Tryptyk „Naga broń” to więcej niż komedia albo groteska. Nawet więcej niż osławiony slapstick. Ba! To coś ponad pastisz i karykaturę. Wbrew pozorom to wcale nie żenada i obciach. Ktoś w komentarzu na jednym z serwisów filmowych napisał, że to „bezwstydnie rażąca głupota, którą należy się delektować”. Celne! „Naga broń” to świętość absurdu! Królowa parodii! Sprzeciwu nie przewidziano.
Ku zaskoczeniu wielu sequel Akiva Schaffera okazał się dość wiernym i nie przerysowanym nadto powtórzeniem sprawdzonej przed trzema dekadami formy. Oczywiście nie jest to ani kino wybitne, ani ambitne. To jedynie ciekawy eksperyment będący swoistym papierkiem lakmusowym zmieniającej się obyczajowości.
W nowej „Nagiej broni” aż roi się od wspomnień, przywołań, cytatów znanych z poprzednich części trylogii. Pastiszowa formuła pozwala czerpać garściami bez żadnych hamulców czy reguł. Wymowna jest scena, gdy Dreblin Jr. wspomina ojca, a za chwilę dołączają kolejni. Udało się stworzyć scenę-hołd dla niezapomnianych postaci (Kapitan Ed Hocken, Detektyw Nordberg, Ted Olsen). Swoistym ukłonem dla poprzedników jest tak naprawdę rzetelne powtórzenie atmosfery filmu i wielu gagów, dziś wyświechtanych, ale ikonicznych dla tej produkcji.
Nie umiem zrozumieć, dlaczego bawiła mnie scena, w której schodząca ze schodów Pamela Anderson przypierdziela z całym impetem w słup, albo gdy Dreblin w scenie bójki wyrywa gościowi ręce i okłada nimi jego twarz i jaja. Przepona bolała. A co może być zabawnego w ludziach spadających ze schodów, nieustannie uderzanych czymś, a czasami nawet kimś? Jak może śmieszyć wjeżdżanie autem we wszelkie przeszkody, szykany czy bariery? Przecież to głupie. Ile razy może bawić podana w najbardziej idiotycznych momentach kawa, czasami w zaskakujących rozmiarach. Może! Bez końca! Ilość gagów drugiego, trzeciego, a może nawet i piątego planu dorównuje ich nagromadzeniu w poprzednich „Nagich broniach”. Cudowne są debilne dialogi i wynikające z nich totalne absurdy. Przykład: Dreblin proponuje Beth krzesło, w sensie by usiadła, ale ta zabiera je ze sobą. Trzeba zobaczyć i usłyszeć (!) surrealistyczną rozmowę Dreblina z Richardem Cane’m, głównym złym charakterem. To wszystko jest tak uroczo bezsensowne i absurdalne, że…
Twórcy sequelu sięgnęli także do znanej z pierwowzoru pewnej dosłowności organicznej (sprawy gastryczne) i seksualnej. Długo myślałem, czy to dobrze, bo przecież dziś nie przystoi. Mamy tu do czynienia z obyczajową… anarchią! Ale uwaga! Udało się ująć to nie tylko w ramy pastiszu, ale także pewnej ironii korespondującej ze współczesnością. Niech przykładem będzie scena pierwszej wizyty Beth u Dreblina, gdy obserwujący ich przez noktowizor Cane widzi coś zgoła innego… Kobieta czyści szczotą ryżowy piekarnik, ale Cane widzi, że obciąga Dreblinowi. Kolejna sekwencja z psem, jest już pojechana za ostro… Zostawmy. Absolutnie rozwalająca jest sekwencja z bałwanem, ale tego też nie da się opowiedzieć. Tu po prostu osiągnięto szczyt idiotyzmu. Za dialog o ciepłym, różowym wnętrzu indyka i wkładanym weń brudnym ptaku scenarzyści powinni smażyć się w piekle, albo pójść do pierdla. Właściwie ekran można by było w całości zasłonić takimi czarnymi paskami (jak na zdjęciach zasłania się oczy przestępcom) z nadrukowanymi hasztagami #metoo. Tylko, że tutaj wszytko jest żartem, nieźle pomyślaną ironią. Ciekawe czy młodzi widzowie się obrażają, poczują się urażeni? Ja wiedziałem co oglądam i absolutnie się temu poddałem. Jeśli nawet momentami byłem zażenowany, to za chwilę wybuchałem beztroskim śmiechem. Z kina wyszedłem czystszy i świeższy niż po najintensywniejszej kąpieli, bardziej odprężony niż po najlepszej saunie.
Obawy, że Liam Neeson nie poradzi sobie z legendą Nielsena okazały się płonne. Aktor wręcz brawurowo kontynuuje osobliwą osobowość Dreblina. Pamiętajmy jednak, że odtwarza Jego syna. Nie naśladuje bezrefleksyjnie, ale świadomie czerpie. Znakomicie wykorzystał także swoje dotychczasowe kryminalno-sensacyjne emploi twardziela i osiłka. Szkoda, że kreacje z tego rodzaju filmów nie są brane „na serio”, bo to bardzo dobra rola. O tym jak trudna, wiedzą jedynie najwytrawniejsi komedianci. Zaskoczyła Pamela Anderson. Stworzyła postać o potężnym ładunku dystansu. Do postaci, ale też do siebie jako aktorki i kobiety. Anderson bezczelnie prowokuje dzisiejszą pruderyjną zachowawczość. Jej Beth Davenport śmiało może konkurować z Jane kreowaną przez Priscillę Presley. A propos! Ta pojawia się w kilkusekundowej scenie. Patrzcie uważnie!
A! Jest jeszcze jeden atut nowej „Nagiej broni”! To znany jeszcze z lat ’90 metraż filmu. To jedynie 100 minut, czyli 1,5 godziny. Tak, kiedyś filmy tyle trwały. Serio! A tak poważnie (o ile przy tym filmie można) to ten format pozwala nawet poczuć pewien niedosyt. Beztroskiego śmiechu nigdy zbyt wiele. Szczególnie w tych porąbanych czasach…