Raj na końcu świata
Z Europy jest tam naprawdę daleko.
Z Europy jest tam naprawdę daleko. Podróż do wymarzonego miejsca może trwać nawet kilka dni. Jednak nie zraża to polskich turystów, bo czy można się oprzeć urokowi słynnych polinezyjskich wysp z najpiękniejszymi lagunami świata?
W miesięczną podróż na wyspy Polinezji Francuskiej wybrał się z grupą przyjaciół szczeciński architekt Wojciech Bal.
- Aby dostać się na Raiateę musieliśmy zaplanować sześć lotów. Wielką atrakcją były dwu- trzydniowe przerwy w podróży, tak zwane "overstopy". Przewidzieliśmy je w Hong – Kongu i Nowej Zelandii – opowiada architekt – w równie atrakcyjnych i egzotycznych miejscach dla Europejczyka, co rajskie wyspy.
Polinezja to centrum ekskluzywnej turystyki, do którego przybywa rocznie 150 tysięcy turystów. Bardziej oszczędni zadawalają się "skromnymi" hotelami, gdzie za dobę bez wyżywienia trzeba zapłacić pomiędzy 250 a 500 dolarów. Ci, których stać, zamieszkują w "fare", typowej chatce polinezyjskiej na palach nad wodami laguny i ta przyjemność zwykle kosztuje ich kilkakrotnie drożej. Warto dodać, że dziś budują je na użytek turystyki wyłącznie koncerny hotelowe. Wojciech Bal wybrał inną opcję – pół roku wcześniej, wspólnie z przyjaciółmi, wyczarterował katamaran. Żeglowanie to jego ulubiony sposób spędzania urlopu. Tym razem łódkę poprowadził francuski skiper, który był równie dobrym przewodnikiem po podwodnym świecie lagun. - Katamaran był duży i luksusowy. Miał wygodne dwuosobowe kajuty z łazienkami, kuchnię z wszelkimi udogodnieniami oraz nowoczesny sprzęt do nawigacji – wspomina Wojciech Bal.- Nie mówiąc o wolności jaką daje ten sposób turystyki.
Nie związani hotelem czy porami posiłków poznawali Polinezję od strony morza, nocując najczęściej w malowniczych zatokach lagun, na kotwicy. W ciągu dwutygodniowego rejsu zwiedzili wyspy Bora-Bora, Tahiti, Huahine, Raiatea i Tahaa, które wchodzą w skład archipelagu o nazwie Wyspy Towarzystwa.
- Gotowaliśmy sobie sami zajadając się samodzielnie złapanymi rybami - wspomina architekt. – Gdy nie mieliśmy pewności czy złowioną rybę można zjeść, zasięgaliśmy języka u tubylców. Trzeba było im płacić za informację, gdyż w innym przypadku zawsze odbierali nam zdobycz mówiąc, że jest niejadalna!
Kuchnia polinezyjska opiera się na daniach z ryb i owoców morza. Osławione polinezyjskie sahimi to surowa ryba z sałatą, pomidorem i cebulą, wymieszana z mlekiem kokosowym. Można ją zjeść wykwintnie podaną na tarasie hotelu jednak zdecydowanie lepiej smakuje nad brzegiem morza, zrobiona tradycyjnie przez tubylców.
- Kuchnia zdominowana jest przez wpływy francuskie, więc do każdego posiłku obowiązującym dodatkiem było wino – opowiada pan Wojtek i dodaje żartobliwie: - Kolejny francuski akcent to znajome hipermarkety, zaprowiantowanie robiliśmy w sieciach Carrefour czy Intermarche.
Wyspa Tahaa to kraina pachnąca wanilią. Ok. 80% wanilii z Polinezji Francuskiej pochodzi właśnie z tej niewielkiej wyspy. Warto zajrzeć choćby na jedną z takich upraw, by przekonać się jak naprawdę pachnie i wygląda ta szlachetna przyprawa. Jednak największą atrakcją wysp była możliwość zobaczenia autentycznych plantacji czarnych pereł. Polinezja to jedyne miejsce na świecie, gdzie w płytkich wodach otaczających wyspy archipelagu można spotkać liczne hodowle perłopławów, które produkują te unikatowe klejnoty.
- Perły są zachwycające, ale też nie tanie – mówi pan Bal. - Generalnie im większa i zgrabniejsza, tym droższa. Najtańszą perłę można było nabyć za kilkadziesiąt euro, a te najpiękniejsze dochodziły nawet do 700 euro! Nie wspominam o cenie całego sznura. Jednak nie zrażeni ceną skusiliśmy się na parę perełek. Na każdą z pereł otrzymuje się certyfikat autentyczności i pochodzenia, umożliwiający wywiezienie ich z wysp.
Kolejnym powodem, aby odwiedzić Polinezję jest podwodny świat. Wyspy otoczone są najpiękniejszymi na świecie rafami koralowymi. Są tu papugo - ryby, metrowe okonie, tłuste tuńczyki, kolony, strzępiele. Laguna obfituje w ryby, ośmiornice, skorupiaki i małże. Na atolach praktykowane są różne techniki połowu ryb: sieci, pułapki z przynętą, wędki, polowanie długim drewnianym oszczepem lub prymitywną kuszą z gumowym naciągiem.
Laguna roi się też od rożnych gatunków rekinów.
- Krajowcy powiadają, że nawet rekin podpływając do wyspy łagodnieje – śmieje się szczeciński architekt. - Na rafie widzieliśmy ich pełno i faktycznie nie były specjalnie groźne, chociaż te co podpływały blisko były bardzo młode. Wybraliśmy się też na nurkowanie z 2 - 3 metrowymi Lemon Sharks. Jednak na mnie największe wrażenie zrobiły płaszczki - Raia Manta - ogromne, majestatyczne i niebezpieczne.
Jacy są rdzenni mieszkańcy wysp? Rozśpiewani, na luzie i … często bardzo otyli. Polscy turyści zauważyli, że szczupłe i ładnie wyglądające ciało to cecha tylko młodych Polinezyjek. Z biegiem lat przybywa im tkanki tłuszczowej. W efekcie otyłość stanowi tu oznakę prestiżu. Są dwie najważniejsze przyjemności, którym oddają się Polinezyjczycy - dobra kuchnia i seks, co uwarunkowane jest kulturą i tradycją. W licznych, luksusowych hotelach zatrudniane są szczupłe i piękne dziewczęta, co z kolei jest wymogiem kultury zachodniej. Prawdziwy świat tubylców można więc obserwować jedynie w osadach i miasteczkach.
- Zachwyciły nas też tatuaże tubylców. To synonim biżuterii i stanowią prawdziwe dzieła sztuki. Są przedmiotem kultu, mającego za sobą wielowiekową tradycję. Wzory odbiegają daleko od tych, do których przywykliśmy w Europie, a i procent pokrycia tatuażem skóry jest więcej niż imponujący. Niektórzy są po prostu wytatuowani od stóp do głów!
Duży ruch turyczny nie przyczynił się wcale do zmiany mentalności mieszkańców wysp żyjących w leniwej atmosferze Mórz Południowych. Nie lubią się śpieszyć i troszczyć o jutro. Żyją dniem dzisiejszym, opieszale, beztrosko i z dużą pogodą ducha, nie zapominając o starej wyspiarskiej maksymie "aita pea pea", odpowiednikiem hiszpańskiego "maniana", czyli jutro.
- Mieszkają w niewielkich domkach skleconych z byle czego i byle jak, które wyglądają jakby zaraz miały się rozpaść, natomiast synonimem pozycji społecznej jest tutaj samochód – królują ogromne terenówki Dodge, Fordy i Jeepy – wylicza Wojciech Bal - ważne żeby miały mocne głośniki, które wieczorem zapewnią wspaniałą zabawę przy grillowaniu w ogrodzie.
Niektórych Polinezja urzekła do tego stopnia, że postanowili tu zostać na zawsze. Na Tahiti mieszkał i tworzył słynny impresjonista Paul Gauguin, właścicielami pilnie strzeżonych przed „zwykłymi śmiertelnikami” wysepek są gwiazdy show - biznesu – aktor Leonardo di Caprio czy Bill Gates. Prywatną wyspę nieopodal Tahiti ma także Polak Stanisław Wiśniewski, dziennikarz i filmowiec. Miejsce urzekło go tak bardzo, że za jedyny milion dolarów zakupił niewielką wysepkę, wybudował na niej trzy bungalowy i osiadł tu na stałe.
- Naprawdę warto tam pojechać, by choć raz, za życia, znaleźć się w raju – zachęca pan Wojciech - To niepowtarzalna wyprawa, bo czy tam wrócimy – nie wiadomo. Jest jeszcze tyle pięknych miejsc na świecie do zobaczenia.




