Ambasador z „Pobożniaka”

Absolwentów "Pobożniaka" spotkać można we wszystkich zakątkach świata, wielu z nich z czasem wyniosło się na dobre ze Szczecina, ale szczecińskie sentymenty u każdego wciąż pozostają żywe. Jednym z nich jest Andrzej Papierz, ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w krajach cywilizowanych i jeszcze bardziej cywilizowanych. W rozmowie z "Prestiżem" jawi się jako..., zresztą: ocena należy do Państwa!

Ekscelencjo, uzbierało się: drukarz nielegalnych pism, jeden z czołowych zadymiarzy w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów przed rokiem 1989, po Okrągłym Stole dziennikarz, korespondent, analityk Urzędu Ochrony Państwa, dyplomata, dziś ambasador RP w Kazachstanie. O czymś zapomniałem?

Z tym "ekscelencją" to nie przesadzaj, nie przywiązuję większej wagi do oficjalnej nomenklatury, zresztą w gronie znajomych z etykiety robimy sobie niekiedy spore żarty. Inna rzecz, że cała ta tytulatura przyjęta jest w oficjalnych pismach czy na dwustronnych spotkaniach, też zresztą bez zbędnej emfazy, ale poza nimi raczej już nie. W służbie dyplomatycznej ma to znaczenie trzeciorzędne. Odpowiadając jednak na pytanie: zapomniałeś dodać, że także ojciec piątki dzieci, mąż i podróżnik. Na dodatek człowiek rodem z "konopielkowej" wsi, choć nie od rzeczy będzie zaznaczyć, że w znacznej części - szczecinianin.     

Zanim sięgniemy do wątków rodzinno-korzennych pozostańmy jeszcze przez moment przy splendorach; w biogramie napisano, że zostałeś odznaczony między innymi Złotym Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju oraz Gwiazdą Afganistanu. Przyczepiasz je sobie czasem do fraka, klatę wypinasz?  

Cóż, jeśli masz odznaczenia to masz prawo je nosić, ale tu nie ma obowiązku. A ja tego nie robię nigdy, bo moim zdaniem są to jedynie swego rodzaju gadżety. Zresztą mam niewesołe obserwacje na temat współczesnych odznaczeń choćby dlatego, że sam wielokrotnie występowałem o nie dla wielu ludzi. I widzę dysproporcję, bo jeśli ktoś uczciwie przepracuje 40 lat w Polsce to nie dostanie żadnego medalu. Ale jeśli ktoś przez kilka lat "działał" w tej czy innej organizacji polonijnej poza Polską to na medal czy krzyż może liczyć. Ja nie biorę udziału w tym teatrze, teraz to są - w mojej przynajmniej optyce - w większości breloki.  Prawdziwe odznaczenie to Virtuti Militari albo Krzyż Walecznych. Może to niepopularna postawa, ale tak właśnie rzecz całą oceniam.

Zdradziłeś Szczecin dla "reszty świata" i opuściłeś miasto w roku 1985. Ale przecież nie urodziłeś się nad Odrą... Jak wygląda droga ku światu dyplomacji, limuzyn, czerwonych chodników i ambasad?

Zgadza się, urodziłem się we Frampolu, na wschodzie Polski; Zamość, Lublin, te sprawy. Przenieśliśmy się do Kościna, osady w gminie Dobra Szczecińska koło wsi Dołuje. Taka sytuacja: rodzina, ze mną podówczas dwuletnim, wyjechała na drugi koniec Polski, bo ojciec dostał pracę w tamtejszym PGR. Trzeba było zaryzykować, ruszyć na zachód, wyjechać z tej, co by nie mówić, Polski C, bo to wtedy były klimaty rodem z "Konopielki" Redlińskiego. Zdążyłem jeszcze pójść we wsi Dołuje do pierwszej klasy, ale do drugiej poszedłem już w Szczecinie, bo przeprowadziliśmy się znowu. Mieszkaliśmy przy Wyzwolenia, a tuż przed stanem wojennym ponownie przeprowadziliśmy sie na Słoneczne. Stamtąd, po podstawówce, dojeżdżałem do Pobożniaka, czyli LO nr 2.

W maju 1985 roku zakwitły kasztany, przyszła matura i pojawił się dylemat - co dalej?

Wtedy to właśnie w Szczecinie rozpoczął się nabór na Uniwersytet Szczeciński, bo akuratnie 30 lat temu powstała ta uczelnia. Ja jednak z kilku przyczyn chciałem wyjechać z miasta. Od razu powiem, że nie hołdowałem pewnego rodzaju snobizmowi, który absolwentom mojego ogólniaka nakazywał czuć spełnienie i satysfakcję jeśli dostali się na studia w Poznaniu. Nie rozumiem tego do dziś, bo jakoś Poznań nigdy nie robił na mnie większego wrażenia; ten region i miasto nie pociągało mnie w żadnej mierze. O wyborze Warszawy zdecydowała głównie polityka i PKP.

Polskie Koleje Państwowe z czasów PRL mogą czuć się współtwórcami składu obecnego korpusu dyplomatycznego RP???

Poniekąd mogą, bo zamyślałem ruszyć na studia do Krakowa. Jednak do Warszawy było bliżej, a i dojazd był łatwiejszy. Ale mówiąc poważnie, to w wieku 18 lat byłem już nieźle zorientowany w polityce. Miałem wuja w Warskim, od niego dostawałem "Szczecińskiego Szerszenia" czyli dwumiesięcznik wydawany jeszcze w latach 70. w Paryżu. W stanie wojennym pojawiła się inna "bibuła", zdecydowałem się na Warszawę, bo tam przecież była opozycja, tam był Kuroń z Michnikiem, tam był Komitet Obrony Robotników, coś się działo, bulgotało pod pokrywką bez przerwy. Przy wyborze uczelni miałem zresztą spory luz jako finalista ogólnopolskiej olimpiady z Wiedzy o Społeczeństwie. Wystarczyło wskazać uczelnię i bez egzaminów (oprócz językowego) podjąć studia.  

Błyskawicznie stałeś się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy nielegalnego wtedy Niezależnego Zrzeszenia Studentów, czołowym zadymiarzem na studenckich wiecach i marszach, częstym przymusowym gościem milicyjnych "dołków". Skąd tak bezkompromisowa w smarkatym, za pozwoleniem wieku, postawa wobec tamtego systemu? Przecież nie z "Szerszenia"?

To dość zabawne, bo największą motywacją mojej nienawiści do komuny wcale nie było "niepodległościowe wychowanie rodzinne". Środowisko "konopielkowe", z którego pochodzili moi rodzice, obiektywnie patrząc, zyskało po wojnie choćby poprzez elektryfikację i walkę z analfabetyzmem. Z tej perspektywy byłem dzieckiem pochodzenia robotniczo-chłopskiego, które w PRL-u dostawało punkty za pochodzenie. Moją największą motywacją od dzieciństwa była chęć podróżowania, pamiętam lektury z podstawówki, te wszystkie "Tomki" Alfreda Szklarskiego, "Ziemia słonych skał" Sat-Okh'a, takie to były rozpalające wyobraźnię lektury. Nie miałem pieniędzy na tygodnik "Perspektywy" skąd wycinałem zdjęcia z różnych stron świata dlatego zgłosiłem sie w podstawówce na koordynatora zbiórki makulatury.

"Perspektywy" to wciąż była przecież czysta propaganda!

Propaganda działa na ludzi, którzy nie poszukują sprzeczności. Człowiek inteligentny z wiekiem zadaje sobie coraz więcej pytań, mi już w podstawówce przeszkadzało, że do cholery, mieszkam na granicy, widzę tych ludzi o 200 metrów dalej i nie mogę do nich pójść, porozmawiać, wymienić się choćby tymi zdjęciami z "Perspektyw". Było to dla mnie poznawczo nie do zrozumienia, że jest jakaś rzeka, jakieś miejsce i do tego miejsca mówią w jednym języku, a za 50 metrów zupełnie w innym, a na dodatek jest to nieprzekraczalne. To w ogóle jest antyludzkie! Trwało zresztą całymi latami, bo pierwszy raz w życiu wyjechałem za granicę do Holandii w 89 roku. Wcześniej, za działalność antysystemową byłem pozbawiony paszportu. Może i dobrze, bo na pierwszym roku z kolegą chcieliśmy uciec z wycieczki do Grecji. Ale ja nie dostałem paszportu, więc zostałem. A kolega mieszka do dziś w Australii. 

Po studiach zamiast do Australii trafiłeś do mediów: Polsat, TVP, Tygodnik Solidarność, Polskie Radio i inne. Pisałeś reportaże m.in. z Czeczenii. Zaraz potem było Centrum Informacyjne Rządu, szefowanie Instytutowi Polskiemu w Sofii. Rok 2007 to już mianowanie na ambasadora RP w Bułgarii...

Wielu zajęć imałem się po studiach, prawda. Starałem się jednak zawsze jak najmniej siedzieć przy biurku, mam to do dzisiaj, zawsze mnie nosiło po świecie...

...co nie jest łatwe z piątką dzieci nie wspominając już o żonie!

Cóż, poruszamy się stadnie i wielka zasługa mojej żony Krystyny, że potrafi rzecz całą połapać. Jak masz piątkę dzieci w wieku 6-16 lat to rzecz, zapewniam, nie jest prosta. Na niej, siłą rzeczy spoczywa największy ciężar i odpowiedzialność, cała logistyka związana z domem, szkołami, tym bardziej że nie mamy gosposi i nigdy takowej nie mieliśmy. Ale nie narzekamy, jako się rzekło: będę robił wszystko, by nie siedzieć za biurkiem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Kiedy ostatnio byłeś w Szczecinie? Co zobaczyłeś?

Byłem latem 2008 roku i ówczesny Szczecin bardzo mnie rozczarował. Sprawił wrażenie miasta "dzień po imprezie", walające się śmieci, odrapane ściany kamienic, gdzieś ktoś nieznanym algorytmem coś wyremontował, gdzieś straszą ślady od kul z pepeszy z czterdziestego piątego..., łażą ludzie, srają psami, ja bym chciał, żeby w Szczecinie, żeby w ogóle w Polsce obowiązywał jakiś standard, ja nie akceptuję niechlujnej bylejakości.  Wywiozłem wtedy obraz miasta, które cały czas czeka na zarządcę, na kogoś kto będzie miał wizję co z nim zrobić. I nie oczekuję, że będzie można na deptaku siadać białymi spodniami na murku, jestem przecież realistą. Centrum Szczecina jest piękne, ale wymaga nakładów, remontów, nie widzę tu żadnej strategii, żadnego pomysłu. Tymczasem Szczecin to jedno z ładniejszych potencjalnie miast w Polsce; ma wszystkie atuty, żeby być w pierwszej trójce czy piątce najpiękniejszych miast. Szczecin jeszcze za końca komuny jednak coś w Polsce znaczył, teraz jednak jego pozycja zdecydowanie podupadła. Kiedyś równał się bez problemu z Wrocławiem czy Lublinem, dziś nie wiem czy strategia i potencjał Bydgoszczy albo Torunia, oczywiście bez urazy, nie jest większy. 

A Szczecin czasów młodości?

Ha, do końca życia będę pamiętał najlepsze bułki na świecie: codziennie rano wstawałem i biegałem na ulicę Śląską, facet się nazywał Wróbel, prywatną miał piekarnię, po 10-15 bułek kupowałem tam przez parę ładnych lat, pewnie już zamknął interes. Poza tym Wały Chrobrego, oczywiście Duet przy Bogusława, Zamek, Pinokio, 13 muz, masa tego i znacznie cieplejsze wspomnienia niż sprzed 8 lat. 

Wracamy zatem do ambasady RP w Bułgarii, na placówki do Afganistanu i Kazachstanu. W amerykańskich filmach jest tak, że obywatel USA gdziekolwiek na świecie będąc w tarapatach jeśli tylko znajdzie swoją placówkę to czuje się jak w domu. Jak to wygląda w realiach polskich?

Jesteśmy w służbie i wszędzie staramy się pomóc naszym rodakom w przeróżnych, jak to ująłeś, tarapatach czy w sprawach administracyjnych, to przecież jest zrozumiałe. Zdarzają się niekiedy postawy roszczeniowe, latem ubiegłego roku do Ałmaty (Kazachstan) przyjechała rozwalającym się samochodem pani z córką. Jechały z Polski do Afganistanu przez Kazachstan, wiesz, przygoda taka. Tymczasem samochód stary, silnik się zepsuł, źle wykalkulowała czas przejazdu przez Kazachstan i wiza im wygasła. Niestety, Kazachowie są rygorystyczni i nawet zatrzymali obie panie na jakiś czas. No, nic - udało sie je wyciągnąć, pojechały. Po jakimś czasie w placówce w Kirgistanie pojawiły się ponownie żądając ni mniej ni więcej, ale tego, by ponownie z zepsutym samochodem przetransportować je do Polski. Odpisałem im wprost: kupią panie sobie bilet lotniczy, a auto proszę nadać w kontener i przesłać do kraju. Dodam, że były to osoby relatywnie majętne i stać je było na powrót do Polski. Konsul i w ogóle każdy dyplomata musi mieć zarówno sporo empatii, ale nie mniej zdrowego rozsądku. Większość ludzi potrafi i chce samodzielnie załatwiać własne sprawy, zresztą wstyd na kogoś innego zrzucać swoje niepowodzenia. Najczęściej o pomoc w konsulacie wnioskują osoby, które są na tyle zamożne, że tej pomocy w ogóle by nie potrzebowały, to typy wampirów energetycznych. Jeśli wyczują, że masz jakąś słabość, że się wahasz, to błyskawicznie zatrudnią cię do realizacji swojego misternego planu. Jednak takich przypadków jest u nas mało, bo nie leżymy na szlakach masowej turystyki, Polaków jest relatywnie niewielu, tu nie Wielka Brytania, Irlandia czy Ameryka...

Jaka jest sytuacja Polaków w Kazachstanie, mam na myśli potomków polskich zesłańców z lat 40. XX wieku?

Cóż, mam wrażenie, że w Polsce funkcjonuje nierealistyczny i dawno nieaktualny obraz Polaka w Kazachstanie, ogólnie: Polonii na Wschodzie. Mam tu mieszane uczucia, bo z jednej strony ktoś, kto miał polskiego pradziadka to w papierach jest Polakiem. Tyle, że najczęściej te kolejne pokolenia nie mają już z Polską niczego wspólnego; nie znają słowa po polsku, nie hołdują żadnym polskim, śladowym choćby, obyczajom, tradycjom czy jakiejkolwiek religii. Ich polskość to kwestia czysto deklaratywna, sam niekiedy popadam w konfuzję, kiedy roznoszę pomoc po domach i na ścianie na honorowym miejscu widzę zdjęcie Putina. 

Kazachstan kojarzy się w Polsce m.in. z kumysem, czyli sfermentowanym kobylim mlekiem. Ponoć to okrutne obrzydlistwo. Czy ambasador może odmówić spożycia regionalnych przysmaków nie obrażając gospodarza?

Ja zawsze potrafię odmówić i nigdy nie robię czegoś, na co nie mam ochoty. Bez względu na to, czy odmówię Kazachowi, Papuańczykowi czy komukolwiek. Jeśli na przyjęciu dostaję na przykład ucho czy oko świni to mówię, że ja tego nie jadam, że jestem wegetarianinem (co zresztą jest prawdą), uhonorujcie kogoś innego... Kumysu się czasem napiję, bo lubię ten smak, i choć (tu następuje subiektywny opis smaku kumysu nie dający się wszakże opublikować w lifestylowym magazynie) jest lekko kwaśny, to można się przekonać. Ale wolę lekko sfermentowane mleko z wielbłąda. W ogóle lubię mleczne rzeczy...

Smacznego, wierzę na słowo, dziękuję za rozmowę.

Prestiż  
Marzec 2015