Turniejowa infekcja
Koniec września to dla mnie bardzo szczęśliwy czas. Kończy się turniej, mija napięcie, schodzi powietrze i wreszcie możemy żyć jak normalna rodzina. Bez pracy przez szesnaście i więcej godzin na dobę, bez wszechogarniającego stresu i nerwówki. No i można już planować wakacje. Niestety jesienne, ale zawsze. Jedynym minusem jest to, że co roku, kiedy tylko adrenalina odpuszcza, osłabiony organizm od razu atakowany jest przez różne wirusy i inne świństwa i po prostu chorujemy. Nasza rodzinna pani doktor przyjmuje tylko zakłady czy zjawimy się u niej dzień czy dwa po turnieju. Nie inaczej jest i w tym roku. Piszę ten felieton leżąc w łóżku, zmagając się z jakąś nieprzyjemną infekcją. Dlatego wybaczcie Drodzy Czytelnicy drobne złośliwości, ale jak boli gardło i katar przeszkadza, to na świat patrzy się nieco inaczej. Tegoroczny turniej będę wspominał jako jeden z najtrudniejszych do zorganizowania. Wszystkie zawirowania związane z upadłością fundacji, która do tej pory była administracyjnie i księgowo odpowiedzialna za organizację Pekao Szczecin Open i znaczne przesunięcie w czasie rozmów ze sponsorami i rozpoczęcia wszelkich prac przygotowawczych spowodowały, że do końca nie wiedzieliśmy jako „nowi” organizatorzy, czy uda się zebrać wymagany budżet i dostosować do standardów imprezy dosyć zaniedbany obiekt przy alei Wojska Polskiego. Udało się! A słowa szczególnego podziękowania, obok grupy naszych najbliższych współpracowników, należą się tym wszystkim firmom, które odpowiedziały pozytywnie na nasze prośby i sprawiły, że budżet, a co za tym idzie turniej, udało się uratować. Ukłony także dla Miasta Szczecin, które w tym roku wyjątkowo aktywnie zaangażowało się w przygotowania. Dzisiaj, kilka dni po, możemy mieć wszyscy wspólnie ogromną satysfakcję. Turniej udał się wspaniale. Zmiany na obiekcie się podobały. Co brzydkie i nieatrakcyjne udało się zasłonić. Atmosfera, mimo dosyć chłodnego tygodnia, była naprawdę gorąca. Goście szczerze zadowoleni. Znakomita obsługa medialna. I najważniejsze – najlepszy w historii poturniejowy raport Supervisora ATP. Niemiec Hans - Juergen Ochs był u nas po raz pierwszy. Po przyjeździe do Szczecina mówił, że inni sędziowie zazdrościli mu, że to właśnie on został wyznaczony na Szczecin i nie wiedział dlaczego. W finałową niedzielę zadeklarował, że chce na naszym turnieju pracować co roku i, że stał się absolutnym fanem naszej imprezy. Po prostu sukces. Ale oczywiście, jak zawsze w naszym mieście, nie brakowało malkontentów. Jedni narzekali na poziom sportowy, nie oglądając meczy, sugerując się jedynie liczbami w rankingu ATP przy nazwiskach poszczególnych zawodników. Inni narzekali, że nie udało nam się „ściągnąć” na imprezę Jerzego Janowicza czy Łukasza Kubota. Kolejnym nie podobały się koncerty, czy likwidacja dymiących grilli z turniejowych alejek. Ale najwięcej emocji było przy strefie VIP. Jedni mieli zaproszenia i dumnie chodzili ze specjalnymi identyfikatorami, inni próbowali je za wszelką cenę zdobyć. I to często nie przebierając w środkach. Nie uwierzycie Drodzy Czytelnicy, jak wielu mamy w mieście osób aspirujących do miana Very Important Person pomimo braku zaproszenia i co potrafią oni zrobić, aby na takie miano w turnieju zasłużyć. A z drugiej strony to chyba dobrze świadczy o szczecińskiej imprezie i o tym co przygotowaliśmy dla gości, że aż tyle osób chce się tam dostać. Chociaż, planując kolejne edycje, chciałbym dotrwać do takiego momentu, że na naszym turnieju takie parcie jak na wejście do VIP Tennis Clubu będzie na wejście na trybuny kortów, aby oglądać zmagania tenisistów. Bo pamiętajmy, że Pekao Szczecin Open to jednak przede wszystkim zawodowy turniej tenisowy.




