„(…) Lecz ludzi dobrej woli jest więcej. I mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim (…)”
W ciągu tygodnia zmienił się cały świat. Otwieram rano oczy i pierwsze, co, to rzucam się do telefonu i sprawdzam, co w Ukrainie. Żałuję, że obudziłam się i to wszystko nie jest jakimś koszmarnym snem. Idę do kuchni robię nieśpiesznie kawę, a za oknem – wiosna. Słońce świeci, a pod naszymi słynnymi platanami eksplozja krokusów. Kolorowo, radośnie, aż boli. Czuję wyrzuty sumienia, że u nas tak pięknie, a tam w Ukrainie... Jak nie oszaleć? Rzucam się w działanie. Trzeba pomagać! To rodzaj autoterapii, przekuwam swój lęk w konkretne działanie. Wrzucam na FB zdjęcie rodziny, która uciekła z Charkowa z prośbą o pomoc w znalezieniu dla nich mieszkania. Rozdzwaniają się telefony. Na drugi dzień rodzina ma dach nad głową! Chociaż tyle, aż tyle. Jedno jest pewne – to, co się dzieje wyzwoliło ocean dobroci i solidarności. Lawinę akcji pomocowych, które tak bardzo podtrzymują na duchu. Pomagają niemal wszyscy dookoła mnie – każdy jak może. Idę do pracy, działam, tworzę normalny świat dla siebie i mojej rodziny. Tak, abym miała siłę i środki, by pomagać. Patrzę w to piękne niebieskie niebo i wiem, że cokolwiek się stanie, nie da się go zniszczyć. Wierzę, że wszystko w naszych rękach. Wierzę we wspólne działanie. Wierzę, że dobro zwycięży.
Przyjdą lepsze, spokojne dni. Nie mam, co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Bo ludzi dobrej woli jest więcej…




