Walka o życie z włócznią w ręku, widok ośnieżonej dżungli, przeprawa przez niezmierzone morza błota, płonące niebo i srebrne goryle. To jedne z wielu atrakcji, które Janusz Adamski przeżył w sercu Czarnego Lądu.

zczecinianin był szefem szóstego etapu wyprawy „Afryka Nowaka”, wielkiej sztafety śladami legendarnego polskiego podróżnika Kazimierza Nowaka. „Rowery we mgle” – pod tym tajemniczym hasłem trójka śmiałków wyruszyła do afrykańskiej dżungli na pograniczu Ugandy, Kongo i Rwandy. Byli to Przemek Kruszyński i Kuba Gurdak z Wrocławia pod przewodnictwem Janusza Adamskiego.

Śnieżna dżungla

Szczeciński podróżnik, znany do tej pory przede wszystkim jako himalaista oraz ex aequo trzeci Polak, który zdobył Koronę Ziemi z najwyższych na świecie gór zstąpił do równikowej puszczy. – Podróż na Czarny Ląd to dla mnie trochę odskocznia od wysokogórskich wrażeń – przyznaje Adamski. – W Afryce mogę zatęsknić za Himalajami i nabrać znów na nie apetytu.

Jednak afrykańska przygoda Adamskiego nie była całkiem pozbawiona górskich wrażeń. Tym bardziej, że głównym celem wyprawy było zdobycie położonego na granicy Kongo i Ugandy masywu Ruwenzori. – To jedne z najbardziej wyjątkowych gór na świecie – mówi Janusz Adamski. – Takiej przyrody jak w tam nigdzie nie można spotkać, no może wyłączając Góry Śnieżne w indonezyjskiej Papui – dodaje.

Z jednej strony Ruwenzori to bogactwo endemitów, czyli roślin i zwierząt żyjących tylko w tym jednym konkretnym miejscu i nigdzie indziej na ziemi. Ale są też niespotykane w innych miejscach świata zjawiska przyrodnicze, takie jakich ciężko się spodziewać na Czarnym Lądzie. – Pewnego dnia zrobiło się naprawdę zimno – opowiada Adamski. – Wyszliśmy na skraj wysokogórskiego lasu i zobaczyliśmy śnieg. Równikowa roślinność pokryta była białym puchem. Wiele podróżowałem w swoim życiu, wiele widziałem, ale śnieżna dżungla nawet mi się nie śniła – dodaje.

Innym urzekającym widokiem na trasie szóstego etapu „Afryki Nowaka” okazały się być czerwone łuny na niebie, widoczne w nocy przez przerzedzone chmury nad uśpionymi wulkanami. Tych wrażeń podróżnikom dostarczyły malownicze Góry Wirunga. Przeprawiając się przez ten wulkaniczny masyw, Janusz Adamski wraz z towarzyszami tropił ślady goryli górskich. Przedzieranie się przez gąszcz dżungli nie było zadaniem łatwym. – W niższych partiach ścieżka jest kompletnie zarośnięta, a ostre pnącza boleśnie szarpią skórę – opowiada Adamski.

Morze błota

Po wielu godzinach poszukiwań, podróżnicy wreszcie trafili na stado goryli. – Wyszliśmy z gęstwiny wprost na dużą, czarną i trochę poczochraną kulkę, wpatrującą się nas czarnymi, zadumanymi oczami – wspomina podróżnik.

Nie wszystkie jednak goryle przypominają „czarne kulki”. Dojrzewając, zmieniają bowiem kolor sierści na grzbiecie z czarnego na srebrny.

Co ciekawe, w bezpośrednim zetknięciu z młodymi gorylami ludzie powinni zakładać maski, żeby nie zarazić zwierząt, bardzo podatnych na ludzkie wirusy.

Jednak afrykańska przyroda to nie tylko sympatyczne i niegroźne goryle. Ich wyprawa przypadła na okres pory deszczowej. Woda, a często i niemożliwe do przejścia błoto, były przekleństwem i wielką udręką ekipy. – Czasem padało cały dzień, bez przerwy od świtu do nocy – wspomina Adamski. – Woda atakowała ze wszystkich stron – dodaje.

Sprzymierzeńcem w obronie przed tym atakiem miały być wodery, czyli „spodniobuty”, które przypominają połączenie kaloszy i nieprzemakalnych spodni. Nie gwarantowały one jednak niczego. – Woda wlewała nam się od góry i nie miało już znaczenia, czy mamy wodery czy nie – mówi Adamski. – Mieliśmy więc wodę i w środku, i na zewnątrz – dodaje. Przed jednym na pewno wodery chroniły jednak skutecznie - przed ukąszeniami węży.

Napaść z włócznią w ręku

Kongijska dżungla niesie zagrożenia związane nie tylko ze światem przyrody. Długoletnia wojna domowa, rozboje, kradzieże, wirus ebola - to niektóre z potencjalnych niebezpieczeństw. – Zostaliśmy w dżungli zaatakowani przez bandę rabusiów, uzbrojonych we włócznie – opowiada Janusz. – Stoczyliśmy walkę na śmierć i życie. Do dziś zachowałem ostrze włóczni, którą w starciu wyrwałem jednemu z napastników – wspomina.

W innej niebezpiecznej sytuacji polscy podróżnicy zostali otoczeni przez tłum ciekawskich tubylców. – Rozmawialiśmy spokojnie z tymi ludźmi, a oni zachęceni naszą otwartością, zaczęli z coraz większą natarczywością żądać od nas kolejnych prezentów. Gdyby nie pomoc wojska, zostalibyśmy w samej bieliźnie – mówi.

Zachowanie wojska w skorumpowanym, toczonym wojną domową Kongu, było miłym zaskoczeniem. – Mogliśmy liczyć na ich pomoc, nie terroryzowali nas żądaniami łapówek, w razie potrzeby chronili z pełnym zaangażowaniem – wspomina. – Być może dlatego, że sami ich zagadywaliśmy, częstowaliśmy papierosami i jedzeniem. Pierwsza zasada przeżycia w takich warunkach, to wykazywać inicjatywę, nie bać się ludzi. Strach, jak magnes, zawsze przyciąga kłopoty – radzi.

Niestety pozostawiona sama sobie, postkolonialna Afryka, to oczywiście też wielkie problemy. – Przez lata kolonializmu miejscowa ludność była wykorzystywana do najprostszych prac i ma to teraz fatalny skutek – mówi Adamski. – Nie ma komu dbać o pozostawioną infrastrukturę, drogi, mosty. Jak w z płotu odpadnie deska, to nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby ją przybić z powrotem. Brakuje ludzi wykształconych, brakuje zmysłu patrzenia w przyszłość i planowania. Większość Afrykańczyków żyje dniem dzisiejszym – tłumaczy.

Mimo tych problemów, mieszkańcom kongijskich wiosek nie brakuje pomysłowości. Przekonali się o tym znajdując pod jednym z tubylczych domostw… drewniany rower. Drewniane koła, obite paskami gumy, drewniane kierownica, rama siedzenie.

Afrykańska wyprawa Adamskiego, choć pełna przygód, nie potwierdziła wielu stereotypów o Czarnym Lądzie jako o przerażającym „jądru ciemności”. Mimo problemów ze złodziejami, szczeciński podróżnik bardzo ciepło wspomina przede wszystkim afrykańską ludność. – Ci serdeczni, otwarci ludzie chcieli raczej poznać „egzotycznych” przybyszów, niż zedrzeć z nich skórę – mówi. – W głębi czarnej części Afryki tubylcy rzadko widują białego człowieka, dlatego też w ich reakcjach generalnie dominuje ciekawość. Poza tym to ludzie w większości pogodni, życzliwi, pracowici, często bardzo skrzywdzeni, próbujący jednak żyć normalnie – dodaje.

Prestiż  
Marzec 2011