Rzuciliśmy się na niego pędem.
Znając kilka słów po rosyjsku, ze dwa po ukraińsku i mając do dyspozycji całą gamę emocji, znajdujących ujście w nadmiernej gestykulacji, wyjaśniliśmy mu nasze smutne położenie.
Kilkadziesiąt minut później pod budynkiem, w którym swoje rzeczy pozostawili szczecińscy podróżnicy, zjawił się milicyjny radiowóz. Wysiadło z niego trzech uzbrojonych po zęby milicjantów, prowadząc ze sobą taksówkarza, męża właścicielki pechowego mieszkania. - Byliśmy wolni! – wspomina Magda.
Kluczem do otwarcia zatrzaśniętych drzwi okazała się więc paradoksalnie pomoc ukraińskiej milicji, która nie może przecież poszczycić się nieposzlakowaną opinią. Jednak w beczce miodu znalazła się i łyżka dziegciu. Milicjanci, choć nieśmiało i kokieteryjnie, zasugerowali, że ich fatygę wypadałoby dodatkowo wynagrodzić. – Kartkowali nasze paszporty wzdłuż i wszerz, licząc, że wpadniemy na to sami. Ale my się nie daliśmy!




