Odkrycie Skandynawii
Pamiętam, jak pierwszy raz byłam w Kopenhadze kilkanaście lat temu. Pojechałyśmy tam z projektem wystawy, którą robiłyśmy wspólnie z Moniką Petryczko – Polish Design Island, czyli nomadyczną wystawą polskiego dizajnu i rzemiosła. Kopenhadze montowałyśmy ekspozycję na terenie ambasady RP, w pięknie położonym miejscu. Po kilku dniach zorientowałam się, że czuję się tam jak w domu. Po raz pierwszy poczułam, że przestrzeń rozumie mnie, a ja rozumiem ją. Zaczęłam to analizować.
Okazało się, że kluczowa jest niska zabudowa – dwa, trzy piętra, czyli ludzka skala. Do tego brak chaosu wizualnego w przestrzeni publicznej: brak krzyczących reklam, przypadkowych neonów i wizualnego jazgotu, z którym w Polsce zaczęliśmy dopiero walczyć. Ważny był też zrównoważony transport – ludzie poruszali się głównie rowerami, ruch samochodowy był ograniczony, a wszędzie można było dojść pieszo. To wszystko składało się na design rozumiany jako całe otoczenie, w którym żyjemy. Idąc uliczkami, można było zaglądać do wnętrz mieszkań, bo przy tej ludzkiej skali nie było bariery między przestrzenią prywatną a publiczną. Skandynawowie nie odgradzają się zasłonami. Wieczorami widać było ciepłe światło, świece, piękne lampy.
Widziałam tam ikony designu, o których wcześniej tylko czytałam – ale nie na piedestale, tylko w codziennym użyciu. Lampy, fotele, drewniane stoły, krzesła – jakościowe przedmioty przekazywane z pokolenia na pokolenie. Wszystko powściągliwe, niekrzykliwe. Design nie był fetyszem, tylko naturalnym towarzyszem życia.
I chyba o to chodzi – żeby nie fetyszyzować przedmiotów ani nie traktować ich jako czegoś niedostępnego, tylko jako rzeczy, które mają nam dobrze służyć. Dużą szkodę robi powtarzane zdanie, że o gustach się nie dyskutuje. Moim zdaniem powinno się dyskutować – o jakości, estetyce, o tym, czym jest piękno i jak się zmienia.
Dziś mówi się o tym również w kontekście neuroestetyki – że odpowiednie proporcje, harmonia kolorów czy światła koją układ nerwowy. Inne palety barw działają w krajach południowych, gdzie światło jest ostrzejsze, a inne w naszej szerokości geograficznej, gdzie mamy naturalny filtr szarości. Dlatego w przestrzeni publicznej kolory powinny być dobierane świadomie. Przykładem jest choćby zjawisko „pastelozy” – czyli krzykliwych kolorów bloków mieszkalnych, dobieranych przypadkowo, na zasadzie „aby było weselej” – krytykowane przez Filipa Springera.
To wymaga wiedzy eksperckiej – jak materiały zachowują się w czasie, jak się starzeją, jak zapisują historię użytkowania. Drewno, kamień czy dobre tkaniny zyskują z czasem, nabierają patyny. To coś zupełnie innego niż przedmioty jednorazowe. Wolę mówić o jakości niż o luksusie. Chodzi o zmianę sposobu myślenia: mniej rzeczy, mniej plastiku, ale lepszych, trwalszych, bardziej wartościowych. Bo design to nie tylko estetyka – to sposób, w jaki żyjemy.
Projektowanie dla zmysłów
Skąd u mnie to projektowanie dla zmysłów, ta filozofia? To, o czym mówiłam wcześniej, czyli jakość materiałów, to przecież domena dotyku. To on nam mówi, czy coś jest dla nas miłe. Smak może nie jest najbardziej oczywistym zmysłem w projektowaniu, ale węch już tak – drewno pachnie, skóra pachnie, materiały roślinne pachną. Na gruncie własnej praktyki – dokonałam takiego zwrotu multisensorycznego. Zaczęłam odkrywać, także poprzez różne teorie i refleksje, jak istotne jest to, co cielesne.
Dużą rolę odegrał tu dla mnie Juhani Pallasmaa, autor książek „Oczy skóry” i „Myśląca dłoń”. Jest architektem. Pisał o tym, jak ważne jest czucie cielesne. Jak istotne jest wszystko to, czego doświadczamy poprzez dotyk. Jak ważna jest pamięć ciała, to, co kodujemy w dzieciństwie. Śmiem twierdzić, że większość ludzkiego doświadczenia opiera się właśnie na tej wiedzy pozyskanej przez ciało. To zaczęło mnie fascynować. W końcu postanowiłam wykorzystać tę wiedzę w praktyce – w swoim dyplomie, czyli w „Kuchennym Sensorium”.