Broda nisko, ręce wysoko, uśmiech na twarzy

Sobota, południe, pada deszcz. Siedzimy w przytulnych Stojakach na Rayskiego w Szczecinie. Pachnie kawą, brzmi dobra muzyka, zwyczajne spotkanie trzech dziewczyn... a może niezwyczajne, bo poza klasycznym „co nowego?” rozmawiamy głównie na jeden bardzo kobiecy temat… o boksie. 

Ania, wysoka blondynka, szczupła, choć aktualnie w zaawansowanej szczęśliwej ciąży. Żona, za chwilę matka, pani architekt, zwariowana, zawsze stylowo ubrana. Agnieszka, drobna, wręcz filigranowa, o rozbrajającym uśmiechu. Praca w poważnej firmie, ukochany chłopak, mistrzyni ciętej riposty. Obie kochają boks, absolutnie. I na dodatek go uprawiają, amatorsko.

– Myślenie, że kobiety nie powinny uprawiać boksu, bo jest to typowy męski, brutalny sport jest myśleniem stereotypowym – stwierdza Przemysław Rydyński, trener boksu, przygotowujący również dziewczyny. – To podstawowy błąd utrwalony przez filmy typu „Rocky”. Boks to sztuka, inteligentne zajęcie. Każdy ruch to integracja mózgu z ciałem, rozwojem bodźców i pamięci mięśniowej. Wymaga nie tylko siły, ale także maksymalnej koordynacji. Kto powiedział, że kobiety tego nie potrafią?

Ania

– W liceum i na studiach byłam całkowicie „niesportowa”. Dopiero moja przyjaciółka Marta Witkowska, instruktorka fitness zaprosiła mnie do siebie na zajęcia. Ćwiczenia areobowe z elementami tańca niespecjalnie mnie kręciły, ale chodziłam, bo kazała – opowiada ze śmiechem. – W tym samym klubie zobaczyłam, że Przemek prowadzi zajęcia z boksu, podpatrzyłam i z zupełnej ciekawości poszłam do niego na zajęcia. Pamiętam jak dziś, że po pierwszej rozgrzewce pryskał ze mnie pot na wszystkie strony niczym krew z Roberta de Niro we „Wściekłym byku”. Po wszystkim stanęłam przed lustrem i zadałam sobie pytanie „albo uciekasz, albo zostajesz?”. I zostałam.

Zanim została na dobre minął rok, ponieważ wcześniej ze względów zdrowotnych musiała odpuścić zajęcia. Kiedy wróciła, wiedziała, że same ćwiczenia to za mało.

– Z boksem jest tak, że 90 procent trenujących zadowala się wyłącznie ćwiczeniami. Sparingi i walka to domena tych pozostałych dziesięciu, wśród których się znalazłam – kontynuuje. – Stwierdziłam, że jak już coś robię, to niech zobaczę jak w pełni ten sport wygląda. Już same treningi wyzwalają emocje, chęć sprawdzenia siebie. Sam worek już ci nie wystarcza. Szukasz interakcji z drugim człowiekiem. 

Po pół roku chodzenia na treningi trener zaproponował jej pierwszy sparing. Ania stanęła przed Agnieszką.

– Byłam bardzo stremowana, tym bardziej, że Aga była bardziej ode mnie doświadczona – wspomina. – Kiedy miałam już na głowie kask i ochraniacze na zębach wszystko do mnie dotarło: nie ma odwrotu. Postanowiłam pójść na żywioł. Po pierwszej rundzie, która trwała raptem dwie minuty byłam wypompowana. To takie uczucie jakbyś tonęła, do tego stres, brak kontroli nad oddechem. Nie wiem jak przeszłam te trzy rundy. Przemek po wszystkim powiedział, że miałam syndrom „pierwszaka”. 

Pierwszy sparing, później były następne. W końcu Ania trafiła na turniej.

– Szok, emocje i myśl, czy dam radę – kontynuuje opowieść. – Startowałam w kategorii do 59 kg i musiałam nabrać ciała, gdyż wtedy ważyłam ledwo 54. W losowaniu, w swojej kategorii, zostałam wytypowana do finału. Dziewczyna, z którą miałam walczyć miała świetny start. Była szybka, skuteczna, ale kiedy zbliżała się runda finałowa pojawiły się u niej problemy z oddechem i musiała zrezygnować z dalszej rywalizacji. Kiedy dowiedziałam się, że nie będę walczyć i wygram tzw. walkowerem, poczułam się mocno zbita z tropu. Psychika mi siadła. Tyle czekałam, a tu nic. Powiedziałam Przemkowi, że chcę walczyć. Stanęłam na ringu z moją koleżanką Alicją. Co prawda nie wygrałam, ale byłam przeszczęśliwa. Boks to sprawdzenie siebie, walka ze sobą i ze swoimi słabościami. Po zejściu z ringu przytulasz przeciwniczkę. Nie ma złości. Chyba tylko kobiety tak potrafią.

Agnieszka

– Kiedy weszłam na ring ubrana w ochraniacze, kask, cały ten ekwipunek przestałam być sobą – mówi Agnieszka. – Na samej macie poczułam się bardzo samotna. Wszystko ucichło, a moja przeciwniczka jawiła mi się jako zamazana postać. Myślę, że nie poznałabym jej, gdybym ją dziś spotkała na ulicy. Kiedy rozpoczęła się walka, słyszałam tylko głos mojego trenera.

Trener jest trochę jak ojciec, trochę jak psycholog. Obie dziewczyny przyznają - jest najważniejszy.

– Trener jest nie do zastąpienia – stwierdza Agnieszka. – Bez jego głosu nie przetrwałabym żadnej walki. I nie chodzi tu o samą taktykę, stosowanie prawidłowym ciosów. Chodzi o odwagę. Musisz stać, nie możesz przerwać. W boksie nie cofamy się, w boksie atakujemy.

Aga trenuje już trzy lata. Trafiła do Przemka przez swojego chłopaka, którego usilnie namawiała na uprawianie jakiegokolwiek sportu. Ten w trakcie treningu z jej chłopakiem podszedł do Agnieszki i zapytał, czy sama nie chciałaby spróbować. Spróbowała.

– Nie wiedziałam co powiedzieć. Żadnej walki nie przetrwałam jako widz – śmieje się. – Kiedy zaczęłam się wkręcać w ćwiczenia i zobaczyłam jak moja forma rośnie, zapragnęłam więcej. Dawaj ten boks – powiedziałam do Przemka. I tak się zaczęło.

Poza ringiem

Przeciwnicy kobiecego boksu, mówią, że to brutalny, kontuzyjny i bolesny sport. 

– Mocno działa tutaj adrenalina. Ciało mniej boli po treningu, niż po sparingu – wyjaśnia Agnieszka. – Podbite oko czy rozbita warga - to przejdzie i się zagoi, ale gdzieś z tyłu głowy cały czas mam zakodowane, by jednak powstrzymać ten cios. W końcu jestem pracownikiem biurowym (śmiech).

Ania dodaje: – Nie miałam jeszcze takiej sytuacji, żeby krew się lała, ale pamiętam sparing z Przemka bratem. Dostałam wtedy mocno, tak, że aż mi głowa poleciała na bok. Nie czułam bólu tylko raczej „ja ci dam gówniarzu!”. Po wszystkim miałam trochę spuchnięty nos. I cieszyłam się z tego, nosiłam to jak trofeum. Nikt mnie nie rozumiał (śmiech).

Patrząc na obie dziewczyny nie znajdziemy śladów walki. Obie uprawiają boks amatorski, różny od zawodowego, będący czystą rekreacją. Tkwi w tym moc.

– Nie zdawałam sobie sprawy, że mogę wykrzesać z siebie takie emocje. Zawsze wydawało mi się, że jestem wrażliwcem. A dzięki temu udało mi się rozwinąć w sobie pewien rodzaj siły. Taki, że jak będę rodziła w lipcu, to zdecydowałam się na naturalny poród. Wiem, że to niesamowicie boli, ale zaraz... ja byłam na ringu!

– To czego najwięcej daje mi ten sport, to walka ze swoimi słabościami. Bardzo wzmacnia charakter i przy okazji trzyma ciało w dobrej formie – dodaje na koniec Agnieszka.

 A co na to trener? – Boks usprawnia, rzeźbi i wyszczupla ciało. Buduje mocny charakter – wymienia Przemek Rydyński. – Zawsze powtarzam moim zawodnikom: broda nisko, ręce wysoko i uśmiech na twarzy.

 

Bohaterki tekstu, czyli Anna Pazdur-Czarnowska i Agnieszka Szmerek są także jednymi z bohaterów dokumentu „Down,  But Not Out” Miguela Gaudencio i Pawła Sroki, który w sugestywny i emocjonujący sposób pokazuje jeden z turniejów boksu amatorskiego, w którym obie dziewczyny biorą udział.

 

 

Prestiż  
Czerwiec 2015